Reklama

Wołomińska

Wołomińska

19.04.2019
Czyta się kilka minut
NATURA WŁÓCZYKIJA | To jednak niespotykane, wyciąć kawał ziemi i nieba. Stworzyć przestrzeń łaskawą, w której będą rosły kwiaty i drzewa, gdzie możesz wejść, nie musząc się z nikim witać i żegnać. Rezerwat Homo sapiens, kotlina zadumy. Park.
BEATA ZAWRZEL / REPORTER
W

W małych miastach nie sposób się nie zauważyć, nie dotknąć. Wszystko tu skurczone, niemożliwie gęste w każdym kącie. Jak na szalce Petriego. Nawet wspomnienia zaplatają się nam wspólnie, spotykamy się tam cali, w nierealności rozpiętej na szkielecie murów małego grodu. Tu jest ta błękitna pompa, tam skrzyżowanie, gdzie stary Włodek został rozjechany, tu szpaler boskich głogów, tam szkoła podstawowa numer 4. Tu dzielimy tło naszych życiowych wydarzeń. Jak w kasztanowcach na ulicy Legionów, do których od lat przyczepia się klepsydry i ogłoszenia o zagubionym psie.

Właśnie to się znowu stało. Tego psa też pamiętamy. Mignął nam przecież, dawno lub dopiero co. Połączył trajektorią swojej ścieżki, zamrugał ogonem. Piesek z Wołomina, z niedalekiej ulicy, zza rogu, obok sklepu Mors, w którym ludzie kupują pierogi i pyzy, właśnie się zgubił. Czytamy ogłoszenie. Kilka słów rozpaczy człowieka, który własnym palcem wbił cztery pinezki w martwicę korkową dębu, jego wypłakane larum. Zdjęcie psa na nowo rysuje obrazek miasta. Miasta, przez które przechodzimy w jedno popołudnie.

I w takim mieście też, a jakże, buduje się te wyjątkowe, wydzielone kąty wspólnego świata natury, odrębne zielone poczekalnie, nazywając je jeszcze parkami i chrzcząc czyimś imieniem.

Tak więc my tu w Wołominie też mamy park. Nosi imię Bohdana Wodiczki.

Rezonatorium miasta i drzew

Ale ja, wytargana krzaczorami lasów, dzikich zarośli i swobodnego powietrza, myślę teraz, że to jednak niespotykane, by wyciąć kawał ziemi i nieba. Stworzyć przestrzeń ludzko łaskawą, gdzie będą rosły kwiaty i drzewa, gdzie za darmo możesz wejść, gdzie nie musisz się z nikim witać i żegnać. Gadać też nie musisz, ani wyglądać. Wszyscy to wiedzą, nie trzeba tego pisać w regulaminach. Dzięki temu ten kawałek chmury, który się właśnie nad głowami kłębi w szarościach pary, jest twój.

Do czego to podobne? Drzewa rosną w rzędach, pod nimi rozciągnięte są szlaki ścieżek. Ludzie są tu nawet spokojni. Miejskie rezerwaty Homo sapiens, kotliny zadumy, nie wiadomo, co widziały i słyszały. Do czego to podobne, myślę, mając wreszcie chwilę własnego życia, kiedy nie muszę przez ten park gnać do pociągu, do domu, gdy mam czas po prostu być, nie robiąc nic, istnieć wedle tego, jak tu chyba wszystko było pomyślane, przez kogoś, dawno temu. Nie wiem, do czego to podobne, ale teraz chociaż widzę, że dziś do parku weszłam naprawdę po raz pierwszy.

I oto mam przed sobą najprawdziwszą, ażurową katedrę, wyrośniętą na kolumnach zwilgotniałych pni drzew, prześwietloną w żywych kwietniach Sainte-Chapelle. Jak to się stało, że jej nie widziałam wcześniej? Stawała się po cichu przez prawie sto lat. Objawiła mi się teraz cała, a ja się z miejsca zawstydzam na to odkrycie i boję wejść do jej dalekiego, głębokiego brzucha. Boję się wejść do wołomińskiej katedry.

Stoję przy tympanonie budki z lodami. W pomrukach miasta, słyszalnych jakby wysoki chór gotował się do śpiewu oratorium wiosny, rozciągając swe struny bez końca, roznosząc echa głosów wróbli, w szelestach stóp i jękach aut, wkładam w tę przestrzeń stopę. Rezonatorium miasta i drzew. Słucham. Tuż na prawo widzę w ścianie okienko i drzwi, jak wejście na chór. Ja też chcę tam kupić kawę, chcę usiąść pod jaworem, cała spłoszona, nie wchodząc w park od razu. Poczytam może najpierw, tak zwyczajnie posiedzę? Nie siedziałam tu jeszcze nigdy. Ludzie posilają się w radosnym szczebiocie, kupują lody i gofry. Zaraz odjadą na swoich rowerach i hulajnogach, na razie opartych o pień klonu.

Duchy święte, wielokrotne

I ja zaraz proszę o kawę, ale słysząc melodię głosu, od razu się obnażam i opowiadam. Gadam o ogrodzie botanicznym w Kijowie. I że pamiętam, jak kiedyś przyszła wycieczka botaników z ogrodu Odesskiego Narodowego Uniwersytetu, podarowując kilka odmian różaneczników. Wszyscy się ucieszyli, ale potem, kiedy goście poszli, martwili się, gdzie te różaneczniki wcisnąć, bo brakowało słońca, a to wszystko dlatego, że zakonnicy obok nie pozwalają wyciąć ani jednego drzewa, by odsłonić w runie choć jedną plamę światła, jak jasny koc, który swobodnym gestem rozkłada się na trawie. I wtedy pani, która właśnie podaje mi kawę, mówi, że tam daleko, w swoim dawnym mieszkaniu, na parapecie miała 50 doniczek kwiatów, a tu nie ma nic.


CZYTAJ WIĘCEJ

NATURA WŁÓCZYKIJA – specjalny dodatek dla ruchliwych! >>>


Zadzieram głowę w brunatny strop. Jętki pędów wsparte na krokwiach wieloletniego drewna drżą na wietrze. Strasznie to wszystko wysoko. Łodygi kasztanowców w półkolach wznoszą się do nieba. Ich lepkie pąki powoli pękają, leniwie wywlekając z wnętrza zielone aniołki liści. Sterczą zaraz jak zmoczone wrony, gdy suszą swe skrzydła, siedzą i czekają. Anioły na szczytach pędów rosną, obsypywane promieniami słońca. Zaraz rozłożą swoje stelaże skrzydeł, a w maju, pełne już, piętrzyć się będą najmocniej. Odlecą dopiero jesienią. Nad całą tą gęstwiną badyli furkocze ławica gołębi. To chyba migoczące w mozaikach duchy święte, wielokrotne. Aż nagle odrywa się jeden ptak. Przeszywa cały sztafaż plątaniny kasztanowców tak szybko, że nie wiem już, czy budują je włókna drewna, czy pióra. Frunie dalej, przecina obrazek nad moją głową i zaraz do ławicy wraca. A ja wtedy go fotografuję i nie mogę wprost uwierzyć w swoje szczęście, że dał się w sieci kadru zatrzymać.

Świergoty małych ludzi

Potrzebuję zaraz trochę się przejść. Wchodzę w boczną nawę, zadzierając nos w triforium utkane z lip. Młode pędy wygięte zeszłego lata, pełne pąków pęczniejących wodą z brudnej ziemi, czekają na podmuchy ciepła. Nie tylko one czekają. Właściwie wszystko w nich i w nas jest już na to gotowe. Ale to się ciągle nie wydarza. Skurczona idę kolumnadą drzew, rozpoznając w nich osnute korą drewno klonów, lip i kasztanowców. Zerkam na ściany boczne, jasnozielone, ogromne w nich okna niedokończonych witraży. Dlatego jeszcze tu, między nami, jest dużo światła, wszyscy jesteśmy jaśni, ażurowe szkiełka listeczków lip właśnie rosną, wiem, że za miesiąc zamkną przestrzeń zieloną poświatą żywych maswerków. Teraz te potężne okna, przeszyte pobłyskami z ulicy, rozkładają jasne plamy na posadzce, więc patrzę pod stopy. A tam są rozsypane nasiona jesionów i klonów. W swobodnej fantazji leżą rozrzucone gestem dawnych, jesiennych procesji. Nic z nich nie będzie. Już zginęły w mrokach ziemi. Już gniją. Gapię się na klony. Wszystkie teraz kwitną gotowymi bukiecikami zebranymi w baldachogronach. Ja wiem, że wytęsknieni zieleni ludzie myślą, że to młode liście, a przecież to szalone kwitnienie, na zielono, to łąki drzewne, tylko po prostu inaczej wyglądające niż magnolie. Przyglądam się pniom spękanym wiekiem, kolumnadom żywym, w pograniczu zimy i wiosny, pokrytym pyłem zielonych glonów. Już zaraz w tych kolumnach popłynie woda. Filary się naciągną, konstrukcja się napręży. Spaceruję pod okapem konarów, oglądając zdrewniałe przypory, łęki okryte korą. Nie mogę oderwać oczu od iglicy lipy. Ten jej czubek, moje marzenie, jeszcze nie ma liści, a już szumi, tnie powietrze, dzieląc w przestrzenie, które rozróżniam tonami gwizdów.

Nawa główna w przepychu barwnych konstrukcji bawi dzieci. Dwie bielanki wdrapały się na ambonę i spod czerwonego baldachimu wykrzykują coś strasznie ważnego w cały świat, potem zjeżdżają, zadzierając kiecki, suną wprost w piach. Ganiają się teraz, widzę ich fale włosów, ich radosne nóżki i świsty ignorujące powagę miejsca. Ich matki wieczorem powiedzą – właśnie tak jak się tu mówi – że tego dnia ich dzieci się pięknie zbawiły. Pobiegałabym z nimi, ale jednak czekam, aż skończą. Dopiero potem podchodzę do piasku i oglądam pozostawione dołki, powidoki spontanicznej zabawy. W kącie żyją huśtawki, kolorowe wspinaczki, świergoty małych ludzi, absolutnie oddanych tej chwili. Dawno takich nie widziałam.

Prostować geometrię stawów

Między szpalerem dereni, ich pomarańczowo-czerwonych gałązek, przyciętych w bryłę prostopadłościanu zdobiących przypory lip, zauważam mały placyk, pełen rozmaitych gatunków traw. Już niedługo ta posadzka zasnuje się odcieniami zieleni, będzie strzyżona i zagęszczana. Latem przychodzą tu ludzie ćwiczyć jogę. Pod okapem drzew, pod stropem z liści, starsze panie rozciągają swoje zastygłe wiązadła i stawy. Oddychają głęboko, oddając skupioną uwagę każdej cząstce swojego ciała. Chłodne powietrze katedry wietrzy ich skórę. To czas, kiedy wreszcie czują siebie. Dopiero teraz. Mimo rozmaitych skurczów i nieposłuszeństwa swoich pogiętych kosteczek prostują geometrie stawów.

Stoję na drugiej ścianie zieleni. Dochodzę do jej końca, albo do samego początku. Jest tu mała scena, skromny ołtarz i kilka ławek. Latem wybrzmiewają melodie, a ludzie wypełniają nimi uszy. Tu była kiedyś synagoga. Dziś jest po niej cisza. Powietrze wietrzy dziurę w przestrzeni.

Odwracam głowę. Zaraz słońce łukiem zapadnie się za kamienice. Wyobrażam sobie teraz przyszłą tego trajektorię, niewidzialną ścieżkę, i wiem, że już za chwilę znajdzie się ono w samym środku nawy głównej, tuż nad chórem, rozwijając dywan światła wszystkim tu ludziom. Zawiśnie rozetą, w pobłyskach, prawdziwą jak w katedrach, do szaleństwa niemożliwą. Ale ja nie będę na nią czekać. Nie dziś. Jest mi tak zimno, że idę do domu. To rzut beretem stąd. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]