Reklama

Wiosną pijani

Wiosną pijani

14.04.2017
Czyta się kilka minut
Jakub Puchalski na recenzuje Budapest Festival Orchestra: Węgrom wyjątkowo leżały – i jak się okazuje, wciąż leżą – utwory klasyczne oraz XX-wieczne, w ich wykonaniu zazwyczaj non plus ultra.
Koncert Budapest Festival Orchestra. Fot: AP Photo/Natacha Pisarenko
W

W ubiegłym roku ich koncert we Wrocławiu – z III Symfonią Mahlera – zachwycił wszystkich, plasując się w najściślejszej czołówce muzycznych wydarzeń Europejskiej Stolicy Kultury. Już w maju wystąpią na festiwalu Katowice Kultura Natura, grając dwa fenomenalne programy z muzyką Bartóka, jednak nie mogąc doczekać się ekstrawertycznych wstrząsów w „Cudownym mandarynie” i introwertycznych wiwisekcji w „Zamku Sinobrodego”, wybrałem się posłuchać ich in situ: w nowoczesnej Bartók Béla National Concert Hall, w budapesztańskim kompleksie Müpa. Budapest Festival Orchestra pod dyrekcją swego dyrektora, Ivána Fischera, wykonywała „Das Lied von der Erde” Gustava Mahlera.

Wielki, pieśniowy cykl symfoniczny, którego autor nie odważył się nazwać kolejną swoją symfonią (myślę, że chyba nie tylko z powodu lęku o próbę przekroczenia „nieprzekraczalnej” granicy dziewięciu symfonii, wyznaczonej przez liczbę symfonii Beethovena i faktycznie długo nie dającej się przewyższyć: kto pisał swoją oficjalnie dziesiątą symfonię – umierał; ostatecznie Mahlera też nie ominęło to fatum), dzieło, którego sam kompozytor nigdy nie usłyszał, apoteoza wszystkich manii końca epoki (powstało w 1909 r.) – jest utworem wyjątkowym. Nawet jak na wyjątkową twórczość Mahlera. Łączy w sobie nadwrażliwość swych czasów, ich wyczulenie na symbolikę i już ściśle Mahlerowską, chorobliwą, pełną niesamowitości emocjonalność, z nieledwie secesyjną subtelnością, gnącą się w meandrach sensualnych zawijasów. Ten estetyczny kosmos opóźnionego fin de siècle'u budowany jest na fundamencie eleganckiej prostoty dawnej poezji chińskiej, na której oparte są teksty utworu (w niemieckich parafrazach Hansa Bethgego). Wiersze z VIII wieku, z okresu dynastii Tang, traktują o samotności w obliczu świata, choć – warto o tym pamiętać! – samotności tymże światem zachwyconej: upojeniem winem (te strofy otrzymał tenor), zmysłowością, pięknem, kontemplacją przemijania w cudzie odradzającej się natury. Kompozytor, sięgając po raz kolejny po stylizacje, skręcił więc nie do rodzinnych Moraw, lecz daleko na Wschód: zamiast przygrywających diaboliczne marsze kapel, mamy kręte linie melodii oboju lub fletu, tajemniczo zawieszone w przestrzeni lub nakładane na siebie warstwami i budujące zmysłowe kulminacje. Orientalizm należał zresztą do języka kultury tamtych czasów, z całym swym symbolicznym bagażem, który łatwo potrafi przerosnąć naszą okrojoną, współczesną percepcję. Ignorancja nie przeszkadza jednak we wrażeniu, jakie wywiera muzyka Mahlera. Sztuka dźwięków mówi wystarczająco wyraziście, nawet gdy słuchaczowi brak świadomości, że flet czy użyty w ostatniej części tam-tam są instrumentami śmierci.

I właśnie w tym odczytaniu ogólnej idei interpretacja Ivána Fischera potrafiła zaskoczyć. „Das Lied von der Erde” znana jest jako muzyka najgłębiej zatopiona w metafizycznym smutku – tym razem jednak przeważyły barwy jesieni ciepłej, jakby lektura akcentowała odradzanie się, a nie zamieranie. Rozpływające się w niebycie końcowe słowa „Ewig, ewig” (na zawsze, na zawsze), śpiewane przez alt – tym razem nie miały w sobie nic fatalistycznego. Pożegnanie (ostatnia część utworu, stanowiąca jego drugą połowę, to pieśń „Der Abschied”) nie tchnęło tragizmem lecz naturalnością, z całą pogodą spełniającego się porządku świata.

Czy można więc mówić o lekturze pozytywnej? A może ironicznej – tak właściwej dla epoki? Albo to raczej efekt węgierskiego podejścia do kunsztu kapelmistrzowskiego? To z pewnością upraszczające wyjaśnienie, ale Iván Fischer ewidentnie – bodaj w jeszcze większym stopniu, niż jego brat Adám – pozostaje dziś przecież głównym dziedzicem tej wyjątkowej sztuki, która owocowała największymi dyrygentami XX wieku: przynajmniej od Fritza Reinera i George'a Szella (twórców najdoskonalszych orkiestr w historii, Chicagowskiej i Clevelandzkiej w złotym okresie orkiestr amerykańskich), przez Antala Doratiego, Ormandy'ego, zachwycającego Ferenca Fricsaya, Istvána Kertésza, po Georga Soltiego. Fischer jest przy tym dziedzicem spełnionym – kontynuatorem, który zapisuje własny rozdział, jednocześnie podtrzymując tradycję poprzedników. Na czym ona polega? Przede wszystkim na bezwzględnej dbałości o walory czysto muzyczne: precyzję, piękno dźwięku, klarowność, kształt frazy, logikę w miko- i makroskali, realizowaną w żywych zazwyczaj tempach. Patrząc przez pryzmat nagrań, zdaje się wychodzić ze szkoły Toscaniniego, ale to raczej impuls wielkiego Włocha, tytana precyzji i dynamiki, nałożony na nurt Nikischa i przede wszystkim Ryszarda Straussa. Kreacje Węgrów z reguły szukają pewnej metafizyki, którą Toscanini czy także sam Strauss, zdawali się niejako programowo odkładać na bok (każdy inaczej), sięgają też wyższych – najwyższych – pokładów subtelności. Wszystko to jednak z konsekwentnym umiarem, by nie przesunąć ciężaru ku romantycznym otchłaniom, nie wyjść z idealnej muzycznej akuratności: precyzji w równym stopniu intonacyjnej, co i rytmicznej, wyraźnego pulsu, idealnie stawianych i pięknie brzmiących pionów akordowych, w których powinno być słychać każdą nutę zanotowaną przez kompozytora: z nagrań Reinera można by spisywać partytury, gdyby jakimś fatalnym losem przepadły. Nic dziwnego, że najlepiej Węgrom leżały – i jak się okazuje, wciąż leżą – utwory klasyczne oraz XX-wieczne, w ich wykonaniu zazwyczaj non plus ultra. Mozart, Beethoven? – Na swoje czasy ideał, choć niektórym słuchaczom w tym ostatnim brak tragizmu i duchowej głębi (zderzamy się tu z paradygmatem romantycznym). Później bardziej porusza Brahms niż Bruckner, a także oczywiście Bartók, Strawiński, Prokofiew, również Debussy czy Ravel. To jest właśnie nurt Ivána Fischera, który i podczas ostatniego koncertu w Budapeszcie zachwycił Symfonią A-dur Włoską Mendelssohna. W tej kwestii nie było żadnych niedomówień – pełne ciepła, porywające wykonanie, zbudowane z logicznie otwierających się i domykających fraz, czarujące wdziękiem i temperamentem, no i oczywiście jakością brzmienia.

Inną sprawą jest jednak odczytanie muzyki Mahlera, podobnie jak Wagnera. Inną, ale specjalną. Wobec „Pieśni o ziemi” pytania mogą się więc pojawić. Nie co do jakości – cudownie subtelnej gry dętych, wężowo prowadzonych fraz oboju czy fletu, dogłębnie przeżytych i nasycających sensem i oddechem każdy kolejny dźwięk, barw kładzionych jakby delikatnymi farbami (zjawiskowe w „Der Einsame im Herbst”, podobnie jak ptasie trele w „Von der Schönheit”), wyraźnej kreski smyczków, w zachwycie kaligrafujących swe dźwięki (weźmy choćby początkową, pijaną „Das Trinklied vom Jammer der Erde”). Raczej co do ogólnej koncepcji, która jednakże odsłoniła poniekąd nowe oblicze utworu. Smutek, tragizm, metafizyka? Pierwszy poniekąd tak, ale nie dojmujący – smutek dnia jesiennego, ale pogodnego. Tragizm? A dlaczego? Świat przemija, to prawda, ale odradza się, a czyż „Pieśń o ziemi” nie jest śpiewem o jego urodzie? Czy – że przypomni się Philippe Ariès – na holenderskie martwe natury patrzeć należy ze smutkiem, jako wyłącznie na obraz vanitas, czy może jednak bardziej z radością, jako wyraz avaritia? Czy jeżeli to pragnienie posiadania dotyczy piękna świata, nie warto się nim cieszyć? Czy metafizyka ma być założeniem programowym, czy może być osiągnięta poprzez doprowadzenie do skrajności fizyki – i przekroczenie jej w subtelnościach brzmienia i jego kalejdoskopie barw? Po budapesztańskim koncercie właściwie nie mam wątpliwości – może. Więcej: daje jej to szczególną, wyjątkową jakość.

Nieodłącznymi współtwórcami dzieła są śpiewacy: tenor Robert Dean Smith możliwie dzielnie stawiał czoła zadaniu – a Mahler postawił je przed nim niemal niewykonalne, zwłaszcza w pierwszej pieśni – ale bezsprzeczną królową wieczoru okazała się Gerhild Romberger. Niemiecka alcistka cieszy się niemałą karierą, jednak miałem okazję słuchać jej po raz pierwszy: głos zaskoczył lekkością i wdziękiem, z jakimi sięgała po najwyższe dźwięki, piękną barwą, łagodnym, ale wyrazistym podawaniem tekstu – idealnie wpasowując się w koncepcję dyrygenta. Być może partia ta ma dla niej parę miejsc napisanych odrobinę zbyt nisko (chodzi jednak jedynie o kilka punktów, głównie w środkowej części „Von der Schönheit”, gdzie pewnie nie pomagało jej też szybkie tempo i mimo wszystko wolumen orkiestry), jednak cała reszta nie pozwalała pamiętać o tych zupełnie incydentalnych brakach. Publiczność nagrodziła wykonawców burzliwą i ogromną, ponad 6-minutową owacją, jednak bez wstawania z miejsc. Co kraj, to obyczaj.

I jeszcze jedno. Niedawno swojego nowego dyrektora wybierali Filharmonicy Berlińscy – będzie nim Kirill Petrenko, z którym parę razy dobrze im się współpracowało (jak słyszałem w uzasadnieniu wyboru). Nieco wcześniej szefem orkiestry Konzerthausu został Iván Fischer. Mam nieodparte przeczucie, że niebawem do stolicy Niemiec będzie się jeździć raczej do starego budynku Schinkela niż do cyrku Karajana.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Jakub Puchalski
Andrzej Szadejko, Aleksandra Andrearczyk
Chris Hadfield, Wojciech Brzeziński

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]