Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

W kontuszu i zarękawkach

W kontuszu i zarękawkach

05.10.2014
Czyta się kilka minut
Jakie skojarzenia budzi słowo „Galicja” u Polaków wywodzących się z innych dzielnic?
Zakład Fotograficzny Ignacy Krieger, „Krakowscy strażacy w aparatach umożliwiających oddychanie w warunkach pożaru”, ok. 1900 r.
Z

Związany z Poznaniem prof. Waldemar Łazuga przeprowadził mały sondaż wśród mieszkańców Wielkopolski i Pomorza: „wyszło, że przede wszystkim kojarzy im się z galicyjską nędzą, z Krakowem, z kawiarnią, z profesurą, z teatrem, z celebrą, z centusiem, z filmem »C.K. Dezerterzy«, z niewymuszoną nonszalancją i zamiłowaniem do rozmowy, wreszcie z Krakowskim Kredensem i kilkoma innymi drobiazgami. Żadnych wewnętrznych sprzeczności w tym zestawie skojarzeń nie dostrzegano”.
A co myśleli (i myślą) o sobie sami Galicjanie? Przede wszystkim wolą pamiętać o okresie autonomii galicyjskiej niż o latach wcześniejszych, kiedy rejon ten był brutalnie kolonizowany. Dumni są z uzyskanych w latach 1860-73 praw społeczno-politycznych: z obradującego we Lwowie Sejmu Krajowego, sprawującego kontrolę nad lokalną kulturą, budownictwem czy działalnością charytatywną, z Wydziału Krajowego – galicyjskiego „rządu”, z dynamicznie działających samorządów miejskich. Do dziś podkreślają, jak ogromne znaczenie dla zachowania polskiej tożsamości miały uniwersytety we Lwowie i Krakowie, Politechnika Lwowska, Towarzystwo Pedagogiczne czy Akademia Umiejętności. Jak szybko rozwijał się ruch spółdzielczy (choćby słynne Kasy Stefczyka).
W pewnym sensie galicyjscy Polacy wyparli z pamięci fakt, że Austria była zaborcą. Czuli się współtwórcami monarchii habsburskiej, w końcu Franciszek Smolka był przez pewien czas prezesem austriackiego parlamentu, a Kazimierz Badeni przez ponad dwa lata sprawował urząd premiera Austrii. Marzyli o Austro-Węgro-Polsce. Miało to pewien skutek: gdy Galicja przestała już istnieć, pojawiały się nieoczywiste nostalgie. Prof. Łazuga przytacza dwa przykłady: „Oto dawny poseł do galicyjskiego Sejmu Krajowego, a w wolnej Polsce premier Wincenty Witos oświadczył, że więcej wolności było w Galicji niż w Polsce i że zrozumiał w związku z tym, że wolność i niepodległość to nie to samo. Po drugiej wojnie światowej Henryk Wereszycki wyznał kiedyś, że nigdy nie doświadczył »tyle wolności«, ile było w 1910 r. we Lwowie”.
A co z „galicyjską nędzą”? Prof. Krzysztof Zamorski przekonuje, że choć prowincja ta była najbiedniejszą częścią imperium habsburskiego, choć nie industrializowała się tak jak Poznań czy Łódź, to przecież „dzieło modernizacji Galicji, widoczne choćby w burzliwym rozwoju Lwowa i Krakowa, w powstawaniu zrębów infrastruktury kolejowej, niezłej sieci szkolnictwa każdego stopnia, zostało w tym micie całkowicie zniszczone”.
Na to wszystko nałożył się wspierany propagandowo, np. w podręcznikach do szkół ludowych, mit „dobrego cesarza”, do którego galicyjski chłop mógł udać się ze skargą, harmonijnie łączącego pod swym berłem ludy i religie. O tym, że, jak pisze dalej Zamorski, „Polacy nie przepadali za Rusinami, Ukraińcy za Polakami, jedni i drudzy nienawidzili Żydów, ci zaś odpłacali się pięknym za nadobne”, starano się nie pamiętać.
O wiele ważniejsze było wyobrażenie dobrze wychowanego i wyedukowanego, racjonalnego, konserwatywnego, lojalistycznego zwolennika „Stańczyków” z egzemplarzem „Czasu” pod pachą. Albo młodopolskiego artysty – demona, popijającego absynt nie tylko u Michalika, ale i w miejscach mniej szlachetnych – u Rosenstocka czy Sauera... Wreszcie, dumnego z siebie urzędnika, który w swoim salonie mógł poczuć się trochę arystokratą.
W końcu, jak zauważył Kazimierz Bartoszewicz, satyryk i publicysta, pod względem zawodowym ludność Galicji dzieliła się na znawców sztuki, agentów asekuracyjnych, cyklistów, doktorów, prezesów i dyrektorów, sekretarzy, radców i wydziałowych, analfabetów i głodomorów”. Autoironia – to jeszcze jeden element polskiego snu o Galicji.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

jakim stylem jet ten artykuł napisany?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]