Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Franciszek Józef i sprawy polskie

Franciszek Józef i sprawy polskie

26.11.2016
Czyta się kilka minut
Andrzej Chwalba, historyk: Cesarz zdążył umrzeć, zanim jego polscy poddani z Galicji odwrócili się od wiedeńskiej monarchii. Uznając, że nie ma im ona nic do zaoferowania w zamian za przelewaną przez nich krew.
W 1880 r. Franciszek Józef odbył podróż po Galicji, entuzjastycznie witany przez poddanych. Obraz olejny Zygmunta Ajdukiewicza z tegoż roku przedstawia powitanie cesarza w Krakowie. Fot. wikipedia.org
W

WOJCIECH PIĘCIAK: Spośród przywódców i polityków trzech państw zaborczych nikt nie jest darzony taką sympatią i sentymentem jak Franciszek Józef. Jaki był tak naprawdę jego stosunek do Polaków i ich aspiracji, do sprawy polskiej?
Prof. ANDRZEJ CHWALBA: Początki były bardzo chłodne, zresztą z obu stron. Kiedy w 1851 r., a więc w trzecim roku swego panowania, cesarz przyjechał po raz pierwszy z rutynową wizytacją do Galicji, aby zorientować się w sytuacji – młody, niedoświadczony i wówczas jeszcze w zasadzie bezbarwny cesarz objeżdżał wtedy wszystkie swoje prowincje – został przyjęty źle i sam również nie wykazał jakiejś szczególnej sympatii wobec gospodarzy. Zwłaszcza w Krakowie przyjęto go z dużym dystansem – w końcu było to kilka lat po tym, jak po Powstaniu Krakowskim 1846 r. dawna stolica Polski, wcześniej mająca status wolnego miasta, została włączona do Austrii. Np. profesorowie UJ dokonali tu wręcz ostentacyjnej manifestacji i podczas spotkania z cesarzem wystąpili nie w przepisowych mundurach urzędniczych, lecz w tradycyjnych togach, co zresztą bardzo zirytowało cesarza. Komentował to tak, że „musimy ich czegoś w końcu nauczyć”. Chłodnie przyjmowali go też przedstawiciele polskiej arystokracji i inaczej wtedy być nie mogło. Gdyby wówczas, w 1851 r., cesarz spotkał się z włościanami – dla nich był przedstawicielem państwa, które kilka lat wcześniej zniosło pańszczyznę – może zostałby powitany ciepło. Ale to nie był jeszcze ten Franciszek Józef co później, i spotkania z przedstawicielami ludności chłopskiej nie mogło być w programie wizyty.
Kiedy więc nastawienie cesarza się zmienia?
Pewna sympatia do Polaków pojawia się u niego już ok. roku 1860, gdy miły mu i wysoko przez niego oceniany hrabia Agenor Gołuchowski zostaje wpływowym ministrem spraw wewnętrznych cesarstwa i zaczyna wprowadzać reformy. Pewna liberalizacja systemu monarchii była reakcją na przegraną wojnę z Francją i Piemontem w 1859 r., gdy armia austriacka została sromotnie pobita i autorytet władcy, który w bitwach pod Solferino i Magentą wystąpił w roli naczelnego wodza, uległ poważnemu uszczerbkowi. Cesarz powierzył tę misję reformatorską nie Austriakowi, lecz Polakowi, któremu ufał. Potem, w latach 60. XIX w., następuje intensyfikacja kontaktów między polskimi elitami politycznymi z Galicji i cesarzem. Ale ostateczny przełom nastąpił dopiero w 1880 r., podczas najważniejszej wizyty Franciszka Józefa w Galicji.
Co się stało w 1880 r.?
Polska klasa polityczna z Galicji wiedziała, że od tej wizyty dużo zależy. Mieli czas, żeby się przygotować – Franciszek Józef miał taki obyczaj, iż wizytacje w prowincjach swego państwa zapowiadał kilka lat wcześniej. I przygotowali się tak, że rok 1880 to właściwie początek przyjaźni cesarza z jego polskimi poddanymi, przyjaźni wręcz serdecznej. Bo polscy poddani zaskoczyli go. Komentarze jego i jego otoczenia dowodzą, że nie spodziewał się tak entuzjastycznego przyjęcia. Bo to nie było ciepłe przyjęcie – ono było entuzjastyczne. Poczynając od Krakowa: Potoccy gościli go „Pod Baranami”, kilkuset chłopów spotkało się z nim w Sukiennicach podczas Uczty dla włościan, były salwy armatnie, a swojego głosu użyczył dzwon Zygmunt. Potem była podróż koleją żelazną w kierunku Mościsk, podczas której tłumy wiwatowały na kolejnych przystankach.
Rok 1880 był przełomem?
Tak. I zaowocował nie tylko na płaszczyźnie emocjonalnej – gdzie można mówić o sympatii, a chyba również o szacunku i uznaniu dla Polaków ze strony cesarza – lecz także politycznej. Od 1871 r. w każdym rządzie Austrii zawsze był Polak jako minister ds. Galicji. Ale kształtując kolejne gabinety, cesarz dbał także o to, aby było w nich zawsze miejsce dla Polaków w innych ministerstwach, i to tych najważniejszych, zajmujących się gospodarką oraz finansami. To Julian Dunajewski będzie tworzyć podstawy nowoczesnej gospodarki państwa, to profesorowie uniwersytetów w Krakowie i Lwowie będą ministrami i ekspertami. Cesarz doszedł najwyraźniej do przekonania, że gdy deklamują oni słynne zdanie „Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać będziemy”, mówią to szczerze. Z drugiej strony, mieliśmy tu swoiste sprzężenie zwrotne: na przychylność i sympatię władcy jego polscy poddani – i elity, i lud – reagowali coraz większą sympatią. Z czasem w Galicji powszechne stało się wręcz przekonanie, że na cesarza można liczyć w sprawach trudnych, gdy np. wśród Austriaków zaczął ujawniać się nacjonalizm niemiecki. Zaś cesarz, mając do czynienia z wrzeniem w różnych częściach monarchii, mógł postrzegać Polaków jako czynnik umiarkowany, łagodzący napięcia. Także dlatego w kluczowych ministerstwach – gospodarczych, finansów, sprawiedliwości – Polacy stanowili kilkanaście, a bywało, że nawet ponad dwadzieścia procent kadry. Bez zaufania ze strony cesarza byłoby to niemożliwe.
Czyli udało się tu Polakom osiągnąć coś, co było nie do pomyślenia w dwóch pozostałych zaborach?
Dokładnie tak: przekonaliśmy zaborcę, że szczerze uznajemy go za naszego władcę. On w to uwierzył i kapitał zaufania procentował rosnącymi wpływami polskiej klasy politycznej na rządy austriackie. Co powiedziawszy, zrobiłbym jednak pewne zastrzeżenie: to nie znaczy, że na tej sytuacji sporo zyskiwała sama Galicja. Owszem, robiono kariery w Wiedniu, ale to były kariery – powiedziałbym – Polaków austriackich, którzy troszczyli się o dobro całej monarchii i cesarza, natomiast korzyści z tego dla Galicji były skromne.
No i mimo wszystkich sympatii cesarz nie zdecydował się na zrealizowanie głównego marzenia polskich elit z Galicji: przekształcenia Austro-Węgier w Austro-Węgro-Polskę. Dlaczego unia trzech podmiotów nie powstała?
Takie pomysły istotnie pojawiały się już od lat 60. XIX wieku. Były też inne koncepcje, np. wyodrębnienia Galicji i podniesienia jej rangi, tak aby była osobnym tworem w ramach Austrii, z osobnymi władzami i konstytucją. Ten drugi pomysł zaczął się zresztą materializować tuż przed śmiercią Franciszka Józefa. 4 listopada 1916 r. – na dzień przed tym, kiedy wraz z cesarzem niemieckim, Wilhelmem II, wydali słynny Akt 5 Listopada, w którym deklarowali wolę utworzenia samodzielnego Królestwa Polskiego z ziem zaboru rosyjskiego, które wówczas znajdowały się już od ponad roku pod okupacją austriacką i niemiecką – cesarz Franciszek Józef podpisał dokument, o którym dziś zupełnie nikt nie pamięta... Inaczej niż Akt 5 Listopada, który odegrał swoją rolę na drodze do późniejszej niepodległości Polski, ten ostatni samodzielny akt prawny umierającego już w zasadzie cesarza, dotyczący sprawy polskiej, popadł w zupełne zapomnienie...
...a sama koncepcja Austro-Węgro-Polski?
Moim zdaniem była zupełnie nierealna, choć może ładnie wyglądała na papierze, pod postacią memorandów galicyjskich polityków. Ale opór przeciwko niej był od początku zbyt wielki – w samej monarchii i w jej otoczeniu. Co ciekawe, sam Franciszek Józef był nią zainteresowany, bo on, Habsburg, chciał zostać także królem Polski. Polscy politycy sądzili, nieco naiwnie, że skoro cesarz jest tym zainteresowany, będzie to możliwe. Zdecydowanie optowali za tą koncepcją zwłaszcza w sierpniu 1914 r., licząc, że wojna będzie dobrą okazją do zainicjowania reformy państwa i przekształcenia go w potrójną monarchię.
Leon Biliński, austro-węgierski minister finansów i wielki zwolennik orientacji austro-polskiej, napisał wtedy projekt cesarskiego manifestu do Polaków, z obietnicą odbudowy Królestwa Polskiego związanego z Austrią, do którego miały być włączone Galicja i Kongresówka, wyzwolona spod panowania Rosji...
Choć cesarz ten tekst zaakceptował, to ostatecznie spoczął on w koszu. Jak się okazało, wpływ starzejącego się cesarza na politykę państwa był coraz mniejszy. Po drugie, zaczęła się wojna, a na wojnie rządzą generałowie, a nie cesarz. Tym bardziej taki, któremu mylą się już nazwiska dowódców, fronty czy twierdze... Ponadto, swoje weto przeciw takiemu manifestowi postawił rząd węgierski. Premier Węgier Istvan Tisza był przeciwny. Obawiał się, że dowartościowanie Polaków osłabi pozycję Węgrów jako równoprawnego podmiotu w dualistycznym państwie, i że wzmocni nie tylko Polaków, ale w ogóle pozycję Słowian. Tymczasem Węgrzy mieli już wielkie kłopoty ze „swoimi” Słowianami – poddanymi Królestwa Węgier, których usilnie i od lat madziaryzowali. Niemniej przeciwko koncepcji Autro-Węgro-Polski było też wielu polityków austriackich – oni z kolei bali się osłabienia pozycji „żywiołu niemieckiego”, a wielu z nich coraz bardziej popatrywało na Berlin.
Gdy przeciwna tej koncepcji była również Rzesza Niemiecka...
...i to także było kluczowe, skoro pozycja Berlina w jego sojuszu z Wiedniem stawała się coraz mocniejsza. Niemcy, którzy w kolejnych latach chcieli zdominować politykę austriacką, mieli wtedy inne pomysły na Europę Środkową i na rozwiązanie – czy może raczej: zneutralizowanie – „kwestii polskiej”, i nie byli w ogóle zainteresowani tym, aby Królestwo Polskie przyłączyć do Austrii. To by oznaczało przecież wzmocnienie Habsburgów. A celem Hohenzollernów, choć byli sojusznikami Wiednia, nie było wzmocnienie, lecz osłabienie Habsburgów. Tak, aby ich miejsce w „niemieckiej Europie Środkowej”, owej „Mitteleuropie”, nie było równorzędne, lecz podrzędne wobec Berlina.
Charakterystyczne zresztą, że Akt 5 Listopada z 1916 r. był zwycięstwem dyplomacji niemieckiej i klęską Austriaków. Choć akt ten podpisali Wilhelm i Franciszek Józef, to przyszłe Królestwo Polskie miało być w gruncie rzeczy pod kuratelą Niemiec. Czemu Austriacy na to poszli?
Byli coraz bardziej zależni politycznie i militarnie od Niemców. Chwilę wcześniej, latem 1916 r., armia niemiecka musiała wspierać wydatnie armię austro-węgierską, gdy przez moment wydawało się, że rozleci się ona pod ciosami ofensywy Brusiłowa, tej ostatniej i dramatycznej ofensywy carskiej Rosji na froncie wschodnim. Ponadto, bądźmy szczerzy: Austria doby wojny nie miała wybitnych polityków. To byli dobrzy urzędnicy, ale kiepscy politycy i żadni wizjonerzy. W Austrii nie było też wtedy ludzi odważnych, gotowych nawet na niekonwencjonalne rozwiązania, aby ratować wielonarodową monarchię – np. poprzez jej głębokie reformy.
Czy polscy politycy z Galicji widzieli, co się dzieje? Mieli świadomość, że ich orientacja, ich koncept wali się w gruzy?
Część z nich, zwłaszcza krakowscy konserwatyści, długo jeszcze wierzyli w Austrię. Złudzeń nie miał obóz niepodległościowej lewicy z Piłsudskim, który sojusz z Wiedniem traktował w kategoriach tylko taktycznych. Piłsudski zresztą od początku krytykował koncepcję potrójnej monarchii austro-węgiersko-polskiej, mówiąc, że Polska ma być wolna, a nie austriacka, i że Polska ma być republiką, a nie monarchią. W ślad za Piłsudskim pójdzie potem Wincenty Witos i jego ludowcy, pójdą polscy narodowcy z Galicji Wschodniej.
Czyli ów zapomniany dziś cesarski akt z 4 listopada 1916 r. nie miał już żadnego znaczenia?
Pozostał na papierze. Przewidywał, że wyodrębniona Galicja będzie mieć własny rząd z kanclerzem. Miała się odtąd nazywać Małopolską – dokładnie: Królestwem Małopolski – i miała mieć odrębne struktury władzy. Ale oczywiście nadal miała być połączona z Austrią. Jednak nic się z tego aktu z 4 listopada już nie narodziło, powstały jedynie komisje pracujące m.in. nad projektem konstytucji...
Mówimy tu cały czas o galicyjskich politykach gabinetowych... Tymczasem nie tylko oni długo wierzyli w cesarza. Mamy lipiec-sierpień 1914 r., zaczyna się wojna. I oto w Galicji nie tylko polskie elity stają po stronie monarchii. Podobnie jest „na dole”: mobilizacja przebiega sprawnie, pułki złożone w większości z Polaków idą na front z przekonaniem, z obrazami Matki Boskiej i polskimi pieśniami na ustach...
...tak wymaszerował m.in. na wojnę z Krakowa stacjonujący tu 12. Pułk Piechoty, tak zwane „Krakowskie Dzieci”.
Skąd to się brało? Dlaczego także polski rekrut z Galicji – w tym być może mój pradziadek, zmobilizowany rezerwista z 17. Pułku Landwehry z Rzeszowa – szedł na tę wojnę z przekonaniem, że to „nasza wojna”?
To nie była wtedy specyfika galicyjska, to był ogólnopolski fenomen roku 1914. Dziś nie zdajemy sobie sprawy, że w ciągu ponad stu lat zaborów nastąpiła daleko idąca akulturacja czy też asymilacja mieszkańców, ze wszystkich stanów społecznych, do kultury politycznej zaborcy. Nawet ten rosyjski był z czasem traktowany jak „swój”. Także w Kongresówce czy Wielkopolsce mobilizacja przebiegła bez zakłóceń i również tam polscy rekruci, chłopi i mieszczanie, zwykle szli na front z przekonaniem, że walczą za „swoich”. To pochodna charakteru tego konfliktu i ówczesnej samoświadomości Polaków. Nawet poznaniacy bili się ofiarnie za kajzera, nie było dezercji. A w Kongresówce Piłsudski był postrzegany jako zdrajca, który wysługuje się Niemcom. Dziś możemy uważać, że była to sytuacja nienormalna – wtedy, co widać z pamiętników, takie poczucie mieli tylko nieliczni Polacy.
Pozostając przy Galicji: co sprawiło, że identyfikacja tutejszych Polaków z monarchią i cesarzem w kolejnych latach słabnie, że zmienia się świadomość?
Mówiąc najkrócej: skutki wojny. Coraz większe ofiary wśród żołnierzy, nędza na zapleczu, głód – były przypadki śmierci głodowej, były też tzw. manifestacje głodowe kobiet. Dalej: choroby, epidemie. I zniszczenia wojenne po przejściu frontu, który przez niektóre regiony Galicji przewalał się parokrotnie. O to wszystko obwiniano nie tylko Rosjan, także własną monarchię. W listopadzie 1918 r., gdy powstawała wolna Polska, kilkaset tysięcy mieszkańców Galicji nadal żyło w jamach ziemnych, bo nie zdążyli odbudować domów. Zresztą już w 1915 i 1916 r. kolejne fale mobilizacji pokazały, że nie ma entuzjazmu. Ludzie widzieli, że zaborca, jeszcze niedawno traktowany jako „swój”, nie odpłaca niczym polskim poddanym za przelewaną przez nich krew, że nie czyni nic dla „sprawy polskiej”. Świadomość tego narasta z czasem nawet wśród ludzi z Naczelnego Komitetu Narodowego, czyli najgorętszych zwolenników opcji proaustriackiej. Zresztą – nawet samo sformułowanie „sprawa polska” było wtedy na indeksie cenzury austriackiej. Podobnie jak zwrot „niezawisła Polska”.
Polscy chłopi z Galicji w c.k. mundurach nie musieli tego wiedzieć...
Zgoda, ale oni byli jednak lepiej wyedukowani niż np. chłopi polscy z zaboru rosyjskiego – był to nie tylko efekt pracy społecznej polskich organizacji, Witosa i jego ludowców, ale też galicyjskiej szkoły, edukującej nieźle i po polsku. Również oni, tkwiąc w roku 1916 czy 1917 w okopach na Wołyniu czy froncie włoskim, coraz częściej musieli sobie zadawać pytanie: za co mamy walczyć i umierać? W 1917 r. w armii austriackiej coraz bardziej szerzą się dezercje, które od lata 1918 r. przybierają już charakter masowy. Ludzie widzą, że państwo się rozsypuje, że kończy się też klimat przyjaźni polsko-austriackiej.
Co było tu „gwoździem do trumny” dla orientacji proaustriackiej?
Brześć. Pokój zawarty w Brześciu Litewskim [dziś Brześć nad Bugiem – red.] przez Niemców i Austriaków, kończący wojnę na ich froncie wschodnim. W lutym 1918 r. pewien paryski dziennik – a w ślad za nim m.in. krakowski „Czas” – opublikował tajny protokół do umowy między delegacjami niemiecką i austriacką a Ukraińską Republiką Ludową [powstającym wtedy państwem ukraińskim na terenie obecnej centralnej i wschodniej Ukrainy, tj. na dawnych ziemiach carskich, okupowanych przez Niemcy i Austrię – red.]. Umowa nie tylko przewidywała oddanie Ukraińcom Chełmszczyzny [tj. obecnej wschodniej Lubelszczyzny – red.], co Polacy uznali za kolejny rozbiór. Ujawniono, że umowa przewiduje również, iż w ramach Austrii z Galicji Wschodniej powstanie Ukraiński Kronland, Kraj Koronny, ze stolicą we Lwowie.
„Wiarołomna Austria”: tak pisano.
I nie tylko pisano. Gdy to ujawniono, na terenie Galicji i Kongresówki na ulice wyszły wielotysięczne manifestacje. Strajkowali górnicy Wieliczki i Bochni, protestowali rolnicy, studenci, gimnazjaliści. Palono portrety najjaśniejszych państwa: już nie Franciszka Józefa, bo nie żył od roku, lecz jego następcy Karola i niemieckiego Wilhelma. Były ofiary śmiertelne, gdy austriacka żandarmeria w niektórych miejscowościach zaczęła strzelać. Polscy żołnierze w c.k. armii odsyłali do Wiednia swoje ordery. Albo... przypinali je świniom. Druga Brygada Legionów Hallera, która wcześniej nie posłuchała apelu Piłsudskiego i pozostała wierna Austriakom, teraz wypowiedziała posłuszeństwo, skierowała przeciw nim broń i siłą przebiła się pod Rarańczą na drugą, rosyjską stronę frontu, a faktycznie linii rozejmowej. W 1914 r. coś takiego byłoby w Legionach nie do pomyślenia. Gdzieniegdzie, np. w Tarnowie, były nawet próby niszczenia pomników austriackich. Słowem: Brześć oznaczał ostateczną klęskę orientacji proaustriackiej wśród Polaków.
Można powiedzieć, że Franciszek Józef miał przynajmniej to szczęście, że dwa lata wcześniej umarł. Nie tylko oszczędzony został mu widok, jak „jego” Polacy się od niego odwracają. Także ludzie w Galicji nie jego obciążali już winą, lecz jego następcę...
...niedoświadczonego i jakże przeciętnego w powszechnym odczuciu cesarza Karola. Także dlatego w polskiej pamięci zbiorowej Karol, ostatni cesarz Austrii i ostatni władca Galicji, jest dziś właściwie nieobecny. Zupełnie inaczej niż Franciszek Józef. ©℗

Prof. ANDRZEJ CHWALBA jest historykiem, profesorem UJ. Autor m.in. „Józef Piłsudski – historyk wojskowości”, „Polacy w służbie Moskali”, „Kraków w latach 1939–1945”, „Kraków w latach 1945–1989”, „Samobójstwo Europy. Wielka Wojna 1914–1918”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]