Reklama

W białych rękawiczkach

W białych rękawiczkach

25.11.2019
Czyta się kilka minut
Dotowana przez Europejczyków libijska straż przybrzeżna handluje ludźmi i w dramatycznych warunkach więzi tysiące migrantów. Właśnie przedłużono z nią współpracę.
Minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Maas (tyłem) w ośrodku dla uchodźców w Zuwarze (Libia), 27 października 2019 r. FLORIAN GAERTNER / GETTY IMAGES
C

Coraz trudniej jest bronić się Unii Europejskiej przed oskarżeniami o bierny współudział w łamaniu praw człowieka uchodźców i migrantów z Afryki Subsaharyjskiej, więzionych w Libii. Kilka dni temu dziennik „The Guardian” ujawnił wewnętrzny dokument Rady UE, w którym pierwszy raz przyznano, że Bruksela nie ma możliwości kontrolowania sytuacji osób przetrzymywanych w ośrodkach libijskiej straży przybrzeżnej. Nie chwaląc się tym zbytnio, w listopadzie Włochy przedłużyły z nią porozumienie o współpracy.

Podpisane w lutym 2017 r. – gdy władzę w Rzymie sprawował centrolewicowy rząd – zapewnia Libijczykom m.in. trening, sprzęt i pieniądze (90 mln euro w ciągu ostatnich dwóch lat). Migranci, cofani do Libii – państwa, nad którym rząd sprawuje tylko częściową kontrolę – za wiedzą i przyzwoleniem Unii trafiają w polityczno-prawną próżnię. W styczniu kilkadziesiąt osób sprzedano handlarzom z miasta Al-Chums zaraz po tym, gdy dostarczyła ich tam straż przybrzeżna. Miesiąc później 22 migrantów, którzy protestowali przeciw warunkom przetrzymywania, torturowano w piwnicach centrum Triq al-Sikka w Trypolisie, znajdującym się vis-à-vis ośrodka ONZ (informacje te podaję za Sally Hayden, która wyniki śledztwa dziennikarskiego w tej sprawie opublikowała w „Foreign Policy”). Na te doniesienia Bruksela zawsze reaguje podobnie: powtarza, że w Libii są właśnie pracownicy ONZ. Ci jednak mają ograniczone możliwości działania, pieniądze zaś, jakie przekazuje agencjom ONZ Unia (od 2016 r. 135 mln euro dla IOM i UNHCR), nie skłaniają ich zapewne do nadmiernej krytyki.

Ujawniony przez „Guardiana” dokument wspomina o „zniknięciach” osób zatrzymywanych przez Libię; podaje liczbę od 17 do 35 ośrodków detencyjnych oraz ponad 5 tys. żyjących w nich pod kluczem osób; przyznaje, że niektóre z tych ośrodków utrzymują kontakty z handlarzami ludźmi; wreszcie powtarza, nagłaśniane od lat przez organizacje praw człowieka, informacje o przeludnieniu ośrodków, torturach, gwałtach i wymuszeniach okupów. Zdaniem jego autorów handel ludźmi stał się w Libii modelem biznesowym.


Polecamy: Uchodźcy i migranci - specjalny serwis "Tygodnika Powszechnego"


W Europie umowa z Libią (oficjalnie: „protokół uzgodnień”) odnosi zamierzony skutek: podczas gdy w 2016 r. do Włoch dopłynęło 119 tys. uchodźców i migrantów, w tym roku, do połowy listopada, było ich tylko 10 tys. W Rzymie i Brukseli wspieranie Libii i Turcji przynosi efekt polityczny. Wywołuje wrażenie stałego powstrzymania migracji, a przy okazji inspirowanego nią w wielu krajach Unii populizmu. Pontony z migrantami już nie niepokoją wyborców na ekranach telewizorów – częściowo za sprawą umowy z Libią, częściowo dzięki pieniądzom, które Bruksela śle innym państwom Afryki oraz Turcji. To właśnie drugi kontekst tej historii.

Odbywa się to w białych rękawiczkach. Od 2015 r. Unia, za pośrednictwem Emergency Trust Fund for Africa, przekazała ok. 400 mln euro krajom Rogu Afryki – na zapobieganie przyczynom migracji i walkę ze szmuglerami. Jednak organizacja humanitarna Oxfam utrzymuje, że na ten cel trafiło tylko 4 proc. tej sumy – pozostałą wykorzystano m.in. do powstrzymywania ludzi na granicach. Dzieje się to na pustyni, z dala od kamer i poza kontrolą z zewnątrz; biorą w tym udział nie tylko żołnierze, ale także prywatne milicje o wątpliwej reputacji. W Sudanie pilnujące granicy z Libią tzw. Siły Szybkiego Wsparcia (RSF) to w istocie oddziały dżandżawidzów, bojówek odpowiedzialnych kilka lat temu za zbrodnie na chrześcijanach w Darfurze. Wsparcie z Zachodu to nie tylko pieniądze: sudański wywiad, którego oficerowie regularnie torturują politycznych dysydentów, otrzymał od UNHCR motocykle.

I choć żaden z unijnych polityków głośno nie pochwali szczegółów tej polityki, nie ma raczej wątpliwości: z etyką ma ona niewiele wspólnego. ©℗

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]