Bezprawne odwołanie przez ministra Glińskiego dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Magdaleny Sroki można uznać za początek wielkiej czystki we władzach kinematografii. A zarazem ideową deklarację, czym ma być Instytut.
Niefortunny list „szkalujący Polskę”, wysłany z PISF do prezesa Motion Picture Association of America, był oczywiście pretekstem, choć rzeczywistość za chwilę może potwierdzić jego zawartość: o polskiej kulturze filmowej będą decydować ludzie wybrani wedle politycznego klucza. Mierni, ale wierni. Zamiast jakości artystycznej projektu, będą promować słuszne tematy czy nazwiska. Zamiast rozmowy o tym, co robić, by system działał bardziej przejrzyście i nie konserwował układu zamkniętego, Ministerstwo Kultury woli wszystko „zaorać”.
Jeśli minister zignoruje głosy środowiska filmowego, będzie to kolejny udany zamach na instytucję kultury, którego skutki będą opłakane. Fakt, iż Gliński za złamanie ustawy może zostać w przyszłości pociągnięty do politycznej odpowiedzialności (bo realne koszty zapłacą podatnicy), jest marną pociechą. „Tu było kino” – pod takim tytułem powstał kiedyś album poświęcony małym kinom znikającym z polskiego pejzażu. Gdy zaleją nas robione na partyjne zamówienie produkcyjniaki czy bezpieczne wytwory autocenzury, a najlepsi i najmniej prawomyślni twórcy będą zmuszeni kręcić filmy za granicą, zdanie to może nabrać zupełnie innego wymiaru. ©
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















