Telenowela na Święta

Duszpasterz z pelplińskiego Pielgrzyma, ksiądz Franciszek Kamecki, zastanawia się w jednym ze swoich tekstów, jak mówić kazania do słuchaczy, którzy o bohaterach telenowel, śledzonych co tydzień z przejęciem, rozmawiają jak o znajomych i krewnych, bardziej żywych niż ci z prawdziwego życia.
Czyta się kilka minut

Coraz głośniejszy prozaik, Wojciech Kuczok, wyznaje dziennikarzowi: “Literatura musi być bliska życia. Żyjemy w świecie pełnym krzywdy i dysharmonii. Od tego, by ten stan rzeczy zakłamywać ku pokrzepieniu serc gospodyń domowych, są telenowele. Ja mam zamiar pisać książki dotkliwe" (cytuję za poprzednim numerem “TP"). Dwa sądy, dwie troski o prawdę życia, rozbieżne tak, że chyba się nie stykają, a ja próbuję uporać się z wydarzeniem, które z tego kręgu zjawisk pochodzi, a w żaden sposób nie przystaje do żadnego z obu sądów.

Lubiłam zaglądać do serialu “Plebania", choć nie jestem typową gospodynią domową. Scenarzystom doradza tam bowiem ksiądz proboszcz z Krasiczyna, znający nie scenariusze, lecz rozległe przestrzenie najprawdziwszej Polski. Widać w wątkach “Plebanii" zmaganie się obserwacji autentycznych z nieustannym ciśnieniem poszukiwanych sensacyjek, kryminałów, zagrań mających “uatrakcyjnić" fabułę. Bohaterowie bywają różnie ciekawi. Ale o jednym z nich kiedyś napisałam i odwiedził nas potem w redakcji. Krakowski aktor odtwarzał postać lokalnego “głupiego Romusia", przejmującą, żywą jak bicie serca historię chłopca o wyjątkowej wrażliwości i mądrości, radzącego sobie z nieszczęściami losu tak mężnie jak potrafi tylko dziecko, doroślejsze niż ktokolwiek dorosły, a Boga i wiarę pojmującego prawdziwiej niż niejeden kaznodzieja. Można było wiele w “Plebanii" oceniać krytycznie lub z politowaniem, ale na pewno nie ten wątek. Myślałam sobie zawsze, że to jest prawdziwy dar serialu dla telewidzów, pewnie nie tylko dla “gospodyń domowych". Spotkanie z aktorem było spotkaniem z bardzo ciekawym i ujmującym człowiekiem. Cieszyłam się, że mogę mu podziękować.

Krakowski aktor nazywał się Paweł Gędłek. Niedawno przeczytałam w lokalnej prasie o koncercie dla uczczenia jego pamięci. Umarł nagle. Chciałam dowiedzieć się, co dzieje się w serialu, który przecież “idzie" dalej. Okazało się, że “Romuś" nie umarł, gra go po prostu ktoś inny. Mało podobny, ale to widocznie nikomu nie przeszkadza. Przynajmniej jeśli chodzi o reżysera i grających. Bo chyba widzów nikt nie zamierzał nawet pytać. Skoro opowiada się im historię nieprawdziwą... Czy mieliby odpowiedzieć, że najważniejszy jest dla nich ciąg dalszy? I tak świat wirtualny zatryumfował nad rzeczywistym.

Jeszcze lepiej rozumiem teraz rozterkę księdza Kameckiego. Bo przecież kaznodzieja ma mówić o rzeczywistości bardziej realnej niż wszystko, co nas otacza, a musi się oto zmagać z kilkunastocalowym ekranem, niewzruszonym nawet wobec śmierci człowieka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 52/2004