Reklama

Stanąć po swojej stronie

Stanąć po swojej stronie

09.05.2016
Czyta się kilka minut
Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka: Mechanizm wyparcia traumatycznego doświadczenia jest niesłychanie silny. Matka molestowanego dziecka, która po latach mówi, że niczego nie pamięta, rzeczywiście może nie pamiętać.
Fot. Piotr Wewerka
P

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Czy po doświadczeniu traumy molestowania w dzieciństwie da się wyjść na prostą?

EWA CHALIMONIUK: Czy zawsze i czy do końca, tego nie wiem. Ale na pewno warto się starać. Największa wartość terapii polega być może na tym, że tego łańcuszka nieszczęścia nie przekazuje się dalej. Można przekroczyć syndrom bycia wieczną ofiarą, osobą niepewną i zawstydzoną.

Na czym takie przekroczenie polega?

Zaczyna się od jakiegoś przełomowego momentu, czegoś, co sprawia, że pęka mechanizm wyparcia. Czasami to lektura, film albo wydarzenie w życiu, choćby osiągnięcie przez dziecko dawnej ofiary wieku, w jakim ta osoba była, kiedy ją wykorzystywano.

Co dalej?

Terapia, która ma sprawić, że to, co wypchnięte, staje się uświadomione. Nie chodzi o „babranie się” we wspomnieniach, dramatycznych szczegółach swojej historii, ale o dopuszczenie do głosu traumatycznego doświadczenia i prawdziwej opowieści o swoim życiu i sobie.


CZYTAJ TAKŻE:


Nie jest to łatwe. Dorosłe ofiary mówią nawet, że z biegiem lat traciły powoli pewność: czy tamto zdarzyło się naprawdę.

Dlatego tak ważny jest świadek dramatu, którym może się stać sam terapeuta. Bo poprzedni potencjalni świadkowie – matka, ojciec, babcia – w tej roli zawiedli. Terapeuta, często jako pierwszy, staje się rzecznikiem skrzywdzonego. Nawet zanim stanie się nim sam skrzywdzony, który przecież wypierał swój dramat w jakimś celu: żeby się zaadaptować, chronić swoich rodziców – jedynych bliskich wówczas ludzi – żeby chronić swą dziecięcą psychikę i po prostu przeżyć. To było w jakimś sensie racjonalne, ale teraz przyszedł moment rozliczeń: ze sprawcą, z bliskimi, którzy nie reagowali, ale też ze sobą.

Ze sobą?

Nie chodzi o rozliczenie się ze swoją winą, bo jej po stronie ofiary nie ma. Chodzi o inne spojrzenie na siebie samego. Stanięcie po swojej stronie po latach brania strony bliskich.

Jedna z bohaterek reportażu mówi do samej siebie sprzed lat: przepraszam, że nigdy nie pozwoliłam ci być dzieckiem, że jako dorosła kobieta się tobą nie zaopiekowałam...

Każdy z nas – choćby stulatek – ma w sobie część, nazwijmy to, „dziecięcą”, która nam podpowiada, czego pragniemy i co czujemy. I część „dorosłą”, takiego wewnętrznego rodzica, który ma się nami opiekować, podejmować decyzje, brać odpowiedzialność. Jeśli nasz prawdziwy rodzic lub opiekun w dzieciństwie zawiódł, my też często zawodzimy później siebie samych. Nie potrafimy stawiać innym granic, dbać o siebie. Jeśli sobie uświadomimy, że sami siebie w dorosłym życiu opuściliśmy, możemy się pochylić nad tym skrzywdzonym przed laty dzieckiem.

Do tego trzeba się pozbyć poczucia winy.

Ofiary molestowania zawsze jakimś kawałkiem siebie czują się winne. Wzmagają to sami sprawcy, sugerując często, że dziecko „samo chciało”, albo – w przypadku przymykających oko świadków – zadając pytania w rodzaju: „Po co szłaś do dziadka na kolana?”.

To poczucie winy ma swoje konsekwencje. Ofiara daje się również wykorzystywać w dorosłym życiu albo nie zauważa, jak wykorzystywane jest jej dziecko.

To chyba najtrudniejsze do pojęcia: matka, ojciec muszą – zdawałoby się – widzieć krzywdę dziecka. Ale nie reagują. 

Bo tak silny jest mechanizm wyparcia. Albo egoistyczny interes członków rodziny kosztem tego dziecka. Obawa, że rodzina się rozpadnie, mężczyzna odejdzie, wstyd itd. Miałam pacjentkę, która przeszła terapię jako ofiara molestowania w dzieciństwie, a rozpadła się kompletnie psychicznie po tym, jak uświadomiła sobie, że dopuściła do wykorzystywania seksualnego własnego dziecka, zresztą przez tego samego sprawcę. Takie osoby mają w psychice taką niewidzialną „białą plamę”. W ten sposób bronią się przed poczuciem winy. Często ci rodzice, którzy mówią „nie pamiętam” – rzeczywiście nie pamiętają.

Wszyscy mamy zresztą takie doświadczenie: rodzice nam coś przykrego w dzieciństwie powiedzieli albo nas uderzyli. My to pamiętamy, a oni mówią: „Nieprawda, tak nie było”. Tym bardziej dzieje się tak w przypadkach drastyczniejszych.

Sprawca też „nie pamięta”. 

W krajach, które mają znacznie większe niż nasz doświadczenie w tworzeniu programów pomocowych dla ofiar przemocy seksualnej, dąży się za wszelką cenę do tego, by doprowadzić sprawcę do skruchy, do słowa „przepraszam”. Bo wtedy można wybaczyć.

Po co – pytam o terapeutyczny punkt widzenia – wybaczenie? 

Po to, by pozbyć się dodatkowego obciążenia. Jeśli uwolnimy się od poczucia bezsilności, wstydu i winy z jednej strony, a nienawiści z drugiej, łatwiej nam będzie odzyskać wpływ na swoje życie. Bo jeśli ktoś w terapii zostanie na etapie krzywdy, trudno mu będzie przejść na etap kolejny. A jeśli postanowi – jak pani pisząca list do siebie z okresu dzieciństwa – że odtąd będzie się sobą opiekowała, nie tylko nie pozwoli krzywdzić siebie i swoich dzieci, ale wyjdzie na drogę prowadzącą do zdrowia.

Jest jeszcze jedna bariera, nie do zlikwidowania w gabinecie terapeuty. Kulturowa.

Kiedyś mówiono, że „dzieci i ryby głosu nie mają”. Nadal się mówi, że dziecko musi być przede wszystkim grzeczne i posłuszne. W naszym społeczeństwie podmiotowość dziecka – które ma prawo myśleć, czuć, mieć swoje zdanie – jest czymś stosunkowo nowym. Jeszcze w XIX w. dziecko na wsi miało status niemalże zwierzęcia gospodarskiego. Należało je nakarmić, ubrać, ewentualnie wysłać do szkoły, w zamian za co to dziecko miało być tylko grzeczne i wdzięczne. Od tamtej pory widać rzecz jasna zmiany, ale mylą się ci, którzy sądzą, że te zmiany zaszły bardzo daleko. ©℗

EWA CHALIMONIUK jest psychoterapeutką, pracuje w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie.


ogłoszenie społeczne

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Tak jak wspomniano w artykule, podstawa to terapia - ale ważne, by znaleźć dobrego terapeutę, a nie takiego, co powie, żeby nie wracać do tego, co było w dzieciństwie. Bez porządnego przepracowania wypartej traumy nie da się później w pełni żyć. A prócz terapii sporej części ludzi w takim przepracowaniu przeszłości pomagają też grupy 12-krokowe, np. DDA/DDD, SLAA, S-Anon.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]