Spływamy!

WŁÓCZYKIJ I POWSINOGA| Odkąd nasi przodkowie odbyli pierwszą podróż na wielkim pniu płynącym z nurtem, skonstruowaliśmy mnóstwo rodzajów łódek i tratw. Jedna zasada się nie zmieniła: współpracuj z...

Reklama

Spływamy!

Spływamy!

13.07.2020
Czyta się kilka minut
WŁÓCZYKIJ I POWSINOGA| Odkąd nasi przodkowie odbyli pierwszą podróż na wielkim pniu płynącym z nurtem, skonstruowaliśmy mnóstwo rodzajów łódek i tratw. Jedna zasada się nie zmieniła: współpracuj z rzeką.
Dolina Biebrzy, spływ tratwą po bagnach biebrzańskich, 2012 r. / TOMASZ TOMASZEWSKI / FOTONOVA
B

Bielik wystartował ciężko jakieś dziesięć metrów od nas, nieco na lewo, spłoszony głośniejszym pluskiem wiosła. Zapatrzeni w wielkiego ptaka, mocno odpychającego się skrzydłami od jasnego powietrza, zaryliśmy dziobem kajaka w plątaninę roślin kołyszących się tuż pod powierzchnią wody. Ups! Trzeba odepchnąć się wiosłami i „na wstecznym” wrócić w nurt, który od kilku godzin nam pomaga.

RZEKA WIJE SIĘ WĄSKĄ RYNNĄ. Cztery, czasem pięć metrów szerokości. Do dna – sześć, a miejscami nawet i z dziewięć. Siedząc w kajaku trzeba o tym pamiętać, bo wzrok dostrzega coś zupełnie innego – jezioro rozlane po horyzont. Owszem, gdy masz głowę niecały metr nad powierzchnią wody, horyzont nie jest daleko. Po lewej – teraz – zamknięty trzcinami, dalej – linią lasu. Po prawej – trudno zobaczyć, światło słońca ostro odbija się w wodzie, migocze, oślepia, gdy chcieć poza nie spojrzeć.

W pierwszych dniach maja Biebrza z reguły tworzy szerokie rozlewiska. Poniżej twierdzy w Osowcu, aż do ujścia do Narwi, a na pewno do Brzostowa, leżącego kilkanaście kilometrów wyżej, w szuwarach wśród trzcin gniazduje lub żeruje mnóstwo ptaków. Wodniczki, bataliony, gęsi: gęgawa, białoczelna, zbożowa. Kaczki świstuny i cyranki. Żurawie. Orliki grubodziobe. Bielik, którego widzieliśmy. Dzisiaj mamy szczęście – zwłaszcza do batalionów. Kilka razy mijaliśmy je na odległość wiosła albo dwóch. Kaczki raczej słyszymy. Chowają się, ale niedaleko.

Po kilku odepchnięciach wróciliśmy pod łaskawe panowanie nurtu. Niby leniwy, powolny, ale wyraźnie czujemy – niesie nasz kajak. Zaczynamy współpracować. Wyrównujemy rytm wioseł. Nie za szybkie, ale zdecydowane pociągnięcia. Sądząc z układu trzcin, na wiosnę ledwo wystających z wody, wygląda na to, że przez chwilę rzeka popłynie prosto. To tutaj rzadkość. Zwykle meandruje jak szalona. Gdy patrzeć na nią z góry, wygląda jak wąż.


WŁÓCZYKIJ I POWSINOGA – WAKACYJNY CYKL DODATKÓW. WEŹ, CZYTAJ! >>>


Odepchnięcia wioseł nie mogą być równe – trzeba pracować mocniej z jednej strony, by wprawić kajak w ruch zgodny z zakrętem rzeki. Ale gdy jeszcze skręcamy w prawo (rufa idzie w lewo), trzeba wyczuć odpowiedni moment – zmienić siłę i kierunek pociągnięć. Bezwładność sztywnego ciała sunącego po powierzchni wody. Teraz prawa ręka musi mocniej popracować, inaczej obróci nas bokiem, a nawet jeśli nie, rzeka zdąży szybciej od nas zmienić kierunek albo wyrzuci nas z nurtu, w miejsce, gdzie woda stoi, półmetrową warstwą od czasu roztopów przykrywając bagno.

SLALOM POMIĘDZY SZUWARAMI to ­niezła zabawa. Zmysły przestawiają się na tryb wyczuwania woli rzeki, mięśnie rozgrzewają się, oddech przyspiesza. Pełna koncentracja. Dopóki na obrzeżach pola widzenia nie pojawi się coś niespodziewanego, czego nigdzie indziej chyba nie można zobaczyć, co wyrwie nas z transu wiosłowania i przypomni, że to nie zawody, że (niech tam!) może obrócić nas bokiem, możemy zaryć dziobem w trzciny. Bo oto za nimi, tym razem nieco z prawej strony, kilkanaście metrów od nas, biegnie po wodzie, znacznie sprawniej od księcia Apostołów, rozbryzgując w promieniu kilku metrów świetliste krople – łoś. Rusza się jak podlotek, ale – sądząc z wielkości – musi być już dorosły. Kajak w szuwarach. Z otwartymi ustami patrzymy, jak wielkie zwierzę z gracją oddala się coraz dalej i dalej. Wreszcie znika za lasem.

Tak było jakieś dwie godziny temu. Teraz, znowu wygramoliwszy się z trzcin, wiosłujemy równym rytmem, bo rzeka – o dziwo! – płynie prosto. Ręce nieco zmęczone, trzeba już zwracać uwagę, jak trzymamy trzony wioseł, by na dłoniach nie zrobiły się bąble. Specjalne rękawiczki bez palców nieco ułatwiają sprawę, ale jeśli trzymamy dłonie kurczowo w jednej pozycji – nie uchronią przed bólem. Ważny jest rytm. Harmonizacja ruchu tułowia, ręki, oddechu i prędkości kajaka. Jest harmonia – kajak sunie z równą prędkością, nie czuć oporu wody, drogi ubywa szybko, sił – powoli. Zgubisz rytm – kajak zaczyna się szarpać, woda jakby gęstnieje, zaczynasz czuć mięśnie.

Rytm otwiera także drugi wymiar przyjemności kajakowania. Na Biebrzy jest on rzadki, ale na przykład na Bugu... Bug jest szerszy, mniej meandruje. Gdy przed dziobem otwiera się długa prosta, a jeszcze nie ma żadnych konarów, progów, wystających kamieni, krajobraz mija powoli, niewiele się zmienia. Wiosłowanie staje się monotonne. Niektórych to nudzi. Mnie jednak wciąga rytm równych pociągnięć wiosłem wspólny z oddechem, gdy czuję tętno.

Patrzę na wodę, w kąciku oka przesuwa się brzeg. Lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa – umysł odbija wodę i niebo, myśli odchodzą wraz z falą wzbudzoną przez kajak. Lewa, prawa, woda, niebo, drzewo, czapla, lewa, prawa... Uwaga! Przed nami konar. Zanurzony pod wodą, widać tylko falę równą jak walec i nieco wyższą niż inne wokół. Koniec rytmu, trzeba zwolnić i ocenić, czy przepłyniemy nad nim, czy musimy ominąć przeszkodę.

KONARY, GŁAZY, NISKO NAD WODĄ zwisające gałęzie gwarantują jeszcze inny rodzaj gry z rzeką. Nurt w takich ­miejscach często przyspiesza, podwyższa poziom trudności. Trzeba ocenić, którędy ­płyniemy, czas na decyzję umyka. Zła decyzja – zgrzyt, siedliśmy na kamieniach. Kajak ­obrócił się bokiem, rufa oparła się o wbity w dno konar. Mocny nurt przyciska nas do mokrego drewna. Omszone i śliskie – trudno się od niego odepchnąć. Pod dziobem chrzęszczą kamienie. Odpychamy się wiosłem – z całej siły – od dna. Kajak rusza, dziób ucieka z ­nurtem, wydostaliśmy się. A jednak znowu chrzęst (czy dno wytrzymało?), utknęliśmy między głazami.

Muszę wyjść ostrożnie z chybotliwej łódki, lodowata woda podcina mi nogi, podpieram się wiosłem, spodenki i koszulka kleją się do ciała. Opieram się o kajak i powoli przepycham pomiędzy kamieniami przykrytymi kilkucentymetrową warstwą wartkiej wody, trochę go pcham, trochę się go trzymam, by nie stracić równowagi. K. pomaga wiosłem, pilnując, by dziób pokazywał, gdzie nurt. Docieramy do nieco spokojniejszej wody. Wsiadam. Płyniemy.

TAKIE PRZYGODY to raczej na Bugu, Nidzie, Wdzie. Nie na rozlewiskach Biebrzy. Tutaj za to, kiedy kwietniowo-majowe słońce już niżej, robi się chłodno. Choć trochę cieplej niż o poranku, gdy zwijaliśmy namiot na Białym Grądzie. We mgle. Od spodu, przy wodzie – szarej. Wyżej, jakieś dwa metry nad głową – złoto-kremowej, trzeba zmrużyć oczy.

Gdy spuszczaliśmy kajak na wodę, przy pierwszych odepchnięciach wiosła nie było jeszcze widać, że rzeka płynie w bezbrzeżnym jeziorze. Stopniowo robiło się jaśniej, wzrok sięgał dalej, ujawniły się trzciny. Ale brzegu, do którego można by przybić, nie ma. I nie będzie przez cały dzień, aż do Brzostowa, gdzie jest kolejne miejsce biwakowe, jedno z kilku zaledwie. Zanim tam dopłyniemy, możemy co najwyżej wpłynąć w szuwary. Tu mogą ukryć się kaczki, umie poruszać się łoś – ze swoimi nogami po ludzką szyję i kopytami szerokimi jak pióro wiosła. Ja w tę plątaninę roślin na bagnie nie wyjdę. W takiej sytuacji nieroztropnie zbyt dużo pić.

Na szczęście Brzostowo już niedaleko. Zapatrzeni na rodzinę batalionów znowu zgubiliśmy nurt, dogonił nas inny kajak. Pierwsi ludzie od kilku godzin. To pora lęgowa, by tu wpłynąć, trzeba w Parku Narodowym uzyskać pozwolenie. Dziennie wpuszczają dwanaście kajaków. Słońce zachodzi, widać już niewielką łączkę. Na niej namiot. Woda świeci. Tyłek boli. Jest pięknie.

PO BIEBRZY MOŻNA pływać nie tylko ­kajakiem. Latem polecam tratwę. Długą na sześć metrów, szeroką na trzy. Sprytna konstrukcja mieści na tej powierzchni coś na kształt malutkiego domku z dwiema pryczami i miejscem na bagaż, zadaszony taras z dwiema ławami i stołem, a wszystko to otoczone mniej więcej metrowym pasem pokładu. Taras ma rozsuwane ściany – w razie potrzeby można zrobić z niego drugą część domku do spania. Można też wejść na dach, a nawet rozbić tam namiot dwójkę, przyczepiając go do specjalnych uchwytów. ­ Na tratwie może więc spać sześć osób. My płyniemy tylko we dwoje – co za luksus przestrzeni!

Zapłatą za luksus jest więcej pracy. Gdyby nas była szóstka, można by się zmieniać przy kilkumetrowych drągach, którymi odpychamy się od dna albo brzegu. Nie tyle po to, by wprawić tratwę w ruch – jest bardzo ciężka – co utrzymać ją w nurcie rzeki. To ona wprawia nas w ruch. W tempie, mniej więcej, powolnego spaceru. Gdyby nas była szóstka... No ale skoro płyniemy we dwoje, to odkąd ruszyliśmy ze Sztabina, dwie godziny temu, stoimy oboje na dziobie (o ile prostokątna tratwa ma dziób) i uczymy się współpracować z rzeką.

Słońce zachodzi, robi się późno. Droga z Krakowa nad Biebrzę zajęła nam większość dnia. I jeszcze formalności wynajmu tratwy. A także podwózka furgonem z przydomowego parkingu, gdzie zostawiliśmy auto, nad brzeg rzeki, a tam instruktaż, co wolno (a czego nie wolno) robić na naszym drewnianym statku.

PRZEWAGA TRATWY nad kajakiem: nie trzeba się martwić o miejsce na ­nocleg. W górnej części Biebrzy, od Sztabina do twierdzy w Osowcu (niżej tylko kajakiem), latem dość łatwo znaleźć w szuwarach kawałek twardego w miarę gruntu i – wbijając w ziemię długi zaostrzony palik – przycumować tratwę. Tak też robimy, gdy tylko Sztabin niknie nam z oczu. Zwycięża zmęczenie i chęć gapienia się w wodę oraz słuchania, jak dźwięki nocy zaczynają wygrywać z hałasem dnia.

Budzi mnie ból lewego biodra. Karimaty się rozsunęły, spałem na twardym drewnie pryczy. K. nie ma. Wychodzę na pokład. Zimno. „Chodź do mnie” – słyszę z dachu. Wspinam się po drabince. Zdążyłem na wschód słońca. Czubki trzcin najpierw robią się rude. Potem złotawe. W końcu wracają do swojego zwykłego koloru. Słońce z czerwonego talerza na powrót staje się rozżarzoną kulą. Będzie upał. Schodzimy z dachu robić śniadanie.

Po kilku godzinach zabawy w ciasny slalom ciężką tratwą za pomocą dwóch drągów nauczyliśmy się wyczuwać nurt rzeki i wykorzystywać bezwładność naszego płaskodennego prostokąta. Nie lądujemy już w trzcinach, chyba że zakręt jest wyjątkowo ostry. Przypiekani z góry, coraz bardziej łakomym wzrokiem spoglądamy na równą toń wody. To nawet widać, że zimna. Czysto czarna powierzchnia miejscami pokryta żółtymi grążelami. Kierunek nurtu pokazują wijące się tuż pod powierzchnią szerokie trawy – nie znam ich nazwy. Rozumiemy się z K. bez słowa. Pokazuję ręką przed siebie, kiwa głową, z impetem wpadamy przodem tratwy w szuwary. Do połowy długości wryła się w gęste trzciny, nie zniesie jej. Drabinkę do wychodzenia na dach zaczepiam o pokład i schodzimy do wody. Całe szczęście, że powstrzymaliśmy się od skoku – szok termiczny mógłby zatrzymać krążenie.

TROCHĘ PÓŹNIEJ, znowu w szuwarach, robimy obiad. Mija nas stado kajaków. Uświadamiamy sobie kolejną przewagę tratwy. Od wiosny trzciny zdążyły wyrosnąć nad wodę na wysokość człowieka. Kajakiem płyniesz jakby w wąwozie. Dopiero z dachu tratwy możesz podziwiać krajobraz doliny Biebrzy: szuwary, dalej łąki, na horyzoncie lasy, gdzieniegdzie pola. Orlik zatacza kręgi, daleko, wydaje się mniejszy niż trzcinniczek, który usiadł tuż obok tratwy.

Nigdzie się nam nie spieszy. Nie musimy nigdzie dopłynąć. Zresztą wyczucie odległości tutaj wariuje. To przez te meandry. Płyniesz i płyniesz, jesteś pewien, że tratwa zrobiła z kilometr. Wychodzisz znowu na dach i spostrzegasz to wielkie drzewo, które minąłeś ponad godzinę temu, jak rośnie mniej więcej dwieście metrów od ciebie. Nic to. Możemy pracować drągami. Możemy też, siedząc na dachu, pozwolić tratwie obijać się o szuwary, raz z jednej strony, raz z drugiej. A niech się nawet obróci tyłem do przodu. Patrzymy, czujemy, czytamy.

Znowu znaleźliśmy miejsce dobre do zacumowania. K. czyta książkę o znakach ludzi pierwotnych, dzieląc się ze mną co ciekawszymi odkryciami autorki. Oni na pewno, myślę, też mieli tratwy. Nie mogę się zdecydować: Ewagriusz z Pontu? Joe Alex? Trochę tego, trochę tego. A pomiędzy książkami – i po nich – pogapię się w wodę.

SŁOŃCE BĘDZIE ZACHODZIĆ. Wchodzę do domku przygotować miejsce do spania. – Kurwa! – wyrywa mi się. – Ile tu much!

– Gdzie twoja szlachetna apatheia i spokój kontemplacyjny? – pyta K. z dezaprobatą i wchodzi za mną. – Jezu! Wygoń je, proszę!

Są ich chyba setki. Gdy wchodzimy, wzbijają się w powietrze. Bzyczącym ­chaosem otaczają mnie zewsząd. Macham jakimś papierem, który leżał pod ręką, próbuję wygnać owady na zewnątrz. Część wylatuje, część bzyczy mi w oczy, wysysając wszelkie pokłady współczucia dla czujących stworzeń. Walę w nie na odlew najlepszym na świecie katolickim pismem społeczno-kulturalnym. Walka trwa kilkanaście minut. Wygrałem. Rozkładam na pryczy karimaty i śpiwory.

Ale nie chce się nam jeszcze spać. Siedzimy na tarasie tratwy. Uczymy się dźwięków nocy. Nie chce się gadać, jest dobrze. Dolewam wino do kubków. Dźwięki nocy są dziwne. Uderzają z zaskoczenia: umysł już przysypia, lecz budzi się raz po raz, nie godząc się na nieznane. Oczy powoli zaczynają się kleić. Gasimy lampę naftową. Wsuwamy się do śpiworów. ©℗


Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 29/2020

WŁÓCZYKIJ I POWSINOGA

REDAKCJA: Monika Ochędowska

PROJ. GRAF. Marek Zalejski / Do Lasu

FOTOEDYCJA: Grażyna Makara, Edward Augustyn

SKŁAD: Zuzanna Kardyś

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Teolog i filozof, publicysta, bloger, redaktor działu „Wiara”. Doktor habilitowany, adiunkt w Katedrze Filozofii Boga i Religii w Akademii Ignatianum w Krakowie. Członek Krakowskiej Grupy...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]