Reklama

Ślad

Ślad

01.06.2010
Czyta się kilka minut
Pokój rozświetlony światłem z ekranu telewizyjnego. Szum przewijanej kasety wideo. Do początku. Stop. I po raz kolejny odtwarzana scena zabójstwa z rąk zamachowca.
Wizyta ks. Popiełuszki w kościele św. Brygidy w Gdańsku, 13 sierpnia 1984 r. Fot. Marek Fila
T

Tak to zapamiętał jeden z warszawskich hutników. Na kilka dni przed uprowadzeniem i śmiercią ksiądz oglądał początek filmu "Gandhi" Richarda Attenborough: scenę śmierci głównego bohatera.

19 października 1984 r. sam został porwany i zamordowany. Gdyby żył, we wrześniu tego roku skończyłby 63 lata.

Początek

Urodził się w niedzielę 14 września 1947 r. w niewielkiej wsi Okopy, kilka kilometrów od Suchowoli. Dwa dni później został ochrzczony. Był wówczas najmłodszym z trójki rodzeństwa. W 1949 r. urodziła się siostra Jadwiga, a w 1954 - brat Stanisław.

Życie rodziny przyszłego księdza wyznaczał rytm niedzielnych Mszy i świąt, a także rytm obowiązków związanych z gospodarstwem i uprawą niewielkiego kawałka ziemi. Być może takie warunki sprawiły, że młody Jurek był człowiekiem z jednej strony ambitnym i zmierzającym konsekwentnie do obranego celu, z drugiej zaś - jak wspominają szkolni koledzy - raczej skrytym i nienarzucającym otoczeniu swojej osoby.

Należał do kółka fotograficznego, grywał w piłkę i prawie codziennie uczestniczył we Mszy w oddalonej o cztery kilometry Suchowoli.

Jak wspomina po latach matka: "[Jurek] był najlepszy z ministrantów. Nawet ci z Suchowoli nie wysłużyli tylu Mszy świętych, co on. W październiku biegał na ukos, przez pole, na różaniec. Kiedyś zawołała mnie do szkoły nauczycielka i uprzedziła, że tym chodzeniem na różaniec może sobie zepsuć stopnie. Powiedziałam jej, że jest wolność wyznań. I skończyło się. Więcej o tym nie wspominała".

W Suchowoli Jerzy Popiełuszko ukończył szkołę podstawową i liceum. Po zdanej maturze latem 1965 r. złożył podanie o przyjęcie do warszawskiego seminarium duchownego.

W Bartoszycach

Sama decyzja o zamiarze zostania kapłanem nie zaskoczyła bliskich, choć nie wspominał o niej wcześniej. O jego planach wiedział ksiądz prefekt z Suchowoli i kolega z liceum.

Pierwszy rok nauki minął spokojnie. Młody kleryk nie przypuszczał, że wkrótce zostanie powołany do odbycia służby wojskowej. W jednostce nr 4413 w Bartoszycach Popiełuszko przebywał blisko trzy lata.

Ten czas, którego ślady zostały w pisanych przez niego listach, okazał się pierwszym ważnym egzaminem z życia i zasad.

Różaniec

Jeden z epizodów tak opisuje swemu ojcu duchowemu z seminarium, ks. Czesławowi Miętkowi: "Czcigodny Ojcze, bardzo dziękuję za list i słowa otuchy. Tak, słowa otuchy, bo nieraz miałem pewne wątpliwości, czy rzeczywiście dobrze robię stawiając czoła, cierpiąc za innych. Czy to nie jest jakaś lekkomyślność. Okazałem się bardzo twardy; nie można mnie złamać groźbą ani torturami. Może to dobrze, że to akurat jestem ja, bo może ktoś inny by się załamał i jeszcze innych wkopał. Ostatnio zaszły pewne fakty, które pozostaną mi w pamięci, które nawet zanotowałem. Pierwszy z nich to sprawa różańca.

Różaniec ten, jak się potem okazało, był tylko pretekstem. Zaczęło się od tego, że dowódca plutonu kazał mi zdjąć z palca różaniec na zajęciach przed całym plutonem. Odmówiłem, czyli nie wykonałem rozkazu. A za to grozi prokurator. Gdybym zdjął, wyglądałoby to na ustępstwo. Sam fakt zdjęcia to niby nic takiego. Ale ja zawsze patrzę głębiej.

Wtedy tenże dowódca rozkazał mi, żebym poszedł z nim do wyższych władz, a swemu pomocnikowi rozkazał, aby na 20.00 przyprowadził mnie na rozmowę służbową. Ponieważ nie było władz wyższych, rozmawiał ze mną sam. Straszył prokuratorem. Wyśmiewał się, żem »bojownik za wiarę!«.

Ale to wszystko nic. O 17.45 w pełnym umundurowaniu (...) stawiłem się na podoficerce, tam sprawdzian trwał do 20.00 z przerwą na kolację. O 20.00 zaprowadzono mnie do dowódcy plutonu. Tam się zaczęło. Najpierw spisał moje dane. Potem kazał mi się rozebrać, wyciągnąć sznurówki z butów i rozwinąć onuce. Stałem więc przed nim na boso. Oczywiście, cały czas na baczność. Stałem jak skazaniec... (...)

Dowódca plutonu rozkazał dowódcy drużyny, aby następnym razem przyprowadził mnie na taką rozmowę z RKM-em na szyi, który waży 15 kg. A rozmowa będzie trwała nie trzy godziny, ale od 4-5 godzin z zastosowaniem odpowiednich metod. Mam stanąć przed sądem koleżeńskim jako buntownik...".

Po zakończeniu służby wojskowej, kleryk Jerzy Popiełuszko wraca do seminarium. 28 maja 1972 r. przyjmuje z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego święcenia kapłańskie.

Później jest wikariuszem w parafiach podwarszawskich: w Ząbkach i w Aninie. Następnie w parafiach stołecznych: Dzieciątka Jezus, św. Anny i od 20 maja 1980 r. w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu.

W opinii proboszcza

Ksiądz prałat Teofil Bogucki tak wspomina ks. Jerzego: "Był pełen taktu, delikatności, bezinteresowności. Punktualny przy ołtarzu i przy stole. Ciągnął do wspólnoty kapłańskiej. Gdy przyszła pora obiadowa, zostawiał gości, których miał zawsze pełno, i przychodził, aby być razem z nami. Miał poczucie humoru i kulturę. Nigdy nie słyszałem z Jego ust niestosownego słowa. Ludzie widzieli tę symbiozę kapłanów, budowali się i cieszyli. Więź moja z księdzem Jerzym była wszystkim znana i dlatego żartobliwie mówiono: »Ojciec i Syn«".

Sierpień

To był raczej przypadek. Strajkujący w sierpniu 1980 r. hutnicy warszawscy wysłali delegację do prymasa: prosili, by delegował do huty kapłana, który odprawiłby dla nich Mszę. On akurat był wolny.

Ks. Popiełuszko tak opisuje to wydarzenie w wywiadzie udzielonym w roku 1983 ks. Antoniemu Ponińskiemu: "Tego dnia i tej Mszy św. nie zapomnę do końca życia. Szedłem z ogromną tremą. Już sama sytuacja była zupełnie nowa. Co zastanę? Jak mnie przyjmą? Czy będzie gdzie odprawiać? Kto będzie czytał teksty, śpiewał? Takie, dziś może naiwnie brzmiące pytania nurtowały mnie w drodze do fabryki. I wtedy, przy bramie przeżyłem pierwsze wielkie zdumienie.

Gęsty szpaler ludzi - uśmiechniętych i spłakanych jednocześnie. I oklaski. Myślałem, że Ktoś Ważny idzie za mną. Ale to były oklaski na powitanie pierwszego w historii tego zakładu księdza przekraczającego jego bramę. Tak sobie wtedy pomyślałem - oklaski dla Kościoła, który przez trzydzieści parę lat wytrwale pukał do fabrycznych bram".

Strajk u strażaków

Zupełnie inną sytuacją był strajk w warszawskiej Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa. Rozpoczął się 25 listopada 1981 r. Ks. Popiełuszko znał wielu strajkujących studentów. Codziennie przedzierał się przez kordon milicji i ZOMO obstawiających budynek WOSP, by odprawić Mszę, wyspowiadać lub tylko przez chwilę pobyć z młodymi ludźmi.

"Duże wrażenie wywarła na mnie pierwsza Msza, którą ksiądz Jerzy odprawił w auli - wspomina jeden ze strajkujących studentów. - Byłem zdumiony tym, iż tak młody, niemalże filigranowej budowy człowiek posiadał w sobie tyle siły i wiary, że niemal od chwili poznania budził wśród nas niezrozumiałą wręcz sympatię i szacunek. Myślę, że sprawiły to słowa jego kazania - proste i szczere, a jednocześnie tak głęboko zapadające w serce. Potrafił nam dać to, co w tych ciężkich chwilach było nam najbardziej potrzebne: nadzieję i wiarę w słuszność naszej sprawy. Po tej Mszy spowiadał nas bez przerwy przez kilka godzin. Poszedłem do spowiedzi późnym wieczorem. Ksiądz był już bardzo zmęczony, ale każdego z nas witał z uśmiechem i radością. Czułem się wtedy bardzo dziwnie. Szkoła była otoczona przez MO.

Komendant straszył nas karną kompanią, wojskiem. Żyliśmy w nieustannym napięciu i poczuciu zagrożenia, i w tym wszystkim, jakby w oderwaniu od rzeczywistości - ksiądz, modlitwa, Słowo Boże, spowiedź. To były jeszcze chwile, w których można było oderwać się od czujności wobec zagrożenia napiętej do granic, znaleźć czas na rozmowę z Bogiem. Te krótkie chwile odprężenia pozwoliły nam wytrzymać terror psychiczny, który wprowadziły władze. Mogliśmy, dzięki księdzu Jerzemu, spojrzeć inaczej na otaczającą nas rzeczywistość. Uczył nas, jak pozbyć się nienawiści, jak zachować godność chrześcijanina i patrioty".

Tragiczne przerwanie strajku, zakończone pacyfikacją uczelni 2 grudnia przez milicyjne jednostki specjalne, doprowadziło do relegowania ze szkoły wielu studentów. Ks. Popiełuszko starał się utrzymywać z wieloma z nich kontakt i wspierać finansowo. Z niejednym przyjaźnił się do śmierci.

Msze za Ojczyznę

Spacyfikowany strajk w WOSP "zapowiadał" atmosferę słynnych Mszy "w intencji Ojczyzny i tych, którzy dla niej cierpią", późniejszego symbolu stanu wojennego. Od lutego 1982 r. przed ich zakończeniem, ks. Popiełuszko lub proboszcz ks. Teofil Bogucki prosili, aby "nie dać się sprowokować nikomu, kto chciałby zakłócić nasz modlitewny nastrój".

W nabożeństwach za Ojczyznę uczestniczyli nie tylko mieszkańcy stolicy, ale coraz częściej ludzie z różnych zakątków Polski. Przyjeżdżali, żeby się pomodlić i żeby poczuć się na chwilę ludźmi wolnymi.

Ta przestrzeń budowana wokół kościoła św. Stanisława Kostki budziła zrozumiały niepokój władz. Poza inwigilacją księdza Popiełuszki i jego otoczenia, zaczęto prowadzić akcję wymierzoną personalnie w kapelana Solidarności. Wszczęto przeciwko niemu prokuratorskie śledztwo i coraz częściej atakowano w mediach.

Wróg publiczny

Pierwszy bodaj atak - ostry i skoordynowany - przeciwko księdzu Popiełuszce przypuszczono po rewizji w jego mieszkaniu w grudniu 1983 r.

27 grudnia 1983 r. w "Expressie Wieczornym" ukazał się artykuł zatytułowany "Garsoniera ob[ywatela] Popiełuszki", autorstwa Michała Ostrowskiego. Tekst był na tyle istotny, że odczytano go w programie I Polskiego Radia, a jego omówienie zamieściła ogólnopolska "Trybuna Ludu".

Ostrowski pisał: "Dziewięćdziesiąt procent osób, u których milicja znajduje jakieś dowody poczynań niezgodnych z prawem, powiada zrazu, że nie wie, skąd się to u nich wzięło. Tak też stereotypowo zareagował ksiądz Popiełuszko. Zachodnie, mówiące po polsku radiostacje głosić zaczęły, że wszystkie te kompromitujące młodego księdza znaleziska Służba Bezpieczeństwa przed rewizją podrzuciła mu do mieszkania. Podobne sugestie wysunęły niektóre gazety na Zachodzie. Skoro już od września [1983 r.] ksiądz Popiełuszko wiedział, że toczy się przeciw niemu postępowanie - pisały - to przecież nie trzymałby w domu dowodów świadczących o jego udziale w jakiejś politycznej konspiracji. Cóż to za konspirator - pytano. Tylko że nikt nie twierdzi, iż młody ksiądz był konspiratorem sprawnym".

"Zachodni dziennikarze i radiostacje, które oni zasilają swoimi rewelacjami - czytamy w zakończeniu artykułu "Ekspressu Wieczornego" - mądrzej by zrobiły, gdyby nie tak szybko wierzyły wszystkiemu, co ks. Jerzy Popiełuszko mówi. Jest to bowiem postać tajemnicza, uwikłana w krętactwa uprawiane nie tylko wobec władz państwowych, lecz także kościelnych przełożonych".

W ten sposób ksiądz stał się osobą oficjalnie oskarżoną.

Zagrożenia

"To zagrożenie zdrowia i życia bezbłędnie wyczuwała mama księdza Jerzego. Kiedyś w Okopach - wspomina Jacek Lipiński z Huty Warszawa - zapytała wprost, czy [Jurek] się nie obawia. Ksiądz Jerzy dowcipnie odpowiedział: »Mama, zobacz, dziesięć tysięcy chłopa mam w hucie. Co oni mi mogą zrobić?«.

I drugi obraz. Tuż przed śmiercią. Pamiętam, że z księdzem spacerowaliśmy z tyłu kościoła św. Stanisława Kostki. Był jeszcze z nami Karol Szadurski. [Też z huty]. I Jurek wtedy w pewnym momencie powiedział: »Boże, a co się stanie, jak mnie zabiją? Bo może tak być«. I Karol żartem odpowiedział wówczas: »Słuchaj, dajże spokój, nie będzie dramatu, zadbamy o ciebie. Pochowamy cię tutaj obok, przy kościele...«.

Myśmy sobie żartowali wtedy, ale później te słowa nabrały zupełnie innego znaczenia. W tamtym czasie żadnemu z nas nie przyszłoby do głowy, że aparat władzy może się tak daleko posunąć w swoim działaniu. Inne rzeczy mogliśmy mniej lub bardziej przewidywać. Jakieś pobicie, pogróżki, żeby księdza zastraszyć i spowodować zaniechanie pracy z nami. Na to byliśmy przygotowani, ale nie na śmierć".

Krótka modlitwa

Fragment zapisków księdza z końca grudnia 1983 r.: "Dzisiaj przed obiadem o 12.00 poszedłem odmówić różaniec w kościele na chórze. Błogosławiona cisza. Nad amboną złoty krzyż. Od czasu do czasu wpadał promyk słońca i krzyż rozjaśniał się złotą, ciepłą poświatą. Potem następował mrok.

Boże, jak bardzo podobne jest ludzkie życie, szare, trudne, czasami ponure i byłoby często nie do zniesienia, gdyby nie promyki radości, Twojej obecności, znaku, że jesteś z nami, ciągle taki sam, dobry i kochający".

Requiem

"Jurek był uosobieniem mądrości - wspomina Stefan Bratkowski. - Czegoś, co można nazwać zdrowym rozsądkiem, ludową mądrością powiązaną z autentycznym chrześcijaństwem. Jurkowi nienawiść była całkowicie obca. I wydaje mi się, że to była jedna z najważniejszych cech jego osobowości. On niósł nadzieję i pewność, że to, co się w Polsce dzieje, będzie miało swój koniec, że nie będzie tak zawsze. Liczyliśmy, że dojdzie w końcu do rozmów i ten stan, jak go nazywaliśmy: wojny polsko-jaruzelskiej, kiedyś się skończy. Jurek dawał siłę przetrwania i nadzieję na to, że będzie inaczej, ale to wszystko wydarzyło się już po jego śmierci. I jeszcze jedna rzecz, która nie jest wyłącznie pośmiertnym komplementem. Jeden z korespondentów zagranicznych, z którym słuchałem homilii Jurka, powiedział mi po zakończonej mszy: »wiesz, miałem wrażenie, że ten kościół zaczynał rosnąć«. A Jurek nie mówił głośno, nie krzyczał. To nie były wystąpienia »bojownika politycznego«. To było - powtórzę - dawanie nadziei i przy tym Jurek nie był »urzędnikiem Pana Boga«".

"On mówił: nawet »kiedy mnie zabraknie, to spotykajcie się - twierdzi Roma Bratkowska. - Choćbyście mieli nic nie mówić, spotykajcie się. Bądźcie razem«. On wiedział, jaka jest w tym siła".

"Pamiętam, że już po pogrzebie Jurka - wspomina Anna Szaniawska - byliśmy razem z mężem we Włocławku na tamie. To była podróż śladami ostatnich chwil księdza. Staliśmy nad tą wodą i płakaliśmy. Kiedy zobaczyliśmy zdjęcia z sekcji zwłok, to ja powiedziałam: »Klemens, ja nie mogę na to patrzeć. Chcę zapamiętać Jurka takim, jakim był«. Po wydobyciu zwłok z wody wyglądał strasznie. To wszystko stało się tak nagle. Ja pamiętałam Jurka, w którym tyle było życia i nagle te zdjęcia zwłok. Nie mogłam się z tym pogodzić".

Podczas pisania tekstu korzystałem z rozmów z ludźmi znającymi ks. Popiełuszkę oraz następujących publikacji: Ks. Jerzy Popiełuszko, "Bóg i Ojczyzna", Warszawa 1984, Ks. Jerzy Popiełuszko, "Zapiski 80-84", Paryż 1985, Ks. Teofil Bogucki, "Moje wspomnienia o ks. Jerzym Popiełuszce", Warszawa 1986 [wyd. podziemne], Grażyna Sikorska, "Prawda warta życia", Warszawa 1988 [wyd. podziemne], Milena Kindziuk, "Ks. Jerzy Popiełuszko", Kraków 2004, "Modlitwa za Polskę. Ksiądz Jerzy Popiełuszko we wspomnieniach bliskich", wstępem opatrzył i wywiady przeprowadził Piotr Czartoryski-Sziler, Szczecinek 2004, Ewa K. Czaczkowska i Tomasz Wiścicki, "Ksiądz Jerzy Popiełuszko", Warszawa 2004, Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej, nr 10 z 2004.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]