Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pośrednik absolutnie wyjątkowy

Pośrednik absolutnie wyjątkowy

28.02.2016
Czyta się kilka minut
Zaczęło się w Łodzi: pierwsze miłości i literackie fascynacje. Gdyby nie Łódź, nie zostałby najwybitniejszym tłumaczem polskiej literatury w Niemczech. Karl Dedecius zmarł 26 lutego.
Karl Dedecius podczas wizyty w Słubicach. 16.06. 2011 r. / Fot. Adam Czernenko/East News
G

Gdy wracał potem pamięcią do tego miasta, w czasach jego młodości zwanego „Manchesterem Wschodu” – z racji mnogości fabryk tekstylnych – odczuwał, jak wyznawał w swej autobiografii, głębokie poruszenie. Nawet jeśli nie było już tamtej Łodzi, w której przyszedł na świat w roku 1921: tygla kultur, w którym żyli Polacy, Niemcy, Żydzi i Rosjanie. Wielu w pierwszym pokoleniu, jako migranci wewnętrzni albo imigranci z zagranicy. Także jego rodzice, którzy do Łodzi, prężnego wtedy miasta przemysłowego, przyjechali za pracą (tato pochodził ze Śląska, mam ze Szwabii).

W tej właśnie międzywojennej Łodzi wyrastał Karl Dedecius, obywatel II Rzeczypospolitej narodowości niemieckiej. W domu mówił po niemiecku, w szkole zaś, renomowanym Gimnazjum im. Żeromskiego, po polsku. Łódź „to było miejsce pierwszych tajemnic i przygód, a także pierwszych poważnych kroków, jakie człowiek podejmuje w życiu; miejsce najrozmaitszych wpływów, fantazji, znaczeń i określeń”.

Tak mówił 85-letni wówczas Dedecius w swojej autobiografii, która w 2006 r. ukazała się w Niemczech nakładem prestiżowego wydawnictwa Suhrkamp pod tytułem „Europejczyk z Łodzi”. Dobrym duchem tej książki (czytaj: jej inicjatorem i redaktorką) była Doris Liebermann, slawistka i dziennikarka z Berlina, kiedyś działaczka opozycji demokratycznej w NRD.

Sposób na przetrwanie

Dedecius to był człowiek-instytucja. Przede wszystkim: tłumacz i wydawca polskiej literatury w Niemczech, a także założyciel Deutsches Poleninstitut w Darmstadt – instytucji zajmującej się do dziś polską kulturą. Mówiąc najkrócej: nikt inny nie uczynił tyle co on dla propagowania w Niemczech polskiego słowa pisanego. Jego dziełem życia była 50-tomowa „Biblioteka Polska” i 7-tomowa „Panorama literatury polskiej XX wieku”.

Skąd się biorą tacy ludzie? W przypadku Dedeciusa wszystko zaczęło się właśnie w Łodzi, gdzie jeszcze w czasach gimnazjalnych odkrył zamiłowanie do polskiej literatury. Ona go kształtowała, także w wymiarze ludzkim: wyznawał, że swą skłonność do „romantycznej melancholii” oraz „buntowniczego patosu i umiłowania wolności” zawdzięczał Mickiewiczowi, a „radość życia i zamiłowanie do satyry” – Tuwimowi, swemu krajanowi.

A kiedy zapadła ostateczna decyzja o tym, co będzie robić w życiu? Chyba w sowieckiej niewoli, gdzie spędził niemal osiem lat. Wcześniej jednak wybuch II wojny światowej przerwał jego fascynacje literackie: dekretem Hitlera Łódź została anektowana, wcielona do Reichu, on jako Niemiec został obywatelem Rzeszy, a jako obywatel Rzeszy dostał powołanie do Wehrmachtu. Trafił na front wschodni, w końcu do Stalingradu.

O wspomnieniach wojennych mówił tak: „Wiele z nich nie zostało. Tylko fragmenty. Może to miłosierdzie pamięci wypędza z niej najbardziej okropne obrazy. Inaczej trudno byłoby żyć, człowiek załamałby się pod ich ciężarem: codziennie setki trupów wkoło, poszarpane i skrwawione części ciał...”. Na froncie został ranny; pozostały mu po tym blizny na twarzy.

W styczniu 1943 r. był już w sowieckiej niewoli. Niewielu spośród tych niemieckich żołnierzy, którzy w ręce Rosjan wpadli w stalingradzkim kotle, wróciło po latach do domu. Ginęli wskutek głodu, ciężkiej pracy albo złego traktowania. Kto się poddawał wewnętrznie, ten prędzej czy później umierał. Jeniec Dedecius ratunku szukał w literaturze. Gdy obozowa lekarka podarowała mu tomik poezji Lermontowa, postanowił go przełożyć. Wspomina, że nie umiał po rosyjsku, ale znajomość innego języka słowiańskiego ułatwiła naukę. Litera po literze uczył się cyrylicy, odkrywając przy okazji, że tłumaczenie poezji staje się lekarstwem na chorobę w obozie jenieckim śmiertelną: poczucie beznadziejności.

Instrument zbliżenia

Zwolniony dopiero w 1950 r., wrócił Dedecius „do obcego kraju”. Bo nie do Łodzi przecież, jego ziemi rodzinnej, ale – najpierw – do Weimaru w NRD; dwa lata później uciekł do Niemiec Zachodnich (wtedy jeszcze nie było to trudne, na granicy nie stał jeszcze mur).

Tam najpierw zarabiał na życie jako pracownik firmy ubezpieczeniowej. W wolnym czasie tłumaczył polskich poetów i pisarzy – oraz szukał z nimi kontaktu. Korespondencyjnego albo, gdy tylko mógł, osobistego; z biegiem lat poznał m.in. Miłosza, Herberta, Szymborską itd.

W 1959 r. ukazała się jego pierwsza antologia z przekładami. W tym samym roku, na 20. rocznicę wybuchu wojny, ukazały się także jego tłumaczenia wierszy polskich poetów, którzy zginęli podczas wojny. Najbardziej znani z nich – Krzysztof Kamil Baczyński (ur. 1921) i Tadeusz Gajcy (ur. 1922), polegli w Powstaniu Warszawskim – należeli do tego pokolenia, co on.

Marion Dönhoff, wieloletnia dziennikarka i wydawca tygodnika „Die Zeit” (rodem z Prus Wschodnich) nazwała go kiedyś „absolutnie wyjątkowym pośrednikiem między Niemcami a Polską”; były kanclerz Helmut Schmidt – „pontifexem porozumienia”.

W istocie, jego instrumentem zbliżenia między dwoma narodami, niemieckim i polskim, stała się literatura, a dokładnie poezja: Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Wisława Szymborska, Adam Zagajewski, Czesław Miłosz, a także Karol Wojtyła – ich wiersze zaistniały w Niemczech dzięki niemu. W sumie, jak ktoś policzył, przełożył około trzech tysięcy wierszy.

Publikował też Dedecius własne eseje o literaturze i teksty o metodach przekładu. A w 1980 r. zainicjował powstanie w Darmstadt „Deutsches Poleninstitut”, którego dyrektorem pozostawał do 1997 r. Instytut ten, działający dziś nadal, stał się ważnym ośrodkiem dla dialogu kulturalnego między Polską i Niemcami – wielu polskich autorów mogło zaistnieć w Niemczech dzięki stypendiom, jakie odeń otrzymali; z kolei wielu niemieckich pisarzy i poetów mogło pojechać do Polski, by poznawać ten kraj. Podobnie tłumacze, pracujący nad przekładami. Biblioteka Instytutu, zbierająca publikacje polskie i o Polsce, uważana jest dziś za największe takie archiwum w Niemczech.

Z biegiem czasu Dedecius, ten który zaczynał od przekładów dokonanych po godzinach pracy zarobkowej, stał się znany i ceniony; sypał się prawdziwy deszcz nagród i wyróżnień, doktoraty honoris causa kolejnych uczelni niemieckich i polskich, a także prestiżowa Nagroda Pokojowa Niemieckich Księgarzy (w 1990 r.) i honorowe obywatelstwo Łodzi. Tam, gdzie wszystko się zaczęło, jedna ze szkół nosi dziś jego imię.

„Tygodnik” i „Kultura”

W swojej autobiografii cały osobny rozdział poświęcił Dedecius „Tygodnikowi Powszechnemu”. W szczególnie w ciepłych słowach wspominał Jerzego Turowicza, który „w swojej gazecie realizował w praktyce ideę porozumienia między narodami. Było to szczególnie trudne w latach powojennych, gdy wszechobecna pozostawała nienawiść, ale tym ważniejsze. Przeciwstawiać się dominującym tendencjom, abstrahować od politycznych nacisków, narodowych uprzedzeń, a nawet od osobistych przeżyć, nawet wtedy gdyby to miało oznaczać kłopoty – to wymagało odwagi, odporności i posiadania dobrych argumentów. Swoją gazetą Jerzy Turowicz kształtował nastawienie czytelników do Europy i do Niemiec”. Dalej padały nazwiska ludzi z redakcji, który towarzyszyli Turowiczowi na tej drodze: Stanisław Stomma, Mieczyslaw Pszon, Jacek Woźniakowski, Władysław Bartoszewski.

W innym miejscu Dedecius wyznawał, że gazety zawsze czytał sporadycznie, pobieżnie, wręcz przypadkowo. Nie miał na to czasu, bo od prasy wolał książki. Z dwoma wyjątkami: były to „Tygodnik Powszechny” oraz paryska „Kultura”.
Karl Dedecius zmarł w swoim domu we Frankfurcie nad Menem w miniony piątek, 26 lutego, w wieku 94 lat.
 

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, korespondent „Tygodnika Powszechnego” z Niemiec. Wieloletni publicysta mediów niemieckich, amerykańskich i polskich. W 1959 r. zbiegł do Berlina Zachodniego. W latach 60....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Moze warto w tym miejscu wspomniec o jeszcze jednym posredniku miedzy Polska a Niemcami a zarazem uczniu Karla Dedeciusa - o Albrechcie Lempp (zmarl w 2012). Stworzyl (wydelegowany przez Dedeciusa ) Akademie Europejska – Wille Decjusz w Krakowie . Mialam przyjemnosc poznac osobiscie tego wspanialego promotora bliskosci Polakow i Niemcow. Tlumacza polskiej literatury- miedzy innymi ksiazek O. Tokarczuk, A. Stasiuka, S. Lema czy J. Pilcha.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]