Reklama

„Patrzę, co napisałem, żeby się dowiedzieć, co myślę"

„Patrzę, co napisałem, żeby się dowiedzieć, co myślę"

27.03.2007
Czyta się kilka minut
KAMILA SŁAWIŃSKA: Niemal co druga współczesna powieść amerykańska kończy się na wydarzeniach 11 września 2001 roku. Pańska książka od tamtych tragicznych wydarzeń się zaczyna. Czy Pana własne przeżycia znalazły w niej jakieś odzwierciedlenie? Pamięta Pan swój 9/11?
J

JONATHAN SAFRAN FOER: Och, oczywiście - każdy pamięta, co wtedy robił, nawet ludzie, którzy spędzili ten dzień w Australii. Ja byłem na Queens, gdzie wtedy mieszkałem; dwa dni wcześniej wróciłem po trzech miesiącach spędzonych w Hiszpanii. Byłem bardzo zmęczony, ale i podekscytowany, że znów jestem w Nowym Jorku, w domu. Podejrzewam jednak, że moje doświadczenie tego dnia nie różniło się wiele od tego, co przeżywali ludzie, powiedzmy, na Islandii - po prostu widziałem wszystko w telewizji. Niemal natychmiast jednak miałem świadomość, jak bardzo zglobalizowane i powszechne było to, o czym ludzie wtedy myśleli: nie trzeba było być w Nowym Jorku, żeby rozumieć, co się wydarzyło. Z perspektywy czasu ta jednomyślność, to wszechobecne, wszechświatowe współczucie wydaje się niemal śmieszne: po tym, jak Ameryka zareagowała na to, co się stało, kto dziś jeszcze pamięta nagłówek we francuskiej gazecie: "Wszyscy jesteśmy Amerykanami"? Mimo ogromu ludzkiego współczucia i zrozumienia, ta jedność została niesamowicie szybko utracona.

Kiedy zacząłem pracować nad książką, nie miałem najmniejszego pojęcia, że w ogóle będę pisać o 11 września. Dopiero słuchając, co inni piszą i mówią o tym wydarzeniu, tak bliskim i istotnym dla każdego, kto mu się choćby z daleka przyglądał, uświadomiłem sobie, że nic z tego nie trafia do mnie i nie brzmi właściwie. Nie kupuję tego, co o 9/11 mówi prezydent Bush czy kongresowa komisja. I nawet nie chodzi o to, że im nie wierzę - po prostu nie uważam, żeby mówienie w sposób, w jaki oni mówią, rzeczywiście odkrywało coś z istoty wydarzenia. Niemniej jednak do dziś myślę o "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" bardziej jako powieści o stracie niż historii poświęconej 9/11.

Czy miał Pan gotowy plan na powieść, rozpoczynając jej pisanie?

Dokonałem mnóstwa wyborów jeszcze zanim uświadomiłem sobie w pełni, że ich dokonuję. To jak z przyjeżdżaniem do czyjegoś domu - są co najmniej dwa sposoby, żeby dokądś trafić. Jeden to umówić się z kimś, zaplanować podróż i wykonać ten plan. Drugi zaś - dla mnie o wiele bardziej interesujący - to wsiąść w samochód i jechać, dać się prowadzić malowniczym drogom i intuicyjnym decyzjom i w ten sposób nagle znaleźć się na miejscu. Wolę trafić na coś nieoczekiwanie - bo tak można dowiedzieć się czegoś o sobie samym i o rzeczach, o których myślało się, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę; sama podróż jest przy tym dużo ciekawsza.

Oskar, główny bohater mojej książki, nie narodził się z wydarzeń 11 września. Myślę, że ta postać mogłaby być bohaterem zupełnie innej historii. Oskar jest produktem tragedii - ale niekoniecznie tej konkretnej tragedii. Nie był też wzorowany na żadnej osobie, którą kiedykolwiek spotkałem. Jedyna postać w powieści, która ma coś wspólnego z rzeczywistą osobą, jest głuchy pan Black - znałem kiedyś podobnego człowieka, zmarł niedawno, mając 102 lata; ale to wyjątek. Nie należę do autorów, którzy budują literaturę na podstawie obserwacji i notatek z prawdziwego świata.

Ten niezwykły i nieco ekscentryczny chłopiec ma sporo wspólnego z bohaterem "Blaszanego bębenka" Güntera Grassa. Czy to przypadek?

Na pewno istnieje pewnego rodzaju łączność między nimi, choć nie sądzę, żeby wynikało to z moich świadomych wyborów. "Blaszany bębenek" to jedna z moich ulubionych książek i z pewnością między obydwiema postaciami jest masa analogii - ale chyba nie zdawałem sobie sprawy, że być może o to od początku mi chodziło. Praca nad Oskarem była już bardzo zaawansowana, kiedy zdecydowałem wreszcie, jak mu dać na imię. Wiele decyzji podejmuję kierując się tym, jak coś wygląda - napisałem O-S-K-A-R, właśnie przez K, i to było to. Z moim pisaniem jest dokładnie jak w tym powiedzeniu Audena: "Patrzę na to, co napisałem, żeby się dowiedzieć, co myślę". Pisanie to świetna metoda chwytania własnych myśli, nawet nie do końca uświadomionych. Zrozumienie przychodzi potem.

Głównych bohaterów Pana dwóch powieści łączy to, że obaj są namiętnymi kolekcjonerami. Co takiego jest w kolekcjonerstwie, że stanowi dla Pana tak ważny motyw?

Nie potrafię tego do końca wyjaśnić. Sam kolekcjonuję różne rzeczy - mam na przykład kolekcję ogłoszeń o zaginionych ptakach: papugach, które uciekły, itp. Widuje się masę plakatów o kotach czy psach, których szukają zrozpaczeni właściciele, ale ogłoszenia o ptakach są niezwykle rzadkie. Co zresztą sprawia, że są warte uwagi kolekcjonera: jaki sens zbierać rzeczy pospolite? Mam kilka takich plakatów, osiem czy dziewięć, i zawsze ten ostatnio zdobyty jest moim ulubionym. Najnowszy dostałem od przyjaciół z południa Francji... Ale nie potrafię określić, co w kolekcjonerstwie jest ważne dla moich bohaterów - może chodzi o to, że w pewnym sensie tylko kolekcjonując rzeczy wiążące się w jakiś sposób z ludźmi, których utracili, potrafią dla nich wywalczyć tę odrobinę nieśmiertelności, która dostępna jest śmiertelnikom. Rzeczy, które włącza się do takiej kolekcji, nigdy się nie utraci.

Zdjęcia i nietypowy układ tekstu w książce są ważnymi elementami narracji. Przyznanie im tak ważnej roli to poniekąd mały zamach na literaturę, pojmowaną jako sztuka bazująca na słowie...

Nie sądzę, żeby używanie wizualnych elementów w dziele literackim podkopywało istotę literatury bardziej, niż umieszczanie inskrypcji na obrazach - istotę malarstwa. Pojmowanie literatury jako sztuki wyłącznie słowa jest jedynie kwestią oczekiwań odbiorcy, wynikających z faktu, że jest to dziedzina w gruncie rzeczy o wiele bardziej konserwatywna niż inne sztuki. Umieszczanie tekstu w dziele plastycznym nie budzi specjalnych emocji; posłużenie się wizualnym elementem w dziele literackim jest z mego punktu widzenia o wiele bardziej interesujące i prowadzi do stawiania pytań, które mnie osobiście najbardziej interesują. Zresztą jeśli posługiwanie się wizualnym przekazem miałoby decydować o tym, że moja książka nie należy do dziedziny literatury - nie mam z tym problemu. Nigdy nie marzyłem o tym, żeby tworzyć literaturę; interesuje mnie tworzenie rzeczy, które mają w sobie autentyczność, są prawdziwe.

Większość z tych ilustracji znalazłem w archiwach bibliotecznych, ale kilka - jak zdjęcia klamek i dłoni - zrobiłem sam. Czasami zdarzało mi się napisać coś i dopiero wtedy dobrać obrazek, który jakoś z tym działał. Czasem bywało odwrotnie - znalazłem na przykład piękną fotografię lecących gołębi, która zainspirowała mnie do napisania całego fragmentu o człowieku, który jest głuchy i nie używa aparatu słuchowego; pierwszy dźwięk, jaki słyszy po latach życia w całkowitej ciszy, to szum ptasich skrzydeł. Co nie znaczy, że fotografie mają ilustrować tekst; raczej są rodzajem tekstu same w sobie. Kilka fotografii włączyłem do książki dlatego, że bezpośrednio dotyczą 11 września - a to było najbardziej medialne, najbardziej obfotografowane wydarzenie w historii; mówienie o nim wymaga użycia języka wizualnego.

11 września był nie tylko najbardziej medialnym, ale i najbardziej upolitycznionym wydarzeniem w historii. Jednak w Pańskiej książce nie pada ani jedno zdanie dotyczące polityki - mimo że w tamtych dniach wszyscy o niej rozmawiali. Podobnie wyjęte z politycznego kontekstu są w Pana prozie inne historyczne wydarzenia - bombardowanie Drezna w czasie II wojny czy Holokaust. Czy to znaczy, że w ogóle nie interesuje się Pan polityką?

Polityka interesuje mnie, nawet bardzo, ale nie jako materiał do powieści. Niewykluczone, że któregoś dnia napiszę coś politycznego: potrafię sobie doskonale wyobrazić siebie w roli autora książki politycznej - ale byłoby to coś z zakresu literatury faktu. Fikcyjne pisarstwo jest czymś bardzo cennym dla mnie, co chciałbym oddzielić od wszelkich innych form dyskursu. Nie chodzi nawet o to, że proza w połączeniu z polityką zmienia się w płaską publicystykę i przestaje być sztuką... To po prostu nie dla mnie. Nie ma moim zdaniem czegoś takiego jak tematy "nieodpowiednie" dla pisarza - oczywiście, z podjęcia każdego tematu może wyjść kiepski utwór, ale błąd leży wtedy w sztuce, a nie w doborze tematyki. Często się słyszy ludzi mówiących na temat jakiejś książki: "ooo, nie powinien był tego pisać, to był zły pomysł" - takie podejście do pisania zupełnie nie ma dla mnie sensu. W przeciwieństwie do prawdziwego życia - w którym człowiek nieustannie chce różnych rzeczy i nie może ich dokonać, bo nie wypada, bo go nie stać, bo go to wpakuje w kłopoty - pisarstwo stanowi rewir, w którym wszystko powinno być dozwolone i możliwe. Ludziom może się to nie podobać; najważniejsze, żeby była w tym wolność.

Kiedy powieść "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" ukazała się w Stanach, recenzenci często porównywali Pana do Kurta Vonneguta. Czy czuje się Pan w jakikolwiek sposób związany z tym pisarzem?

Nie, choć cenię jego twórczość. Wszystko wynikło chyba z faktu, że w mojej książce nawiązuję do bombardowania Drezna, które było tematem "Rzeźni numer pięć" Vonneguta. Napisałem o bombardowaniu Drezna, bo akurat przeczytałem artykuł na ten temat - czysty zbieg okoliczności - i byłem nim bardzo przejęty, szczególnie opowieścią o zagładzie drezdeńskiego ZOO. Pomyślałem, że to niesłychanie mocny, wstrząsający obraz, i postanowiłem go opisać. Ludzie zaś niestety mają przykrą tendencję do uwieszania się na takich oczywistych, gołym okiem widocznych drobiazgach i budowania na nich Bóg wie czego. Mam wielu ulubionych autorów, z których większość już nie żyje... Jednym z moich bohaterów jest na przykład Bruno Schulz - napisałem nawet niedawno wstęp do amerykańskiego wydania jego "Dzieł zebranych". Sam jednak staram się unikać jakiegokolwiek ostatecznego samookreślenia ani nie poczuwam się do duchowego pokrewieństwa z jakimkolwiek innym pisarzem.

Nie uważam się za pisarza nowojorskiego, choć mieszkam w Nowym Jorku, ani za waszyngtońskiego, choć pochodzę z Waszyngtonu - w ogóle się nie uważam (śmiech). Gdyby nie to, że od czasu do czasu ktoś mnie pyta, za kogo się uważam lub nie - nie myślałbym o tym wcale. Nic nie jest dla mnie tak ważne jak to, żeby nie zamykać przed sobą żadnych możliwości.

Jonathan Safran Foer (ur. 1977), amerykański pisarz mieszkający w Nowym Jorku, studiował filozofię. Jego opowiadania publikowały m.in. "The New Yorker", "Paris Review" i "Conjunctions". W 2002 roku wydał swoją debiutancką powieść "Wszystko jest iluminacją" (wyd. polskie W.A.B. 2003), przetłumaczoną na kilkadziesiąt języków, uhonorowaną m.in. The Guardian First Book Prize i The National Jewish Book Award, a także sfilmowaną. "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" (2005) to druga powieść Foera; prawa do przekładu nabyły wydawnictwa z dwudziestu krajów. Jej bohater, dziewięcioletni Oskar Schell, przemierza ulice Nowego Jorku w poszukiwaniu zamka pasującego do tajemniczego klucza, który znalazł w kopercie z napisem "Black" w rzeczach ojca zmarłego podczas ataku na World Trade Center. Postanawia odnaleźć wszystkie osoby o tym nazwisku...

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]