Reklama

Państwo „na musie"

Państwo „na musie"

14.04.2007
Czyta się kilka minut
O potrzebie zawarcia w Polsce paktu społecznego mówiło się jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w 2005 r. I niby wszystko ku niemu zmierza: "za są prezydent i rząd, podobne deklaracje składają organizacje pracodawców i związkowcy. Komisja Trójstronna pracuje nad przygotowaniem umowy. Jaki jednak ma być jej zakres? Czego spodziewają się uczestnicy dialogu społecznego? Wreszcie - czy jest szansa, by się porozumieli?.
U

Umowa społeczna miałaby doprowadzić do "wzrostu zamożności ogółu społeczeństwa i ograniczenia sfery ubóstwa oraz wykluczenia społecznego przez szybki i trwały wzrost gospodarczy" (cytat z ministerialnego dokumentu). Na tym poziomie ogólności trudno nie zaakceptować jej idei. Niekontrowersyjne są też priorytety, co do których już latem 2006 r. porozumiała się Komisja Trójstronna: wzrost inwestycji, zwiększenie w gospodarce udziału usług typu high-tech, wzrost stopy zatrudnienia i zmniejszenie skali długotrwałego bezrobocia, ograniczenie sfery ubóstwa przez prowadzenie aktywnej polityki społecznej, wspieranie rodziny i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Nic, tylko przyklasnąć.

Kompromisy z konieczności

Istota dialogu społecznego nie polega jednak na określaniu celów ogólnych, ale osiąganiu zgody co do rozwiązań konkretnych problemów, często bardzo szczegółowych, np. jaki będzie wiek emerytalny, jak waloryzować renty i emerytury, kto dostaje świadczenia społeczne, kiedy można wypowiedzieć umowę o pracę. Chodzi przecież o to, by uzgodnione tą drogą zmiany w prawie były i skuteczne, i jak najpowszechniej akceptowane.

Interesy partnerów tego dialogu - pracodawców, pracowników i państwa - w poszczególnych sprawach często się różnią. Dlatego umowa społeczna to zawsze kompromis, a prowadzące do niej negocjacje, zwykle długie i żmudne, oznaczają zażarte targi w tych szczegółowych kwestiach. Każdy z uczestników rokowań musi być więc gotowy do ustępstw, czasem znacznych, w imię wspólnego celu.

O takie porozumienie z pewnością łatwiej, gdy jego przedmiot jest w miarę dokładnie określony, jak było np. z paktem o przedsiębiorstwie państwowym. Im większy jednak zakres takiej umowy, tym więcej spornych punktów - i tym większe niebezpieczeństwo niepowodzenia rokowań. Właśnie dlatego w wielu krajach rozmaite "pakty społeczne" zawierano zazwyczaj w sytuacji podbramkowej, czyli - złego i pogarszającego się stanu gospodarki, dużego i rosnącego bezrobocia, napięć społecznych, których nie udawało się wcześniej złagodzić. Pakt powinien być wyraźnym przełomem w sytuacji, otwierać drogę do zasadniczych zmian i wyjścia z impasu. Oczywiście, są wyjątki: w niektórych krajach, przede wszystkim skandynawskich, podobne umowy zawiera się także w okresach ekonomicznej pomyślności. Tam jednak dialog społeczny ma długą tradycję, czasem zresztą też zapoczątkowaną kiedyś przez konieczność.

To już mogło być

Warunki sprzyjające zawarciu umowy społecznej istniały w Polsce na przełomie 2002 i 2003 r. Gospodarka rozwijała się wówczas mizernie (w 2002 r. w tempie ledwie 1,4 proc.), stopa bezrobocia sięgnęła 20,6 proc. (styczeń 2003 r.) i nie było nadziei, że szybko zmaleje, pracy nie miało 3,3 mln osób. W dodatku zbliżające się wejście do Unii Europejskiej wielu Polaków napawało strachem: kraj miały zalać towary unijne, krajowe przedsiębiorstwa miały nie wytrzymać konkurencji i padać jak muchy, wyrzucając na bruk pracowników. Same firmy też się tego obawiały, zwłaszcza że rok 2002 nie był dla nich pomyślny: miały łącznie 1,9 mld strat netto. Nie mogły więc uzbierać pieniędzy na potrzebne inwestycje, a kredyt był droższy i trudniej dostępny niż teraz. Doskwierało im też prawo pracy, znacznie bardziej sztywne niż obecnie. Wszystko to sprzyjało zawarciu porozumienia, które pomogłoby wyjść z impasu. Co więcej, w 2003 r. pojawił się "plan Hausnera" - rządowy plan naprawy finansów publicznych firmowany nazwiskiem Jerzego Hausnera, ówczesnego ministra gospodarki, pracy i polityki społecznej. Plan obszernie zakrojony i skierowany w przyszłość, a choć zakładał duże cięcia wydatków z budżetu, to przecież starano się w nim godzić wymogi ekonomiczne z uwarunkowaniami społecznymi.

Nad planem Hausnera dyskutowała Komisja Trójstronna, ale do porozumienia nie doszło. Pracodawcy w zasadzie go zaakceptowali (uważając jednak, że nie jest dostatecznie odważny), ale związkowcy byli mu przeciwni, podobnie jak - z różnych powodów - ówczesne partie opozycyjne, a nawet część ugrupowań rządzących. Ostatecznie większość składających się na ten program projektów ustaw przepadła. Wśród niewielu przyjętych przez parlament rozwiązań była m.in. kwestionowana dziś zmiana zasad waloryzacji emerytur i rent. Stopniowo, mimo sprzeciwu związkowców, zliberalizowano też prawo pracy. Doszło jednak do tego nie w ramach zinstytucjonalizowanego dialogu społecznego (czyli Komisji Trójstronnej), ale obok niego.

Dialog kuleje

Dziś warunki są inne. Choć problemów nadal nie brakuje, gospodarka rozwija się szybko, bezrobocie maleje - prawda, że po części na skutek emigracji zarobkowej - zatrudnienie w firmach rośnie, wiele z nich ma nawet trudności ze znalezieniem fachowców. Związkowcy w Komisji nie są więc, jak sądzę, skłonni do ustępstw polegających np. na ograniczeniu tempa wzrostu płac czy niekorzystnych dla pracowników zmianach w prawie pracy. Ich kontrargumenty są znane: realne zarobki przez kilka ostatnich lat rosły wolno, a wydajność pracy - szybko, przedsiębiorstwa są w dobrej sytuacji finansowej, wreszcie - prawo pracy jest już dostatecznie zliberalizowane, a problemem jest jego łamanie przez część firm.

Z kolei pracodawcy mają wprawdzie nadal pewne zastrzeżenia do kodeksu pracy i nie są entuzjastami podwyżek płac, ale gros ich postulatów dotyczy tylko jednego z członków Komisji Trójstronnej: rządu. Najistotniejszymi barierami w rozwoju przedsiębiorczości w Polsce są przecież: wadliwie skonstruowane prawo, niewydolne sądownictwo, niesprawna administracja, okresami - niestabilność polityczna. Czy do ich usuwania potrzeba umowy społecznej? Czy nie jest to rolą rządu i administracji, którą on kieruje, a także - reprezentowanych w parlamencie partii politycznych?

Dialog społeczny w dotychczasowej formie wyraźnie kuleje. Objawiało się to wielokrotnie, choćby latem 2006 r., gdy jego partnerzy nie mogli, kolejny raz, dojść do porozumienia w sprawie skali podwyżki płacy minimalnej. W końcu rząd wprowadził ją samodzielnie. Przykładem może być też zgodny sprzeciw pracodawców i związkowców wobec rządowej propozycji obniżki niektórych składek na ubezpieczenie społeczne. Wydaje się to dziwne - na obniżeniu kosztów pracy powinno przecież zależeć i jednym, i drugim - ale tylko z pozoru. Zmniejszenie obciążeń pracodawców miało w sumie wynieść zaledwie 0,2 proc., bo malała ta część składki, którą płacą pracownicy (oni trochę by zyskali), natomiast rządowa propozycja czyniła spory wyłom we wpływach do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. W efekcie Fundusz musiałby otrzymać większą dotację z budżetu, co mogłoby w przyszłości doprowadzić do wzrostu podatków. Zwłaszcza że rząd wydatków nie tnie, ale je powiększa, mimo że przypada mu w Komisji rola szczególna: powinien równoważyć postulaty pracodawców i pracowników, kierując się dbałością o finanse publiczne. W przypadku proponowanej obniżki składek dalekowzroczną dbałość o stan państwowej kasy okazali inni członkowie Komisji. Ciekawe, jak będzie w tym roku, bo projekt obniżenia składki pojawił się ponownie.

Optymizm na wyrost

Skoro więc nie udaje się dojść do porozumienia w jednostkowych kwestiach, czy można mieć pewność, że osiągnie się je w przypadku umowy społecznej zakrojonej na szeroką skalę? Zwłaszcza że mechanizm tego dialogu jest w Polsce wadliwy - przede wszystkim dlatego, że ma charakter korporacyjny, obejmuje pracodawców i pracobiorców. To się sprawdzało na początku lat 90., teraz stronami dialogu powinny stać się samorządy, organizacje pozarządowe i środowiska naukowe.

Szanse na porozumienie wydają się więc nikłe, jednak prezydent, premier i ministrowie wielokrotnie optymistycznie wypowiadali się na ten temat. Początek zrobiono w zeszłym roku: rząd przesłał Komisji Trójstronnej ocenę sytuacji społeczno-gospodarczej i projekt dokumentu "Strategia rozwoju kraju w latach 2007-2015". Komisja ustaliła sześciopunktowy zestaw celów, nad którymi radziła. O efektach dyskusji niewiele było wiadomo, aż nagle w końcu lutego 2007 r. rząd przedstawił partnerom stanowisko, które ma być punktem wyjścia do negocjacji. Stanisław Szwed, przewodniczący rządowego zespołu ds. umowy społecznej, mówił "Rzeczpospolitej" (z 27 lutego 2007 r.), że faktyczne negocjacje zaczną się pewnie na początku kwietnia i chciałby, by umowę zawarto w listopadzie. Tego optymizmu nie podzielają ani pracodawcy, ani związkowcy. Zwłaszcza że zamiast listy najważniejszych spraw rząd przedstawił liczący ponad dwieście stron "dokument o wszystkim".

Kiedy więc zaczną się prawdziwe rokowania i ile czasu zajmą - nie wiadomo. Tym bardziej że jednocześnie Sejm zajmuje się projektami ustaw dotyczących spraw z zakresu dialogu społecznego, które z Komisją konsultowane nie są (np. pomysł podwyższenia płacy minimalnej do połowy średniej pensji), przez co pracuje ona niejako na ruchomych piaskach. Nawet optymistycznie oceniając tempo prac Komisji, trudno oczekiwać, by szybko doszła do porozumienia, chociażby ze względu na rozbieżność interesów jej członków. Na przykład: "Solidarność" chce promowania stałego zatrudnienia, pracodawcy opowiadają się za jego elastycznością. Ta jedna kwestia wystarczy, by zająć Komisję na wiele miesięcy. Podobnie może być ze sprawami emerytalnymi. Nawet jeśli partnerzy społeczni osiągną konsens, ich ustalenia trzeba będzie przekształcić w projekty ustaw i skierować do Sejmu. Jak długo potrwa dyskusja parlamentarna i czym się zakończy - tego już nikt nie przewidzi.

Niewykluczone, że pakt podzieli los planu Hausnera. To tym bardziej prawdopodobne, że według prognoz większości krajowych ekonomistów dobra sytuacja w gospodarce utrzyma się w tym roku i co najmniej przez część następnego. Najpewniej będzie też maleć bezrobocie i można oczekiwać nasilenia presji na podwyżki płac, a niedobór fachowców zmusi firmy do akceptacji i tych, i innych żądań. W takiej sytuacji nie sposób liczyć na skłonność związkowców do kompromisu, zwłaszcza gdy najważniejsza partia koalicyjna podtrzymuje (przynajmniej werbalnie) hasło "Polski solidarnej", a jej partnerom zdarza się występować z pomysłami daleko wykraczającymi poza związkowe postulaty.

***

Wielostronny, starannie wynegocjowany pakt społeczny byłby dla gospodarki korzystny, zwłaszcza gdyby obejmował rozwiązania, które dadzą się "z marszu" zastosować, kiedy dojdzie do nieuniknionego przecież pogorszenia koniunktury. Wygląda jednak na to, że z paktem jest tak samo, jak z reformą finansów publicznych. Choć ekonomiści podkreślają, że należałoby ją wprowadzać wówczas, gdy gospodarka kwitnie, bo wtedy jest to i łatwiejsze, i mniej dolegliwe społecznie, coraz częściej dochodzą do wniosku, że dopóki państwo nie znajdzie się "na musiku", dopóty żadnej reformy nie będzie. Tak więc i z nią, i z paktem społecznym przyjdzie nam zapewne poczekać na lata gospodarczo chude. Dopiero to może wymusić zmiany.

HALINA BIŃCZAK jest publicystką zajmującą się problematyką gospodarczą. Publikowała w "Gazecie Bankowej" i "Rzeczpospolitej", komentuje wydarzenia gospodarcze w Polskim Radiu i Radiu TOK FM.

---ramka 499382|strona|1---

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]