Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ostatni papieros

Ostatni papieros

29.02.2008
Czyta się kilka minut
Zagadaliśmy Kieślowskiego. Upupiliśmy jego filmy i osobowość. Za dużo było festiwali, laudacji i bankietów. Plus kilometry banalnych spostrzeżeń i rozkosznie bełkotliwych analiz - na przykład ubiegłoroczny tom "Kino po Kieślowskim". Jeżeli zatem jeszcze interesuje mnie Kieślowski nieznany - to już tylko prywatny, wyłaniający się ze wspomnień i z osobistych gestów. W porannych pantoflach, z papierosem w dłoni i z depresją. Takiego Kieślowskiego widzimy w nowej książce Stanisława Zawiślińskiego.
R

Rządzi nią logika pamięci. Wspomnienia o Kieślowskim bywają nieostre, rozmazane, wzajemnie się kontrujące. Są osobistymi fotografiami z przeszłości, które zbyt długo przeleżały się w szufladzie niepamięci. Wyciągnięte po latach mają już swoją mitologię. Stają się legendą. Na uwiecznionych przez Zawiślińskiego fotografiach pamięci o Kieślowskim nie znajdziemy wielkich syntez, są tylko przesądzające o całości drobiny. Odstające uszy po tacie, które odziedziczyła też córka, jakiś paradoksalny, nikomu niepotrzebny refleks z ostatniego szpitalnego dnia Kieślowskiego ("nogawki w spodniach jego szpitalnej piżamy sięgały do pół łydki"), zaproszenia z całego świata na poświęcone reżyserowi festiwale, ale i wiersze młodego Krzysia; wycinki z gazet, wycinki ze wspomnień. Te drobiny nie demitologizują wielkości Kieślowskiego, a jednak pomagają odkryć w nim zwykłego człowieka. Zobaczyć artystę z odstającymi uszami.

Najpierw, jeszcze przed lekturą, książkę trzeba uważnie obejrzeć. Strona po stronie, fotografia po fotografii. Wycinki, wspomnienia, wpisy z internetowych blogów i forów dyskusyjnych, fragmenty "Dziennika" Kieślowskiego, jego teksty analityczne, zapiski ze spotkań, fragmenty wywiadów. Wreszcie zdjęcia. Tym razem tylko czarno-białe. Dwubarwne twarze reżysera i jego przyjaciół. Wyzywająca i nonszalancka twarz młodego i urodziwego Kieślowskiego wyglądającego na okładkowym zdjęciu jak bliźniaczy brat młodego i urodziwego Marka Hłaski - znajduje się w kontrze do fotografii twarzy przedwcześnie postarzałej, znużonej i zniechęconej. Twarzy reżysera sfotografowanej tuż po największych sukcesach: po "Niebieskim" (1994), "Podwójnym życiu Weroniki" (1991), "Czerwonym" (1994). Wspólny jest tylko papieros.

"Pamięć" wygląda trochę jak podsumowanie i pożegnanie autora z osobą Krzysztofa Kieślowskiego, czyli artysty, któremu Zawiśliński poświęcił kilkanaście lat zawodowego życia. Wyimki biograficzne stanowiące clou głośnego tomu Zawiślińskiego o Kieślowskim ("Ważne, żeby iść...") przegrywają z anegdotą, rozbudowaną siecią wpływów i powiązań jego kina z twórczością innych reżyserów, wreszcie z doborowym towarzystwem nazwisk. I nawet jeżeli niektóre porównania Zawiślińskiego brzmią, w kontekście twórczości Kieślowskiego, co najmniej ryzykownie (Gombrowicza w jego filmach jednak nie było), są najlepszym dowodem na to, do jakiego stopnia filmografia reżysera rymuje się z biografią polskiej kultury ostatnich dekad XX wieku.

W "Pamięci" pojawia się Kieślowski zaskakująco liryczny (wiersze) i nieznany (sensacją jest odkrycie nowej pozycji w dorobku reżysera - krótkiego filmu "Legenda" o Stefanie Żeromskim według scenariusza Barbary Wachowicz). Jest Kieślowski domowy i oficjalny; surowy i zagubiony. Ale suma tych przeciwstawnych rejestrów nie układa się w sprawiedliwą wypadkową. W końcu bowiem pozostaje jedynie Kieślowski prywatny. Zapamiętany ze spotkań, filmowych lub bezpośrednich. Z dawnych wzruszeń i nowych odkryć.

W trakcie lektury udało mi się na przykład odtworzyć pierwsze, silne wrażenie, które towarzyszyło mojemu debiutanckiemu spotkaniu z kinem Krzysztofa Kieślowskiego. To był film "Bez końca", który zobaczyłem cztery lata po premierze, w 1989 roku. W większym stopniu mentalny niż polityczny stan wojenny, który Kieślowski tak przenikliwie w "Bez końca" sportretował, ostatecznie wtedy przegrał z wolnościową euforią. Ale ja miałem dopiero kilkanaście lat, przed sobą jeszcze wszystkie wojny - polityczne, osobowościowe, sercowe - i właśnie wtedy zobaczyłem film o tym, że taka wojna będzie trwała "bez końca".

Bo osamotniona kobieta (wielka rola Szapołowskiej) zawsze czeka na widmowego mężczyznę (Radziwiłowicz). Dookoła wypełnia się Boży Plan i życiowy plan zajęć. Trzeba go jakoś wypełnić. Tylko skąd bierze się to poczucie wiecznej utraty, skąd smutek i udręka? Dlaczego tak trudno żyć? Dlaczego nie potrafimy się cieszyć? Dzięki Kieślowskiemu dostałem jedną z pierwszych ważnych filmowych lekcji, podważających nastoletnią radość, antycypujących przyszły smutek. Na kasecie magnetofonowej nagrałem fragment ścieżki dźwiękowej z filmu z pięknym requiem Preisnera i z głosem Szapołowskiej przywołującej zmarłą twarz bohatera "Bez końca", ale jednocześnie mickiewiczowskie "Dziady", gorzką rozpacz Różewicza - odwieczny polski kostium: mój, nasz, wspólny. Zapaliłem wtedy papierosa. Pokochałem kino Kieślowskiego.

Pamięć zapomina o wielu być może ważnych szczegółach. Polska pamięć o Kieślowskim chce być wręcz brudnopisem, w którym pomieszczą się zarówno szare czasy, w których uśmiechnięty Kieślowski tworzył swoje sławne dokumenty, jak i piękne, co najmniej "trójkolorowe" lata jego światowego triumfu, kiedy reżyser zmienił się w ponurego mizantropa. Polska pamięć wyłaniająca się z książki Zawiślińskiego nie zapomina o kompleksach (znowu powtórzona została nieprawdziwa teza o niedocenianiu twórczości Kieślowskiego przez rodzimych krytyków), chce być seksowniejsza, efektowniejsza i bardzo światowa. Nie jest.

Wielka kariera Krzysztofa Kieślowskiego wynikała z jego charakteru. Z połączenia radości życia z depresją. To były dwie egzystencjalne skrajności, wokół których Kieślowski konsekwentnie, być może niezamierzenie, utrwalał swój mit. Legendę z wybitnymi dokumentami, znakomitymi filmami, ale także z przenikliwym spojrzeniem, zadziornością, szczerością poglądów. Polskie kino "po Kieślowskim" od lat czeka na jego następcę. Bez skutku. Świat nie pokocha nas za to, że coraz efektowniej udajemy światowość. Że wreszcie dobrze nam wychodzi filmowy optymizm. Ten optymizm to przecież kłamstwo, bo pierwszą cnotą, albo - jak kto woli - pierwszym grzechem polskiej sztuki była zawsze nieuleczalna romantyczna melancholia. Depresyjny kostium nadany przez tragiczną historię, który z godnością nosiły pokolenia.

W tym artystycznym kostiumie pojawiały się dziury groteski i ironii, czasami szyderstwa, ale tylko okazjonalnie kłamliwy banał. Dzisiaj polskie kino to głównie zadowolone z siebie kłamczuszki. Wszystko niby się zgadza: są piękne zachody słońca i jeszcze piękniejsze wschody serca, ale mechanizm jest wadliwy. Takie kino to nie ja. Nie my. Tymczasem oglądając nawet najpóźniejsze, na pewno kontrowersyjne filmy Kieślowskiego, widzimy wyraźnie, że twórca "Blizny" nigdy nie chciał i nie potrafił wyrzucić złachanego, polskiego munduru swojej osobowości.

W "Podwójnym życiu Weroniki", także w "Trzech kolorach" forma była uwodzicielska, zdjęcia zmysłowo wirażowane, ale pytania stawiane bez pięknoduchowskiego retuszu. To były pytania o początek, który zawsze ma w życiu dalszy ciąg ("Weronika"), o (nie)obecność Boga ("Niebieski"), (nie)obecność dobra ("Czerwony"), o tożsamość ("Biały"). Zawiśliński cytuje homilię ks. Józefa Tischnera, który w dniu pogrzebu Krzysztofa Kieślowskiego 19 marca 1996 roku, mówił: "Artysta nie znosi połowiczności. Artysta, gdyby musiał, wybrałby rozpacz. Ale nasz Brat Krzysztof nie wybrał rozpaczy. Wybrał świadectwo tajemnicy". Dzisiaj polskie kino ucieka przed metafizyczną powagą. Cieszy się obłaskawioną przez krytyków beztroską. Chce być światowe, ale swawoli głównie na lokalnym gruncie. Bo polskie kino nie chce dzisiaj spuścizny Kieślowskiego. Nie pali papierosów.

Stanisław Zawiśliński, Kieślowski. Życie po życiu, Pamięć, Warszawa 2007, Wydawnictwo Skorpion.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 19 na 20 października do momentu zakończenia głosowania w wyborach samorządowych 21 października. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej - czyli publicznie nakłaniać lub zachęcać do głosowania w określony sposób, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny od 500 tys. do miliona zł.  

 

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]