Reklama

Odchodząc z Breslau

Odchodząc z Breslau

14.09.2006
Czyta się kilka minut
Breslau, marzec 1945 roku. Ryk syren, płacz ofiar radzieckich nalotów, świszczą "organy Stalina. W ogarniętym wojną, otoczonym przez Rosjan mieście swoje ostatnie śledztwo prowadzi komisarz Eberhard Mock, nasz dobry znajomy, którego przygody śledzimy w kryminalnej tetralogii Marka Krajewskiego.
W

W "Śmierci w Breslau" (1999), pierwszej powieści cyklu, poznaliśmy go jako zgorzkniałego cynika o niezłomnych zasadach, człowieka brutalnego, a zarazem obdarzonego nieprzeciętną wrażliwością miłośnika rzymskich klasyków. Pięćdziesięcioletni komisarz Mock przechadzał się po Wrocławiu A.D. 1933 niczym Marlowe po Los Angeles. W kolejnych częściach cyklu, znakomitym "Końcu świata w Breslau" i mniej udanych "Widmach w mieście Breslau", cofaliśmy się do początków policyjnej kariery Mocka. Tym większym zaskoczeniem okazuje się ostatnia powieść.

Mock znacznie się postarzał i zgorzkniał, bohaterskie wyczyny przyniosły mu sławę ludowego bohatera, wypadek sprzed lat oszpecił jego twarz, którą teraz skrywa za jedwabną maską. Gdyby nie tajemnicza śmierć Berty Flogner, siostrzenicy dystyngowanej Gertrudy hrabiny von Mogmitz, zdegradowany i odsunięty od służby komisarz najchętniej nigdy więcej nie wracałby do kryminalnych zagadek. Anonimowy list naprowadzający na ślad sprawy młodziutkiej Berty działa jednak na niego niczym krew zwierzyny na psa myśliwskiego.

Gwałt i zabójstwo dziewczyny na pozór wpisują się w wojenne inferno, ale rytualność jej śmierci zastanawia. Szereg dziwnych tropów doprowadza Mocka do demonicznego Obergruppenführera SS Hansa Gnerlicha oraz widmowej hrabiny von Mogmitz. I tu właśnie dochodzimy do miejsca, w którym sypie się misterna konstrukcja. Krajewski próbuje przełamać konwencję, jednak to, co miało być zaletą powieści, okazuje się jej główną wadą. Autor pozbawia nas jednej z najważniejszych przyjemności, jakie czerpać można z lektury kryminałów, czyli szukania podejrzanych: od początku mamy pewność, że głównym winowajcą jest brutalny Gnerlich. Krajewski nie stawia przed nami zagadek, ukazuje jedynie Mocka szukającego zemsty i sprawiedliwości.

"Festung Breslau" bliżej do wojennego filmu szpiegowskiego niż do klasycznej powieści kryminalnej. Znikły gdzieś mroczne uliczki przedwojennego Breslau, zamiast dusznych zaułków i starych knajp wędrujemy podziemnymi kanałami "bez właściwości". Historyczny detal, choć wciąż obecny, został zmarginalizowany, Wrocław zamienił się w ponurą twierdzę. Także sam Mock utracił trochę uroku. Cyniczny, rubaszny staruszek o duszy poczciwca stał się postacią papierową. Przewidywalne są jego reakcje, intuicje, myśli. A rozwiązanie zagadki razi sztucznością. Krajewski przywołuje stare, poczciwe schematy: pojawia się wątek tajemniczej starogermańskiej sekty oraz religijnego obłędu. Wszystko to zbyt wystudiowane, pozbawione siły i dynamiki. Szkoda, że właśnie tak żegnamy naszego przyjaciela Mocka...

Marek Krajewski, "Festung Breslau", Warszawa 2006, Wydawnictwo W.A.B.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]