Obywatele i lud Boży

Z Leszkiem Jażdżewskim ("Liberté!"), Michałem Łuczewskim ("44"), Michałem Sutowskim ("Krytyka Polityczna"), i Karoliną Wigurą ("Kultura Liberalna"), rozmawiają Andrzej Brzeziecki i Piotr Kosiewski
Instalacja "Time Machine" Aleksandry Wasilkowskiej na Dworcu Centralnym w Warszawie, 13 czerwca 2011 r. / fot. Sławomir Olzacki, Forum /
Instalacja "Time Machine" Aleksandry Wasilkowskiej na Dworcu Centralnym w Warszawie, 13 czerwca 2011 r. / fot. Sławomir Olzacki, Forum /

Tygodnik Powszechny: Każde z Was reprezentuje inne środowisko młodej inteligencji, ale jakoś nam się wydaje, że wszyscy moglibyście zostać zaproszeni do Platformy Obywatelskiej... Jak odnajdujecie się w Polsce Donalda Tuska?

Leszek Jażdżewski: Nie wyobrażam sobie takiego zaproszenia, ponieważ, jak sądzę, dla nas wszystkich idee wciąż mają znaczenie. Dla mnie osobiście to, co wydarzyło się na niedawnym kongresie PO, było wstrząsem poznawczym. Okazało się, że w dzisiejszej Polsce można składać samokrytykę jak w najlepszych czasach PZPR-owskich plenów. Nie mam pretensji do Donalda Tuska, że pragmatycznie wciąga wszystkich na swój pokład. Nie rozumiem jednak, jak Bartosz Arłukowicz czy Joanna Kluzik-Rostkowska mogli zrobić zwrot o 180 stopni, udowadniając tym samym, że słowa, które wypowiadali parę miesięcy temu, dziś już nic nie znaczą. Tanio sprzedali swoją reputację w zamian za mandat poselski.

Nie oczekuję od polityków, że będą ideowi, ale ich nieprzywiązywanie wagi do własnych słów przekonuje, że nasza decyzja, by trzymać się z daleka od działalności politycznej, była słuszna. PO udało się wypchnąć na prawy i lewy margines wszystkie pozostałe partie, tylko że tego nie da się utrzymać i ktoś za 4 lata potnie Platformę po skrzydłach. Na razie więc jedyne, co można robić w takiej sytuacji, to recenzować.

PO miała być partią liberalną, modernizacyjną i partią młodych ludzi. Wypisz wymaluj profil "Liberté!".

Leszek Jażdżewski: PO jest typową bezideową partią władzy. Do tego, jak pokazała choćby sprawę OFE, sama zaprzecza temu, co było wcześniej przynajmniej "odruchem Platformy", nawet jeśli nie realizowanym w praktyce: mniej państwa, niższe podatki, zaufanie do rynku. Teraz jest to jedynie "partia, która broni nas przez PiS-em". A ci, którzy Prawa i Sprawiedliwości słusznie się obawiają, uznają, że w ramach tej "samoobrony" wszystkie chwyty są dozwolone.

Karolina Wigura: Nie widzę nic nadzwyczajnego w postępowaniu PO. To typowa partia w rodzaju catch-all. Ona wręcz musi mieć nieco rozmazaną tożsamość i retorykę. Podobnie postępują inne wielkie partie europejskie. Eksperci chętnie używają sformułowania "postpolityczny". Mówi się tak o niemieckim CDU i brytyjskiej Partii Pracy - i o Platformie. Sądzę jednak, że ta ostatnia jest nie tyle postpolityczna, co jej postępowanie wynika ze strategii odraczania opowiedzenia się za jakimkolwiek wyrazistym projektem ideologicznym Rzeczypospolitej.

Jakie będą konsekwencje ostatniego zwrotu PO w stronę lewicową - dowiemy się parę miesięcy po wyborach. Platforma nie pierwszy raz wykonuje manewr "zbierania" polityków. Przed poprzednimi wyborami zwracała się ku inteligencji i później wielu ludzi związanych z PO wyrażało swoje rozczarowanie jej polityką. Być może po kolejnych wyborach osoby o lewicowych poglądach też poczują, że zostały zostawione same sobie. Swoją drogą, pamiętajmy też, że Tusk nie jest pierwszym polskim politykiem, który dokonał podobnego, lewicowego zwrotu. Pamiętamy przecież retorykę Jarosława Kaczyńskiego w ostatniej kampanii prezydenckiej. Natomiast stanowczo przestrzegałabym przed nazywaniem języka PO post-PZPR-owskim.

Leszek Jażdżewski: W jaki więc sposób określić czołobitne wypowiedzi Kluzik-Rostkowskiej typu: "Donald Tusk już w 2003 roku przewidział nienawiść w polityce"?

Karolina Wigura: Czyżbyśmy zapomnieli o konsekwencjach, jakie czekały niegdyś na tych, którzy składali samokrytykę? Pochopne porównywanie zachowań polityków w warunkach demokratycznych i niedemokratycznych prowadzi do uproszczeń i niczego nie wyjaśnia. A konformistów w polityce chyba nigdy nie brakuje.

Michał Łuczewski: Inaczej patrzę na problem języka. W obecnej polityce, nie tylko polskiej, są dwa jego podstawowe typy. Pierwszy to język moralny, wyznaczający jakiś cel. Sięgający po ten język będą mówili: musicie dążyć do tego, by być lepszymi patriotami, lepszymi Polakami, wtedy będziecie budowali lepszą Polskę. Drugi to język jedności. Tu mówi się: już teraz jesteśmy dobrymi Polakami, nie wolno nas dzielić. Korzystanie z tych dwóch języków prowadzi do podziału przestrzeni publicznej na dwie części. Z jednej strony są posiadający władzę. Oni posługują się demobilizującym językiem jedności, który rzeczywiście może przypominać czasy PZPR-u. Z drugiej ci, którzy próbują odebrać im władzę, odwołując się do mobilizującego języka moralnego. Z jednej strony PO, a z drugiej - PiS.

PO odwołując się do wszystkich części politycznego spektrum, chce pokazać, że wszyscy, jako Polacy, jesteśmy rodziną. Trudno jednak z tak rozmaitej materii zrobić jakiś jeden projekt. Konieczne jest przecież wyciszenie silnych moralnych przekonań, które wprowadziłyby podziały w obrębie wspólnoty. Niezamierzoną konsekwencją takiej postawy jest niezdolność do zmian. Retoryka jedności sprawia, że nie ma reform, a jeżeli pojawia się retoryka moralności i zmiany, to - co jest tym bardziej perwersyjne - służy ona jedynie temu, by nic nie zmieniać.

Z kolei PiS ze swym językiem moralnym było w stanie wykonać kilka zdecydowanych posunięć politycznych, np. powołać CBA, rozwiązać WSI czy wzmocnić IPN. Jednak, wraz z pozostawaniem przy władzy, następowało wyciszanie elementów moralnych. Dobrze pokazywał to czas koalicji PiS z Samoobroną i LPR-em.

Czyli można powiedzieć, że język moralny wyklucza posiadanie władzy, bo sprawia, że przestaje się być skutecznym?

Michał Łuczewski: To jest żelazne prawo oligarchii Roberta Michelsa: ludzie dochodząc do władzy, zmieniają swój język, bo kiedy już ją mają, chodzi im przede wszystkim o nią samą.

Michał Sutowski: Przywołano tu porównanie języka PO do tego z czasów realnego socjalizmu - ono ma sens, ale pod warunkiem że przypomnimy sobie okres rządów Edwarda Gierka. Władze legitymizowały wówczas swoje rządy poprzez obietnicę wielkiej modernizacji utożsamianej ze wzrostem konsumpcji i dobrobytem. Przecież hasło "Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej" doskonale oddaje myśl przewodnią PO. Partia ta odwołuje się do częściowo trafnej diagnozy: społeczeństwo polskie jest nastawione na ewolucyjną poprawę warunków życia jednostek i grup (chociaż bardziej tych pierwszych). Nie definiuje się ono w kategoriach wielkich narracji czy wielkich zbiorowości, lecz przede wszystkim interesu na poziomie jednostki i rodziny.

Ten język niesie ze sobą poważne problemy. Jego centralne hasło modernizacji, a także konkretne wyzwania modernizacyjne nie zostały sproblematyzowane, lecz jedynie przeciwstawione moralizującemu dyskursowi PiS-u. W efekcie w nowym kostiumie podtrzymuje się stary konflikt budowany na opozycji: modernizatorów i wrogów modernizacji, postępu i reakcji, oświecenia i ciemnogrodu. A przecież "modernizacja" nie jest pojęciem technicznym ani neutralnym. Debata publiczna w Polsce powinna się koncentrować na kwestii interesów, w jakie są uwikłane różne pomysły modernizacyjne. Tymczasem wciąż nie możemy przekroczyć, generalizując nieco, kwestii, czy do budowy autostrad koniecznie potrzebne są również związki partnerskie. To jałowy i nieproduktywny spór. Wolałbym postawić pytanie, czy naprawdę potrzebujemy autostrad, czy może zupełnie innej infrastruktury.

PO zagarnęła tak dużą przestrzeń polityczną, że dziś trudno wyobrazić sobie jakąś partyjną konkurencję zdolną wkrótce przejąć władzę. Natomiast jako partia o rozmytej tożsamości jest ona podatna na rozmaite impulsy z zewnątrz, płynące spoza partii, nawet jeśli w trakcie debaty i na ścieżce legislacyjnej bywają one neutralizowane i "stępiane". Mogą one pochodzić od wielkich grup interesu na styku biznesu i mediów czy od powiązanych z nimi kręgów eksperckich. Ale są też szanse na wprowadzanie nowych tematów i artykulację interesów przez środowiska niezależne, organizacje pozarządowe czy zalążkowe na razie ruchy społeczne - dlatego tak wiele zależy od ich determinacji.

Ale też sama PO prowadzi własną politykę.

Michał Sutowski: Ideologiczny misz-masz PO, graniczący z zupełnym cynizmem, jej sondażowa zachowawczość, spektakl transferów - nie oznaczają, że partia ta "nic nie robi". Projekty traktowane jako PR-owe - stadiony na Euro, szybka kolej czy elektrownia atomowa - wiążą się z gigantycznymi transferami środków publicznych. Ich dystrybucja wspiera lub narusza interesy różnych grup. Pytanie, czy zostaną one wyartykułowane i czy uda się wokół nich zorganizować spór polityczny? To wyzwanie dla środowisk pozapartyjnych, bo w interesie partii jest, by to nie nastąpiło.

Czyli jesteśmy skazani na obecny wojenny dyskurs?

Michał Łuczewski: Krzysztof Kieślowski pod koniec epoki gierkowskiej, tuż przed wybuchem Solidarności, nagrał film dokumentalny "Dworzec". Rozpoczyna się on od "Dziennika" telewizyjnego: "Edward Gierek spotkał się z przedstawicielkami ruchu kobiecego", "pomyślny bilans", "postęp", "wykorzystanie potężnego potencjału gospodarczego", "dobre gospodarowanie", "dobro ojczyzny", "dobra wizytówka narodu", "niepodważalny dorobek" Następnie Kieślowski zderza propagandę sukcesu i patriotyczny frazes ze zwykłymi scenami z Dworca Centralnego. Nic nie działa, pociągi wloką się przez Polskę długimi godzinami, spóźniają się, kolejne połączenia są odwoływane... Oglądając ten dokument, miałem nieodparte poczucie powtórki. Tylko że dziś nie ma nowego Kieślowskiego. PO korumpuje swoich potencjalnych krytyków. A w razie czego straszy złowrogim Jarosławem.

Michał Sutowski: Języki obu partii są względem siebie funkcjonalne: utrwalają pozycję obu liderów i doskonale mobilizują elektorat. Jest on funkcjonalny także dla dużej części elit medialnych. Dobrze się w nim odnajdują.

Czy wynika to z dziennikarskiej wygody, czy np. ze wspólnoty pokoleniowej? Obecne elity medialne i polityczne to w większości osoby po czterdziestce.

Michał Sutowski: Owszem, jest to jeden z czynników. W debacie publicznej dominuje pokolenie, które można określić mianem "pokolenia NZS-u". Wyparło lub właśnie wypiera "pokolenie marcowe". Spór ich resentymentów w dużej mierze determinuje obecną debatę publiczną.

Karolina Wigura: Czy nie za łatwo upraszczamy? To, że Polacy w debacie publicznej lubią funkcjonować w kategoriach podziału, nie jest osiągnięciem PO, lecz ma znacznie głębsze, historyczne korzenie. Wystarczy przyjrzeć się dwudziestoleciu międzywojennemu.

Druga kwestia: PO i jej modernizacyjny język. Moim zdaniem służy on tymczasowemu zorganizowaniu wyborców wokół pewnego modus vivendi. Jak przypomina John Gray, społeczeństwo liberalne zawsze jest głęboko antagonistyczne. Tylko od czasu do czasu możemy zgodzić się co do jakiegoś wspólnego celu. Modernizacja jest dobrym celem, bo Polacy za oczywistą uważają jej potrzebę. Oczywiście, że jest ona mało sproblematyzowana, ale stanowi skuteczny punkt zaczepienia pozwalający zebrać osoby, które w wielu kwestiach nie zgadzają się ze sobą: i Arłukowicza, i Kluzik-Rostkowską, i Gowina.

Postępowanie Platformy wynika właśnie z odroczenia projektu ideologicznego państwa. Ta strategia, paradoksalnie, przyczynia się od miesięcy do utrzymywania rekordowego jak na partię rządzącą poparcia. Dzieje się tak, bo definicja specyficznego liberalizmu Polaków, którą odczytać można raczej z postępowania niż retoryki PO, jest dość trafna. Polacy mają, to wynika z ich historii, "wdrukowany" zwyczaj radzenia sobie bez państwa. Było to dobrze widać na przykładzie sporu o OFE. Kwestia ta nie wzbudziła u Polaków większego zainteresowania, bo mają oni tradycyjnie wypracowane strategie samodzielnego radzenia sobie.

Oczywiście definicja Polaków według PO ma również słabe strony. Odstąpienie od tematyki spójniejszego projektu ideologicznego prowadzi na przykład do tego, że trudno zorganizować Polaków wokół obywatelskiej, merytorycznej dyskusji, np. o tempie polskiej modernizacji.

Czyli Donald Tusk jest realistą, bo potrafi trafnie odczytać poglądy, potrzeby, a może raczej odruchy większości społeczeństwa?

Karolina Wigura: Tak, w tym sensie jest to jeden z najbardziej utalentowanych polskich polityków.

Jednak łagodzenie kantów przez PO sprawia, że brak, np. w sprawie OFE, prawdziwej ogólnopolskiej debaty.

MS: Przykład OFE ukazuje poważny problem. Debata, owszem, dotyczyła spraw fundamentalnych: czym jest państwo, czy usługi publiczne powinny nimi pozostać, czy należy je sprywatyzować. Ale już problemu najważniejszego - że emerytury Polaków będą żałośnie niskie zarówno przy opcji Tuska, jak i Balcerowicza - nie wypowiedziano.

O tym piszą i mówią wszystkie media.

Michał Sutowski: Wszystkie media pisały, że emerytury będą niskie, ale rzadko pytano, jaki to ma związek z naszą reformą - a nie tylko z czynnikami tzw. obiektywnymi, jak demografia. Dyskusja o OFE dobitnie pokazała asymetrię sił: istnieją grupy świetnie zorganizowane i posiadające duże możliwości wpływania na opinię publiczną. Innym takich instrumentów brakuje - to pokazuje wagę instytucji pośredniczących, organizacji pozarządowych, ale i niezależnych mediów, które mogłyby społeczny interes artykułować.

Leszek Jażdżewski: Politolodzy i socjologowie analizujący politykę partyjną uwielbiają tworzyć skomplikowane teorie. Tymczasem w świecie polityki idee traktowane są instrumentalnie, dorabia się ideologię do praktyki. Donald Tusk niewielką liczbę ustaw przyjętych przez zdominowany przez PO Sejm tłumaczył inflacją prawa w Polsce, tymczasem gdy tylko zmieniły się nastroje - zarządził w celach PR-owych "ofensywę ustawodawczą", o której następnie niemal natychmiast zapomniano. A w niedawnym wywiadzie w "Newsweeku" był niemal urażony pytaniem o swoje plany na następną kadencję. Nie jesteśmy w stanie złapać Platformy, bo ona jest jak wijący się piskorz. Za wszelką cenę unika samookreślenia, bo mogłoby to zniechęcić do niej część wyborców. Trudno poznać jej stanowisko w każdej z istotniejszych spraw, ostatnio np. na temat związków partnerskich.

Michał Sutowski: Pozwolę sobie na małe wtrącenie: skoro nawet zachowawcza PO zaczyna akceptować związki partnerskie, a Radosław Sikorski w zniuansowany sposób odpowiada na pytanie o adopcje dzieci przez homoseksualistów - to znaczy, że "sondażowa" Polska musi już być mocno liberalna, zupełnie inaczej niż sądzi choćby Jarosław Kaczyński.

Leszek Jażdżewski: Tusk dobrze rozpoznał oczekiwania Polaków, którzy po swoim państwie zbyt wiele się nie spodziewają, ale nie nazywałbym tego liberalizmem. Są jednak sfery, w których mają określone oczekiwania: brak wewnątrzkoalicyjnych swarów, korupcji i nieuczciwości wśród rządzących. Wreszcie oczekują sprawnego zarządzania w takich sytuacjach jak powódź, kursowanie pociągów czy wypłacanie emerytur.

Ale te wszystkie drobiazgi, jak pociągi, w przypadku Polski wymagają właśnie wielkich reform...

Leszek Jażdżewski: Dlatego nie jest prawdą, że PO wyróżnia posługiwanie się retoryką modernizacyjną. Do niej odwołuje się również Jarosław Kaczyński i prawica.

Karolina Wigura: Jednak na niedawnym 10-leciu Platformy wszystkie przemówienia odwoływały się do kwestii modernizacji. Cóż to jest, jeśli nie "retoryka modernizacyjna"?

Leszek Jażdżewski: Ale to tylko hasło! Kolejne słowo klucz, jak wcześniej np. "przyjazne państwo". PO posiadła umiejętność zagadywania nas różnymi tematami (w czym świetnie pomaga jej PiS). Drugorzędnymi sprawami odwraca uwagę i poza społeczną kontrolą sprawuje realną władzę. Czy można zmusić Platformę do samookreślenia? Może to nastąpić np. w wyniku konfliktu wewnętrznego, np. o in vitro między Gowinem i jego zwolennikami a pozostałą częścią PO, lub sytuacji zewnętrznej - upadek Jarosława Kaczyńskiego, który zakończy blokadę na naszej scenie politycznej i umożliwi powstanie nowych inicjatyw oraz koniec duopolu.

Duopol, czyli spokój i ciepła woda kontra emocje po 10 kwietnia 2010 roku. Jak się z niego wyzwolić?

Karolina Wigura: Spójrzmy nieco szerzej. Polscy są klasycznym przykładem społeczeństwa potraumatycznego. To znaczy takiego, do którego historii przynależą wydarzenia powodujące nadzwyczajnie silne emocje. Pozbawieni ich po 1989 roku, wytwarzamy te emocje w różnych sytuacjach: po śmieci Jana Pawła II czy po katastrofie smoleńskiej. Z drugiej strony, silny jest u Polaków element specyficznego liberalizmu "społeczeństwa nieobywatelskiego", jak nazywał to Aleksander Smolar. Raczej nie istnieją dwie Polski - podziały biegną wzdłuż nas samych.

Jakie w takiej sytuacji widzicie zadanie dla środowisk, które współtworzycie?

Michał Sutowski: W "Krytyce Politycznej" staramy się tworzyć i zakorzeniać w polskiej debacie publicznej język współczesnej lewicy. Artykułować problemy - nierówności ekonomiczno-społeczne, ograniczony model rozwoju cywilizacyjnego Polski, systemowe upośledzenie różnych grup. Ale także działać na przekór postępującemu cynizmowi w polityce, przekonaniu o bezalternatywności status quo i związanej z tym bierności. Dlatego nie tylko piszemy i mówimy, ale też budujemy środowisko i ruch społeczny - które pozwoliłyby w sposób bardziej zorganizowany wpływać na polityczną rzeczywistość.

Brzmi ładnie, ale czy to w ogóle jest możliwe?

Michał Sutowski: Sukces części postulatów Kongresu Kobiet, a ostatnio Obywateli Kultury pokazuje, że klasa polityczna bywa podatna na oddziaływanie społeczne - jeśli ją odpowiednio, najlepiej wielowymiarowo przycisnąć.

Leszek Jażdżewski: Dla nas - w "Liberté!" - kluczowe jest pozycjonowanie się nie wobec PiS-u czy SLD, bo nasz stosunek do nich jest oczywisty, lecz właśnie wobec PO, czyli partii, która niesłusznie wciąż przez niektórych uważana jest za liberalną. I podejmowanie wyzwań, które stoją przed Polską i Europą, a którymi niespecjalnie interesuje się skoncentrowany na sobie światek medialno-polityczny. Wyzwaniem jest też samo zdefiniowanie naszych rówieśników. Sądzę, że oni inaczej niż starsze pokolenia przeżywają polityczność i ideowość. Nie będzie już ostrych, emocjonalnych konfliktów o lustrację etc. To będą bardziej racjonalne i wyciszone wybory. Młodzi Polacy są dość liberalni obyczajowo i ekonomicznie, czują się naturalnie w zjednoczonej Europie. Ich nie interesują dość abstrakcyjne dyskusje ideowe, ważne dla naszych rówieśników na Zachodzie. Tu nie będzie milionowych manifestacji przeciwko wojnie w Iraku. Jest natomiast miejsce dla stąpających twardo po ziemi liberałów. Natomiast dziś przy zablokowanej scenie politycznej jedyną możliwością wejścia w politykę jest sprzedanie się. Uważam jednak, że patrząc w przód, należy się w nią angażować, z tym że na własnych warunkach. Trzeba zatem czekać na "moment rewolucyjny", w którym rozsypie się panujący w Polsce partyjny duopol związany czy to z odejściem ich liderów, czy z kryzysem w jednej z partii, co natychmiast przełoży się na problemy w drugiej.

Naszym celem jest organizowanie wokół pisma ludzi o podobnych do naszych poglądach, danie im języka do wyrażania tych poglądów. Nie chcemy tworzyć nieokreślonej struktury dla wszystkich, jak to robi Tusk, lecz wyrazisty projekt liberalny. Chcemy wreszcie młodych ludzi wyrywać z ich prywatności, bo w Polsce ludzie o poglądach liberalnych na samorealizacji się skoncentrowali. Nie uważają polityki za rzecz istotną, lecz za coś funkcjonującego obok nich. Wreszcie, chcemy - poprzez teksty, wystąpienia - "szantażować" klasę polityczną ze strony liberalnej. Mówić, jakie są nasze wobec niej oczekiwania, i to nie wyłącznie z pozycji petenta, ale realnej siły - jedynie wówczas można liczyć na to, że zostanie się wysłuchanym.

Karolina Wigura: Muszę powiedzieć, że kiedy słyszę w ustach liberała słowa "rewolucyjny moment", podczas gdy żyjemy, cokolwiek powiedzieć, w warunkach liberalnej demokracji, włosy stają mi na głowie. "Kultura Liberalna" chciałaby uczestniczyć w budowie nowej intelektualnej jakości polskiego liberalizmu. A także projektu społecznego, kulturowego, politycznego liberalnego zróżnicowania. Budując społeczne zaangażowanie, ale przebijając wszelkiego rodzaju balony i baloniki pseudointelektualne, jakich w naszych debatach jest bez liku. Podejście to Jarosław Kuisz i Paweł Marczewski dobrze określili ostatnio, pisząc o "zaangażowanym sceptycyzmie". Trzeba pilnować właściwej temperatury języka. Zgodnie z przekonaniem, że od języka debaty publicznej nie zależy samo istnienie demokracji - ale jej jakość.

Michał Łuczewski: Dla "Czterdzieści i Cztery" najważniejsza będzie duchowa przemiana. Karolina Wigura powiedziała, że Polacy powinni stać się społeczeństwem obywatelskim. To mało inspirujące wyzwanie. Polacy powinni stać się Ludem Bożym.

Karolina Wigura: A nie obawiasz się, że "Lud Boży" to społeczeństwo zbyt jednolite? Społeczeństwo liberalne jest zbyt zróżnicowane, by wzajemnie się kochać. A sukcesem byłoby już, gdyby potrafiło wspólnie funkcjonować.

Michał Łuczewski: Właśnie! Andrzej Kijowski kiedyś opisywał papieską pielgrzymkę: przychodzimy na miejsce spotkania, jesteśmy wściekli, jest gorąco, jest nas za dużo, ale po pewnym czasie zaczynamy się modlić, zestrajać we wspólnej liturgii, my, beznadziejni Polacy nagle przeanielamy się. To jest właśnie Lud Boży. Inny przykład to Solidarność, ruch, który dawał Polakom sens bycia. Przez jeden moment w historii wiedzieliśmy, kim jesteśmy, mieliśmy poczucie wagi tego, co się dzieje, duch dziejów umówił się na spotkanie z Anną Walentynowicz. Solidarność była zwielokrotnioną pielgrzymką. Ludem Bożym na wielką skalę. I to jest dla nas podstawowy punkt odniesienia.

Oczywiście, ten moment duchowej przemiany trudno przekształcić na moment polityczny. Po pielgrzymce rozchodzimy się do domu, a po Solidarności nadszedł stan wojenny. Chrześcijańscy mistycy, Max Weber i Jarosław Gowin mieli rację: polityka to sfera demonów. Jak się w niej nie zatracić? Konieczne jest uprawianie mediacji między duchem a materią. Takiej mediacji dokonuje Zdzisław Krasnodębski, twierdząc nieco ekstrawagancko, że modernizacja jest w istocie realizacją słów Jana Pawła II: "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi". Niedawna konferencja "Polska: wielki projekt" przekładała modernizację na konkrety: długoterminową strategię rozwoju Polski, edukację, naukę, sądownictwo, ład medialny, politykę energetyczną, stosunki zagraniczne itp. Wreszcie ostatnią mediacją byłoby wdrożenie tych strategii. Pytanie tylko, czy Duch przetłumaczony na język reform jest tym samym Duchem, od którego rozpoczęliśmy. Każde środowisko odpowiada na to pytanie na swój sposób. "Czterdzieści i Cztery" interesuje Duch, a nie mediacje, ale np. bliskie mi środowiska Klubu Jagiellońskiego, "Pressji" czy Instytutu Sobieskiego będą śmiało projektować reformy, choć zapewne nigdy nie będą zadowolone z tego, co z ideami robią politycy.

Czyli osoby o postawach konserwatywnych albo są skazane na ucieczkę ze sfery publicznej, albo na szukanie takich tematów, które pozwolą im niepodejmować kompromisów naruszających ich przekonania? Mogą, jak Marek Jurek, mówić o kwestiach fundamentalnych dla siebie, ale za cenę marginalizacji? Czy też postępować jak Instytut Sobieskiego: rozmawiamy o drogach, energetyce, systemie edukacyjnym? Inne kwestie pomijamy.

Michał Łuczewski: Jest tu napięcie. Uderzające zresztą było, że na konferencji "Polska: wielki projekt" sprawa smoleńska była nieobecna, podobnie jak wiele innych spraw fundamentalnych dla światopoglądu konserwatywnego. Ale i tak to, co mówiono o modernizacji, nie przedarło się do mainstreamu, nawet prawicowego.

Leszek Jażdżewski (ur. 1982) - publicysta, politolog, redaktor naczelny "Liberté!", wiceprzewodniczący Forum Liberalnego. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej".

Michał Łuczewski (ur. 1978) - socjolog, członek redakcji czasopisma "44 / Czterdzieści i Cztery". Adiunkt w Instytucie Socjologii UW. Publikował m.in. w "Arcanach", "Res Publice Nowej" , "Wprost".

Michał Sutowski (ur. 1985) - politolog, publicysta. Członek zespołu "Krytyki Politycznej". Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Krytyce Politycznej’, "Rzeczpospolitej".

Karolina Wigura (ur. 1980) - socjolożka, publicystka. Członkini redakcji Tygodnika Internetowego "Kultura Liberalna". Adiunkt w Instytucie Socjologii UW. W czerwcu br. wydawała "Wina narodów. Przebaczenie jako strategia prowadzenia polityki". Laureatka nagrody Grand Press w roku 2008 za wywiad z Jürgenem Habermasem.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 32/2011