Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Mundial 2018: mistrzostwo na hamulcu

Mundial 2018: mistrzostwo na hamulcu

15.07.2018
Czyta się kilka minut
Kiedy sędzia Nestor Pitana zagwizdał po raz ostatni, kiedy Francuzi skończyli się cieszyć, a Chorwaci płakać, dopadła mnie melancholia. Mistrzostwo świata zdobyła drużyna, która – choć potrafi – nie grała w piłkę.
Prezydent Emmanuel Macron triumfuje po zwycięstwie Francji na mundialu, Moskwa, 15 lipca 2018 / Fot. Alexei Nikolsky / Sputnik / AP / East News
Prezydent Emmanuel Macron triumfuje po zwycięstwie Francji na mundialu, Moskwa, 15 lipca 2018 / Fot. Alexei Nikolsky / Sputnik / AP / East News
P

Pytanie jest stare jak piłka nożna, a w gruncie rzeczy jeszcze starsze: ma tyle lat, co polityka albo sztuka wojenna. Wygrywać pięknie, czy wygrywać za wszelką cenę? Okazywać się lepszym od przeciwnika jakością argumentów, czy wyciągać z kapelusza rzekomego dziadka z Wehrmachtu? A może posmarować klingę trucizną i zatruć kielich wina? Zamurować bramkę, pozwalając rywalowi wytracić siły, a następnie wyprowadzić decydujący kontratak, ewentualnie w sytuacji minimalnego kontaktu z rywalem przewrócić się tak przekonująco, żeby sędzia musiał odgwizdać rzut wolny (dzięki takiemu dokładnie zachowaniu Griezmanna Francuzi zdobyli pierwszą bramkę w tym meczu)? A może zatrzymać ręką wychodzącą za boisko piłkę, jak zrobił to Thierry Henry osiem lat temu, dzięki czemu to Francuzi, a nie Irlandczycy pojechali na mundial w RPA? Chociaż tyle, że wprowadzenie podczas tego mundialu systemu sędziowskiej kontroli wideo pozwoliło ograniczyć prawdziwą plagę ostatnich lat: nurkowanie w polu karnym (w sprawie dzisiejszego karnego, mimo VAR, zdania są nadal podzielone…), ale i tak napięcie między pragmatyzmem a idealizmem unosi się nad światem futbolu ze szczególną intensywnością – na mistrzostwach świata w Rosji koncentrując się wokół drużyny, która zdobyła mistrzostwo świata, choć wedle zgodnej opinii ekspertów tworzące ją indywidualności (może poza duetem Pogba-Kante w środku pola i Kylianem Mbappe w meczu z Argentyną) nigdy nie ujawniły pełni ukrytego w nich potencjału.

Weźmy nawet dzisiejszy finał: tyle talentów ma Francja do rozgrywania akcji, a pierwszy gol padł po rzucie wolnym i samobójczym trafieniu Mandżukicia, drugi – po rzucie karnym, będącym efektem zamieszania wywołanego rogiem, który z kolei był efektem nie jakiegoś kunsztownego rozegrania, tylko dalekiego wykopu bramkarza Hugo Llorisa; dopiero trzeci padł z akcji, która mogła się podobać, choć równocześnie uosabiała prostotę metody Deschampsa: fenomenalne dalekie zagranie Pogby na dobieg do Mbappe, kocioł w polu karnym Chorwatów, atomowe uderzenie Pogby, który zdążył już znaleźć się przed chorwacką szesnastką. Kolejna bramka, tym razem Mbappe, była już wynikiem rzuconego ręcznika przez załamanych rywali. Gdyby nie błąd zdekoncentrowanego Llorisa kilka minut później, nie byłoby już o co grać.

O tym, jaki naprawdę był to mecz, najwięcej mówiły statystyki z pierwszej połowy: najczęstsza kombinacja mistrzów świata to długa piłka od bramkarza do napastnika Oliviera Giroud; najszybszy sprint należał do 33-letniego konusa Modricia, nie zaś do nastoletniego atlety Mbappe. Francja, choć zdobyła aż cztery bramki, konsekwentnie prezentowała futbol reaktywny. W piłkę próbowali grać, na wiele zresztą sposobów, Chorwaci. Mistrzowie świata? Ich środkowy napastnik przez ponad pięćset minut gry (wystąpił w siedmiu meczach) nie oddał na bramkę rywali ani jednego celnego strzału. Nie z goli był, jak widać, rozliczany.


Czytaj także: Michał Okoński: Kto nie dotknął piłki ni razu


W sporze, co się tak naprawdę liczy: futebol d’arte czy futebol de resultados, stanowisko obecnego trenera reprezentacji Francji Didiera Deschampsa jest jasne nie od dziś. W fascynującej skądinąd rozmowie ze swoim mentorem, wieloletnim trenerem i wychowawcą z Nantes Jean-Claudem Suadeau, odbytej w jednej z marsylskich restauracji nad butelką przywiezionego z Prowansji rose i opublikowanej przed laty na łamach „France Football”, stawia sprawę zdecydowanie: „Przyjemność daje tylko sukces”, a na uwagę swojego interlokutora, że ten sukces, o którym mówi, nie trwa wiecznie i że choć w pierwszej chwili wydaje się tak potężny, ostatecznie okazuje się nietrwały, odpowiada, że jego przyjemności wcale to nie zmniejsza. „Pamiętam okropne mecze, w których radość wygrywania była ogromna, choć samo granie w nich nie dawało żadnej frajdy. Grać dobrze i niczego nie wygrać? O nie, kompletnie mnie to nie interesuje”. To chleb powszedni ligi włoskiej, dodaje Deschamps, który spędził kilka lat kariery piłkarskiej i trenerskiej w Turynie i który uważa, że wszystko, co ważne w piłkarskiej taktyce, przychodzi z Włoch (czyżby miał na myśli catenaccio?), prowokując skazaną z góry na porażkę uwagę Suadeau, że jego zdanie jest całkowicie odmienne: „W dzisiejszej przegranej znajduję mnóstwo elementów, które pozwolą mi wygrać jutro. Ty żyjesz chwilą, ja patrzę dalej”.

Uwaga Suadeau jest skazana na porażkę, bo historia mistrzostw świata uczy, że jutro nie nadchodzi. Nawet przed dzisiejszym meczem: dwie najlepsze drużyny narodowe w historii futbolu, Węgrzy z 1954 roku i Holendrzy z 1974 roku, przegrały pojedynki finałowe z będącymi wówczas uosobieniem pragmatyzmu Niemcami. Ewoluuje zresztą również samo pojęcie piękna: kiedy w połowie XIX wieku na polach przed angielskimi szkołami tworzyły się zasady gry w piłkę nożną, podania uchodziły za coś niegodnego mężczyzny, a liczył się tylko samotny drybling na bramkę przeciwnika; dziś wizjonerskie zagrania do kolegów Belga de Bruyne zachwycają nas na równi z kiwką jego kolegi z reprezentacji Hazarda. Kto wie, może przyjdzie czas, w którym metody, za pomocą których Didier Deschamps poprowadził Francuzów do mistrzostwa świata, także uznamy za piękne?

Idealista odpowie: oby nie. A o tym, jak silny wciąż we współczesnej piłce jest głos idealistów, najwięcej powie narastająca z każdym kolejnym meczem mundialu fascynacja Luką Modriciem – w ostatnich dniach przybierająca wręcz rozmiary kampanii na rzecz przyznania filigranowemu Chorwatowi Złotej Piłki – miana najlepszego gracza turnieju, którego się ostatecznie doczekał.


Czytaj także: Michał Okoński: Modrić, chorwackie serce


W rozmowie Deschamps-Suadeau dawny nauczyciel mówi uczniowi, że przyszłość piłki nożnej leży w drugiej linii, czyli dokładnie tam, gdzie biega Modrić. W tym punkcie uczeń przyznaje oczywiście rację, choć na boisku modyfikuje swoją odpowiedź. W jego drużynie artysta piłki, jakim z pewnością jest chorwacki rozgrywający, jeśli znalazłby miejsce, to za cenę wyrzeczenia się artyzmu. Podział obowiązków w grającym dla Deschampsa duecie środkowych pomocników jest jasny. N’golo Kante odpowiada za rozbijanie akcji rywali (i jest w tym oczywiście najlepszy: jeśli spojrzeć na listę zawodników z największą liczbą wślizgów i przechwytów na mecz, zostawia wszystkich mundialowych rywali daleko za sobą, nawet jeśli dziś zagrał wyraźnie słabiej), a Paul Poga za jak najszybsze przenoszenie akcji pod ich bramkę (i również nie ma sobie równych: gdy spojrzeć na zasięg jego błyskawicznych podań i dryblingów, ustępowali mu nawet wspomniani Belgowie, Hazard i de Bruyne; podanie w akcji, którą dziś rozpoczął i zakończył, było najlepszą ilustracją). Tu już nie chodzi o myślenie z fantastycznej skądinąd anegdoty o rozmowie kolumbijskiego trenera Francisco Maturany, który skarżył się swojemu argentyńskiemu koledze, prowadzącemu mistrzów świata z 1978 r. Cesarowi Luisowi Menottiemu, że rozgrywający jego drużyny Carlos Valderrama głównie spaceruje po boisku („Doskonale – miał odpowiedzieć Menotti – będzie miał więcej czasu na myślenie”) – tu chodzi o przygotowanie fizyczne i szybkość. „Myślenie w piłce stało się niemodne” – skomentował na łamach „Guardiana” inny Argentyńczyk, mistrz świata z 1986 r. Jorge Valdano. – Albo inaczej: jedyną osobą, której pozwala się na luksus myślenia, jest trener”.

O czym myślał Didier Deschamps, kiedy sięgał po mistrzostwo świata w meczu, w którym rywale wcale nie byli gorsi, a pierwsze gole dla jego drużyny zostały właściwie sprezentowane? Czy przejmował się opiniami, że serca kibiców całego świata były z drużyną z kraju wielokrotnie mniejszego (liczba ludności: nieco ponad cztery miliony przy ponad sześćdziesięciu sześciu milionach Francuzów), o nieporównywalnej pozycji ekonomicznej, historii, kapitale kulturowym etc.; drużyną, która wywalczyła sobie ten finał uczestnictwem w trzech dogrywkach, przebiegając przed nim o sto szesnaście kilometrów więcej niż jego piłkarze? Powtarzał przypisywaną Horacemu frazę „Ludek mnie wygwizduje, lecz ja sobie brawo biję, w domu skrzyni uchyliwszy wieka”?

Zapewne to właśnie jest przyczyna, dla której trudno mi wzbudzić w sobie entuzjazm w związku z francuskim sukcesem. To znaczy owszem: widzę i doceniam jego znaczenie społeczne. Zauważam zmianę, jaka dokonała się w tej drużynie w ciągu ostatnich lat, zwłaszcza że pamiętam skandal, jaki wybuchł podczas mundialu w RPA, kiedy zbuntowani piłkarze któregoś dnia przerwali trening i wsiedli do autokaru. Pamiętam o podziałach w tej drużynie, pamiętam o nieśpiewanej przez niemałą jej część Marsyliance. Widzę, jak te podziały się zacierają, jak – mimo całkiem jeszcze niedawnych przecież uwag polityków w stylu Jean-Marie Le Pena – trójkolorową reprezentację współtworzą zawodnicy dorastający w banlieus pod Paryżem czy Lyonem, dzieci imigrantów, które z futbolu uczyniły najlepszą ścieżkę integracji (o tym, jak bardzo potomkowie uchodźców wzbogacili nasz kontynent, mówią przypadki wielu innych reprezentacji, zwłaszcza Belgów, którzy na mundialu w Rosji zdobyli trzecie miejsce; również drużyna angielska byłaby bez nich o wiele uboższa). Zarazem: we francuskim sukcesie widzę przede wszystkim triumf pragmatyzmu, z jakim trener tej drużyny w każdym kolejnym meczu skupiał się na zniwelowaniu silnych stron rywali. W gruncie rzeczy obecność w loży honorowej aspirującego do roli jednego z przywódców Unii Europejskiej prezydenta Macrona dopełnia tylko ten obraz.

POLECAMY: MUNDIAL 2018 W SPECJALNYM SERWISIE "TP"

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych: „Kanon - Sztuka rozmowy", „Kanon - Rozmowy na temat” oraz „Do Betlejem!”. Publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Trochę za emocjonalny ten Pana komentarz, gra jest gra i nie ma nic do tego z jak dużego kraju jest reprezentacja i ilość pokonanych kilometrów. A na pewno najlepiej by było jak by wygrała drużyna polska...

Wciąż powracającym toposem futbolowych opowieści są historie "chłopaków z przedmieścia" (getta, faweli itd.), którym udało się wydrapać na szczyty sławy. Historia pucharu dla Chorwacji byłaby w gruncie rzeczy czymś podobnym.

Tak naprawdę nie istnieje "spór co się tak naprawdę liczy: futebol d’arte czy futebol de resultados", gdyż odpowiedzi udzielają nawet nie od dekad, co wręcz wieków już same przepisy - nie ma not za styl, a bramki ze stałych fragmentów czy wręcz samobójcze są premiowane taką samą zmianą rezultatu co gole zdobyte po wymianie 100 podań czy strzelone przewrotką z 40 metrów. Nie rozumiem, jak można ekscytować się rzeczonym sportem od dekad, a wciąż nie rozumieć jego istoty, wszak skodyfikowanej czarno na białym... Z całym szacunkiem, ale przedmiotowy spór ma rację bytu w skokach narciarskich, gdzie odrębnie punktacja jest naliczana za odległość, odrębnie zaś za styl jej osiągnięcia, rezultat końcowy każe zaś sobie zadać pytanie, czy wydłużyć lot kosztem utraty możliwości wykonania telemarku, czy też jednak lądować bliżej, ale nie jak worek ziemniaków. Jeśli więc rywalizacja dotyczyłaby estetyki, to Wokulski ze swoimi czerwonymi dłońmi odpadałby w przedbiegach, jeśli jednak idzie o groszoróbstwo, to utyskiwania romantyków na przewagi pozytywistów sprawiają wrażenie niemowlęcej obrazy na (logiczną!) konstrukcję świata. W futbolu zaś też można uświadczyć romantyzmu! Tyle że w meczach lig okręgowych, w rozgrywkach amatorskich, gdzie zawodnikom tak naprawdę nie chodzi o wynik końcowy - bo jego brak nijak nie wpływa na ich poziom życia - lecz właśnie o drogę ku niemu, oklaski swych sąsiadów. Tylko śmiem twierdzić, że Autor jest jednak dość rzadkim widzem tego rodzaju spektakli, preferuje raczej widowiska z udziałem ciężko opłacanych profesjonalistów - i nagle ku swej zgrozie odkrywa, że osobom na boisku zależy jednak raczej na wyniku końcowym, gdyż to właśnie on jest nagradzany pekuniarnie. Nie, nie uznamy futbolu Deschampsa za piękny. Pytanie Autora sugeruje bowiem jakąś bliższą bądź dalszą przyszłość. Tymczasem należy skonstatować, że wizja sportu trenera Francuzów już jest piękna, teraz! Piękna na tyle, na ile przepisy pozwalają.

Dodam od siebie, że wszelkie antyestetyki też należą do porządku estetycznego. Futbolem interesuję się nawet rzadziej niż raz na cztery lata (o mundialu w Brazylii nie umiem sobie przypomnieć nic istotnego), ale pamiętam z 1974 roku dyskusje nad jakoś chyba wówczas zauważonym niemieckim stylem gry, zimnym, bezdusznym i morderczo skutecznym, nad czym jedni ubolewali, przeciwstawiając mu romantyczny i widowiskowy styl latynoamerykański, a inni się zachwycali. I nie było to jeszcze uwielbienie dla wielkich pieniędzy, ale właśnie spór dwóch estetyk.

Dziekuje panu za panskie mundialowe teksty. Dobra lektura uzupelniajaca chyba najlepszy jaki pamietam (czyli od 1994 - mialem wtedy 10 lat). Teksty pokazujace, ze sa jeszcze ludzie kochajacy dobra pilke i chcacy o tym pisac. Przepraszam za brak polskich znakow ale komputer w mojej pracy takowych nie posiada. Pozdrawiam i czekam na Euro :)

przynajmniej ekspresyjny i nie ma problemu z jej okazywaniem.

Chorwaci, niestety, nie wzięli udziału w podboju Afryki zachodniej i zapłacili za to porażką w finale MŚ 2018. Ale i tak ich kocham.

Mundial wygrała prezydent Chorwacji. Jej postawa w strugach deszczu, szczera radość ujęła wszystkich.

O ile wrażenia artystyczne zostawiam tutaj na bok, bo o gustach się nie dyskutuje, o tyle rzecz obiektywną trzeba wyjaśnić jednoznacznie. Rzut karny został podyktowany jak najbardziej słusznie. Tutaj nie może być jakiejkolwiek kontrowersji - o ile tylko spojrzy się na powtórki i przeanalizuje na chłodno ruch ręki Perisicia. Wbrew licznym wypowiedziom medialnym (ponoć także np. angielskim) - ręka nie poruszała się w sposób naturalny. Gdy piłka zbliżała się do Perisicia, jego ręka w ewidentny sposób przyspieszyła w kierunku piłki; to nie było zwykłe opuszczenie ręki jak po wyskoku. W dodatku skierował w jej stronę otwartą dłoń, co też nie jest naturalne. No i obie ręce nie były w symetrycznym położeniu. I pewnie to wszystko wziął pod uwagę sędzia. Dlatego też kompletnie nie rozumiem tych komentarzy o kontrowersji, a tym bardziej o niesłusznym karnym. I czuję frustrację niczym dyskutując ze zwolennikami PIS, którzy uważają, że konstytucję można zmieniać ustawą. A co do piękna gry Francji i o tym, co myślał Deschampss przed finałem. czy naprawdę miał się kierować tym, że gra przeciwko drużynie z wielokrotnie mniejszego kraju? W jaki sposób miał brać po d uwagę, że Chorwacja grała dłużej, wybiegała więcej i ogólnie wymęczyła się tymi meczami? Czy miał może oddać im na początku jednego gola z tego powodu? Nie do końca rozumiem intencje autora i jego pretensje do trenera Francuzów. Bo o ile mogę zrozumie sympatię, jaką darzono Chorwatów, to wynikała ona jednak trochę z ich słabości. Któż bowiem kazał Chorwatom być w meczu słabszymi od Duńczyków, któż kazał nie umieć wygrać z nikim w fazie pucharowej w ciągu 90 minut? A przecież nie ukrywajmy, drogę do finału mierzoną siłą przeciwników Chorwacja miała znacznie prostszą. Poza tym nie czarujmy się - Chorwacja grała tak,ja grała nie dlatego, że nie chciała zniżyć się do stylu francuskiego, ale że tak umiała - i chwała jej oczywiście za to - ale nie można z tego powodu tworzyć legend nazbyt romantycznych. Francja umiała zagrać tak, jak inne nie umiały, a nie tak, jak inne nie chciały. Gdy było trzeba albo gdy była okazja Francuzi grali bardzo efektownie, również podczas odbiorów i szybkich podań po nich następujących. A przede wszystkim Francuzi sprawiali wrażenie drużyny, która ma cały czas wszystko pod kontrolą i czuje się w tym piekielnie silna. I tak zresztą było. Pierwsza połowa finału była być może najsłabsza w ich wykonaniu z całej fazy pucharowej, a i tak w sumie wyszli z niej bez szwanku. A w drugiej połowie chyba nikt nie mógł mieć wątpliwości, kto jest mocniejszy. I gdyby Francja bardzo potrzebowała, to strzeliłaby zapewne dalsze gole. Bo o ile w meczu z Argentyną do samego końca mogli się obawiać (przy stanie 4:2), o tyle w finale już nie. Bardzo słuszną rzecz powiedział Zbigniew Boniek w rozmowie z Przeglądem Sportowym już po finale. Na końcu zawsze trudniej jest wygrać, niż zostawić po sobie dobre wrażenie. W końcu tak podobały nam się drużyny Iranu czy Maroka. Ale jednak do sukcesu brakowało im sporo, choć grały ładnie. I znów pytam - czy dlatego, że były takie romantyczne, czy też dlatego, że tylko tak umiały?

W pierwszej połowie Francuzi grali słabo ponieważ Chorwaci nie pozwolili im rozwinąć skrzydeł. Tu nie było żadnego wyrachowania Francuzów. Zwyczajnie Francuzom gra nie wychodziła i dopiero boiskowe cwaniactwo Griezmanna pomogło Francuzom zaistnieć. W pierwszej połowie Chorwaci oddali siedem strzałów na bramkę Francuzów przy jednym strzale Francuzów na bramkę chorwacką. Na boisku tak jak i w życiu szczęście się przydaje i niekoniecznie sprzyja lepszym. Choć, przyznaję, Francuzi mają większy potencjał od Chorwatów to dopiero w drugiej połowie dzięki dzieciakom podbitych przez Francję afrykańskich ludów pokonali dzielnych Chorwatów gdy ci musieli zaryzykować i odkryli tyły. Chorwacja mogła grać antyfutbol tak jak Rosjanie z Hiszpanią i wtedy wynik byłby bliski remisu a może nawet wygrali by Chorwaci znani przecież z szybkich skutecznych kontr. Chwała Chorwatom za to, że grali piękny, odważny futbol.

Właściwie po tym bardzo niepotrzebnym rasistowskim wtręcie należałoby sobie odpuścić dyskusję, ale jednak się odniosę. 1. Nie rozumiem, jakie znaczenie dla oceny gry ma to, czy gole strzelili biali czy ciemnoskórzy. Czy wyższość moralną nad "dzielnymi Chorwatami", nieskażonymi żadną brudną domieszką Francuzi mogli zyskać jedynie gdyby to Griezmann do spółki z Giroud i Pavardem strzelali gole? Dyskutujemy merytorycznie czy rasistowsko? Bo tego rodzaju argumenty pasują raczej do kloacznych dyskusji w innych miejscach internetu. 2. Przyznałem wcześniej, że pierwsza połowa finału była prawdopodobnie najsłabszą połową Francuzów w fazie pucharowej. Przede wszystkim polegało to na licznych błędach w środku pola i słabiutkim Pavardzie. Tylko że ta relatywna (w porównaniu do poprzednich meczów) słabość gry Francuzów nie spowodowała wielkiej kary i wyszli oni z tego bez większych strat. Siła zespołu nie objawia się wtedy, gdy wszystko idzie, ale w momentach, gdy gra się słabiej. 3. Gra w pierwszej połowie ma to do siebie, że po niej jest jeszcze druga połowa, a druga połowa jest równie ważna jak pierwsza, a gdy wynik jest stykowy, to nawet ważniejsza. 4. Francuzi nawet podczas tej słabszej gry nie stracili kontroli nad meczem. A statystyka oddanych strzałów mówi nam wyłącznie to, ile oddano strzałów. Owszem, Chorwacja dominowała, ale jakoś trudno mi sobie przypomnieć naprawdę groźne okazje pod bramką Francuzów, poza golem Perisicia, rzecz jasna. A statystyki w futbolu to w ogóle temat na odrębną dyskusję. Powiem tylko tyle, że moim zdaniem nie ma bardziej niestatystycznej dyscypliny sportu od piłki nożnej. Ocenianie meczów za pomocą statystyk (poza statystyką strzelonych goli) mija się po prostu z celem. To nie siatkówka albo koszykówka. 5. Po pierwszym straconym golu Chorwaci niemal natychmiast wrócili do gry, zresztą jak zwykle. Mam wrażenie, że popadasz w sprzeczność. Skoro w pierwszej połowie Chorwaci tak po prostu dominowali, to dlaczego ich grę w drugiej połowie zwalasz na karb tego, że musieli zaryzykować i się odsłonić? W pierwszej mogli atakować nie odsłaniając się, a w drugiej już tak? A jak było w poprzednich meczach, zwłaszcza z Anglią? Ale wiesz, czym poprzednie mecze Chorwatów różniły się od finału? PRZECIWNIKAMI. 6. W finale akurat szczęście sprzyjało lepszym. W poprzednich rundach (nie chodzi mi o rundę grupową) nikt zresztą nie miał więcej szczęścia, niż Chorwaci (którzy nie zawsze byli lepsi - vide 1/8). 7. Gdyby Chorwacja grała antyfutbol tak jak Rosjanie, to nie grałaby jak Francja, więc porównanie kompletnie od czapy. Mam nadzieję, że jednak dostrzegasz różnicę. Gdyby Chorwacja (Belgia, Urugwaj) potrafiła grać tak, jak Francja, to by zagrała. To nie jest gra oparta na obronie Częstochowy i liczeniu na to, że może coś przy okazji wpadnie. To gra oparta przede wszystkim na piekielnie mocnym środku pola, a przy tym na wspaniałej technice, która nie jest sztuką dla sztuki i która przy wybitnych piłkarzach z przodu powoduje ciągłe niebezpieczeństwo. 8. Gdyby Chorwacja grała antyfutbol, to prawdopodobne byłyby dwa scenariusze - albo po prostu Francja wygrałaby strzelając mniej goli (niż 4) po nudnym meczu, albo i tak zmusiłaby Chorwatów do ataku po tym, jak by w końcu zdobyła gola, co prędzej czy później by się zdarzyło. 9. Podejrzewam, że Chorwacja zaczęła finał tak mocno, bo domyślała się, że jeśli szybko nie wyjdą na prowadzenie, to z biegiem czasu ich szanse będą bardzo malały. I to się potwierdziło, bo w drugiej połowie nie mieli nic do powiedzenia, a wiarę stracili chyba już po 3. golu (po czwartym na pewno). I ja rozumiem, że Chorwaci mieli więcej w nogach, ale powtórzę: to nie wina Francuzów, że wygrywali mecze w łatwiejszy sposób i szybciej niż Chorwacja. 10. Na grę Francuzów w drugiej połowie wpłynął oczywiście Deschamps, który naprawił to, co szwankowało (np. wymienił szybko Kantego). Bezapelacyjnie najlepszy trener tych mistrzostw. 11. To prawda, gra się tak, jak przeciwnik pozwala. I dlatego po całkiem efektownym meczu Chorwacja przegrała z Francją, do pewnego momentu grając bardzo dobrze. Jednak potrzeba by naprawdę zaślepienia, żeby uznać, że Francja wygrała finał i zdobyła mistrzostwo niezasłużenie albo że Chorwacja była na tym mundialu najlepsza. Mam jednak nadzieję, że tego nie twierdzisz.

Jeśli krytykujemy naszą drużynę to zwłaszcza i przede wszystkim za styl w jakim grała a w mniejszym stopniu za niekorzystne wyniki meczów. Francuzi, tu się powtórzę, mają większy potencjał od Chorwatów i mogli to udowodnić w dużo lepszym stylu. I jeszcze jedno: rasizm o ile mi wiadomo polega na poczuciu wyższości wobec przedstawicieli innych kultur/ narodów. Samo stwierdzenie, że w drużynie Francji grają potomkowie podbitych przez Francję ludów jest w samo sobie obojętne. Moja sympatia może być przecież po stronie podbitych ludów i zresztą nawet jest. Miałem okazję spędzić niegdyś kilka tygodni w Kamerunie ( w części francusko-jezycznej tego kraju ). Lud tamtejszy wyróżnia się wysokim wzrostem a w szczególności tamtejsze dziewczęta robiły wrażenie swoimi długimi nogami. Moim zdaniem Afrykanie ( mam na myśli mieszkańców Afryki ) mają duże szanse zdominowania światowego futbolu. Potrzeba jedynie trochę funduszy i wysiłku organizacyjnego. Światowy futbol będzie czarny tak jak czarna jest światowa koszykówka. Nie będę cierpiał z tego powodu. Będzie mnie w pełni satysfakcjonowało gdy nasi piłkarze zagrają na poziomie Chorwacji.

1. Jeśli krytykujemy polską reprezentację, to za styl rozumiany jako brak ambicji, nieprzygotowanie oraz beznadziejne wykonawstwo, a nie za defensywną taktykę. Więc porównanie moim zdaniem zupełnie chybione. Nikt by w Polsce nie miał najmniejszych pretensji do reprezentacji, gdyby grała nawet brzydko, ale skutecznie. 2. Samo w sobie stwierdzenie, że ktoś jest innej rasy nie jest rasistowskie, ale użycie takiego stwierdzenia w określonym kontekście - już takim się staje. Do tego nie potrzeba obelżywych określeń. Wystarczy, że określenie pozornie neutralne użyte jest tylko po to, żeby daną osobę/grupę/okoliczność w oczach innych zdeprecjonować, obniżyć rangę albo nastawić do niej negatywnie innych czytelników. A niestety kontekst tamtej Twojej wypowiedzi wskazywał, że użyłeś ją po to, by przedstawić wynik Francji w gorszym świetle - w przeciwnym razie nawiązanie do rasy strzelców byłoby kompletnie zbędne. To jest dokładnie taki sam chwyt, jak często spotykane w dyskusjach - nawet politycznych czy publicystycznych - nawiązanie, niby zupełnie neutralne, do żydowskiego pochodzenia innej osoby - co pozostaje bez żadnego logicznego związku z tematem sporu. Oczywiście osoby, które to robią, bronią się, że przecież nie mówiły nic złego na temat Żydów i pochodzenie żydowskie nie jest niczym złym. Rzecz w tym, że użyły tej informacji tylko po to, żeby wobec tej drugiej osoby skierować niechęć, nieufność etc. Do tego nie potrzeba wyzwisk i obraźliwych sformułowań. Drugim schematem w takim przypadku jest obrona, że przecież mam wielu znajomych Żydów/gejów/ciemnoskórych, więc jak w ogóle można mi zarzucać antysemityzm/homofobię/rasizm? Ty zaś bronisz się tym, że byłeś kiedyś w Kamerunie. Nie znam Cię, więc nie mogę i nie chcę nazywać Cię rasistą, oceniałem tylko wypowiedź. A miała ona moim zdaniem taki co najmniej nieszczęśliwy wydźwięk i to nie zależy od tego, czy znasz osoby z Afryki i czy tam byłeś. Tak ostro na to reaguję, bo bulwersuje mnie wylewający się zewsząd na forach internetowych jawny rasizm wobec francuskiej reprezentacji i idiotyczne komentarze w rodzaju "wygrała reprezentacja afrykańska, ble ble ble".

Przecież moja wypowiedź w jej "rasistowskiej" części sprowadza się do tego, że rdzennym Francuzom ( białasom ) zarzucam, iż swój sukces w znacznym stopniu zawdzięczają ciemnoskórym ziomkom czyli mówiąc z lekkim przymróżeniem oka można powiedzieć, ze sukces Francuzów jest owocem dokonanego przez nich podboju Afryki. Gdzie tu rasizm jest ? No chyba, że rasizm antyfrancuski ale do tego też raczej się niechętnie przyznam. I jeszcze w kwestii żydowskiej. Nie jestem rzecznikiem żydowskich interesów ponieważ oni sobie świetnie radzą bez mojej pomocy. Jednakże mam sporo sympatii i empatii dla Żydów ( i oczywiście dużo podziwu z racji dokonań na wielu polach ludzkiej aktywności ). Rozumiem i podzielam niepokój europejskich Żydów związany z masowym napływem imigrantów muzułmańskich do Europy. I nie dziwi mnie specjalnie to, że coraz więcej Żydów odkrywa, że lepszym miejscem do życia dla nich od Paryża jest Budapeszt. Pozdrawiam
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]