Może to lepiej

Kiedy przeczytałam przed tygodniem, że proboszcz warszawskiego kościoła Wszystkich Świętych zaprosił polityków szykujących się do pro- i antyrządowych manifestacji, aby na ich zakończenie przyszli do niego na pokutne nabożeństwo, doznałam uczuć mieszanych. Zrobić rachunek sumienia po politycznej akcji? Jak najbardziej słuszne. Wyjść chociaż na moment z oparów konfrontacji, by wszystko zobaczyć w innej perspektywie? To mądre, a nawet zbawienne. Choćby tylko niektórzy tak zrobili. Cały problem w tym tylko, by sama refleksja i pokuta nie stały się następnym aktem politycznej gry. Ciekawscy pójdą za politykami, skierują kamery, wyliczą, kto był, a kogo zabrakło, wzruszą zdjęciem zamodlonego przywódcy. Czy można obronić się przed taką dwuznacznością?
Czyta się kilka minut

Od niedawna słychać głosy pasterzy ostrzegające przed nadużywaniem Ofiary Mszy Świętej do celów doraźnych i przyziemnych. I choć echo na razie niewielkie, jest to jedno z najważniejszych na dzisiaj ostrzeżeń. Wydaje mi się, że, uspokojeni porównywaniem naszej polskiej powszechnej pobożności z pustoszejącymi świątyniami niejednego kraju zachodnioeuropejskiego, nie dość dostrzegamy, że nadużywana, eksploatowana tak użytkowo religijność grozi także spustoszeniem, choć w odmienny sposób. "Msza za ojczyznę" odprawiona ostatnio w jednym z miast (i naturalnie zaraz opisana w gazetach) jako nie kamuflowany nawet akt protestu politycznego przeciw przełożonym i zakonnemu posłuszeństwu, jest faktem nie tylko budzącym zażenowanie i smutek: niesie w sobie element zgorszenia, bo Ofiarę Chrystusa traktuje użytkowo, według kryteriów tak ziemskich i omylnych jak polityka.

A przecież to tylko jeden lokalny przykład. Przecież już od dawna wielkie celebry bywają aż nadto często "za" i "przeciw", ich uczestnicy eksponowani wizualnie dla zupełnie czytelnych zamiarów propagandy, a kazania czy homilie stają się tekstami z wieców, choć mówione są od ołtarza. To nie będzie łatwe: uratować Eucharystię z rąk polityków, zwłaszcza od kiedy wielu z nich sferę religii programowo włączyło do kanonu swoich działań i dążeń. Czy można w ogóle pomarzyć o tym, aby kamery zatrzymywały się na progu kościołów, politycy gubili się niezauważenie wśród rzeszy wiernych, a żaden kapłan nie odnajdywał w sobie powołania do walki o władzę świecką, choćby w jego mniemaniu najmilszą Panu Bogu?

W "Tygodniku" 43/2006 piszemy o nowej perspektywie liturgicznej: o prawdopodobnym powrocie przedsoborowej Mszy łacińskiej w dawnym rycie do wszystkich kościołów, które tak zdecydują. W tamtej Mszy, prócz wielu różnic z obecną, nie było wezwania "przekażcie sobie znak pokoju". Dziś znak ten raduje i przybliża ludzi do siebie - bodaj na moment, bodaj w kościele. Ale w owych eksponowanych wizualnie liturgiach okazyjnych staje się, niestety, także znakiem budzącym zażenowanie: wystarczy, że zobaczymy dwóch przeciwników ściskających sobie dłonie, a potem, choćby tego samego dnia, atakujących się znowu. Może lepiej, gdyby nie mieli tej liturgicznej okazji? Może lepiej, jeśli jej więcej nie dostaną?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2006