Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Miłosz wchodzi w Amerykę

Miłosz wchodzi w Amerykę

05.10.2011
Czyta się kilka minut
Ja także jeździłam pod namiot nad Rogue River, ale jej historię - oraz europejską nazwę indiańskiego kwiatu - poznałam dopiero, czytając Miłosza.
M

Muszę więc po prostu stwierdzić, że jestem jednym z wielu poetów nad Zatoką San Francisco. Większość z nich pisze po angielsku, ale są i piszący po hiszpańsku, po grecku, po niemiecku, po rosyjsku.

Czesław Miłosz, "Widzenia nad Zatoką San Francisco", 1969

Żaden inny pisarz obszaru Zatoki San Francisco nie cieszy się większym prestiżem społecznym i szacunkiem osobistym niż Czesław Miłosz.

Dana Gioia, recenzja "Abecadła Miłosza" w "San Francisco Magazine", 2000

Miłosz czuł imperatyw geograficzny równie silnie, co każdy amerykański poeta.

Christopher Bakken, "In Memoriam: Czeslaw Milosz, an American" w "Contemporary Poetry Review", 2004

Kim był Czesław Miłosz? Polskim poetą? Litewskim poetą, któremu na skutek wypadków historycznych przyszło pisać po polsku i który z własnego wyboru nadal pisał po polsku przez cały okres spędzony na obczyźnie? Czy był zasadniczo patronem "polskiej szkoły poezji" w Stanach Zjednoczonych? Odkrywcą "litewskiej szkoły literatury polskiej" na użytek współziomków w ojczyźnie? Czy bezprecedensowy splot wydarzeń, a więc Nagroda Nobla i powstałe w jej następstwie liczne znakomite tłumaczenia jego twórczości uczyniły z Miłosza faktycznego poetę-laureata w przybranej ojczyźnie? Wreszcie: czy można go nazwać poetą nie tylko amerykańskim, ale także kalifornijskim, a precyzyjniej: poetą północnej Kalifornii albo wręcz poetą obszaru Zatoki San Francisco, jak sugeruje krytyczka Dana Gioia? Czy orędownik lokalnych "dystryktów i okręgów", by posłużyć się sformułowaniem Seamusa Heaneya, poszerza swe rodzinne rejony, by zawrzeć w nich także ową "nieludzką ziemię", w której z konieczności osiadł na bez mała półwiecze?

Gang Czterech

Nie podejmę się próby odpowiedzi na te pytania w wąskich ramach, jakie mam do dyspozycji: nie podjęłabym się tego nawet, gdybym mogła na to poświęcić parę dekad i zapisać setki stron. Krótko można by stwierdzić tyle: Miłosz odegrał wszystkie te role i jeszcze parę innych. Dzieło jego życia uprawomocnia stwierdzenie Mandelsztama z eseju "O naturze słowa" (1922), że prawdziwi poeci z natury przynależą do hybrydycznej, wielojęzycznej społeczności, która przekracza wieki.

Miłosz należał do tej społeczności, a co więcej znalazł się w niej wraz ze światową plejadą kolegów noblistów - Walcottem, Heaneyem i Brodskim, których w latach 80. pieszczotliwie określano mianem "Gang Czterech" - w każdym razie na Harwardzie, gdzie można się było czasami natknąć na dwóch czy trzech jego członków (widok wszystkich czterech naraz był uznawany za szczególnie cenną zdobycz kolekcjonerską).

Zajmę się natomiast przez chwilę jednym stwierdzeniem. Miłosz nie jest być może wyłącznie czy przede wszystkim poetą amerykańskim, jest jednak również poetą amerykańskim. Czterdziestu latom, które spędził na Zachodnim Wybrzeżu Ameryki, nie poświęcono zbyt wiele uwagi w niedawnych obchodach stulecia urodzin poety w Polsce i na Litwie. Lata te przynoszą jednak dowody stałego i pogłębianego zaangażowania Miłosza w kulturę amerykańską, którego początek znacznie wyprzedza dziesięciolecia spędzone na obczyźnie.

"Moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem dwóch zespołów wydarzeń, którym przypisuję więcej niż społeczne czy polityczne znaczenie. Jeden to rewolucja w Rosji i jej wielorakie następstwa. Drugi - amerykanizacja" - pisze Miłosz w "Widzeniach nad Zatoką San Francisco". "Amerykanizacja", którą ma tu na myśli, to owa dehumanizująca, homogenizująca siła, którą, jak wynika z mojego doświadczenia, większość polskich czytelników postrzega jako Amerykę Miłosza w ogólności: "wytwór mocy (...) odczuwanych przez niego [człowieka] jako i niższe, i przerastające jego wolę".

Wczesne doświadczenia amerykańskie Miłosza nie ograniczały się do "Mary Pickford, Bustera Keatona i samochodów Forda"; poeta wielokrotnie powraca w swoich tekstach do wpływu, jaki miał na niego w dzieciństwie Natty Bumpo, bohater książek Jamesa Fenimore’a Coopera. "Ja wychowałem się w znacznym stopniu na literaturze amerykańskiej" - powie Aleksandrowi Fiutowi w "Autoportrecie przekornym". Przyszły poeta w lasach rodzinnych Szetejń bawił się w Cooperowskiego bohatera. To osobliwe połączenie amerykańskich i litewskich krajobrazów zapowiada późniejsze utwory. Romantyzm amerykański wyłoni się w dziele Miłosza nieco później w postaci jego ukochanego poety Walta Whitmana, którego odkrył najpierw w polskich przekładach: "I od razu olśnienie: móc tak pisać jak on!" - wspomina Miłosz w "Abecadle".

Rosja i Ameryka nakładają się na siebie nieco mniej otwarcie w końcowym rozdziale "Zniewolonego umysłu". "Wściekłość, jaką się czuje - pisze Miłosz w szkicu »Bałtowie« - czytając pamiętniki z XVI wieku, w których autorzy - przeważnie księża - notują niewysłowione okrucieństwa popełniane przez hiszpańskich konkwistadorów w Ameryce, jest bezużyteczna. Nie wskrzesi ona Karaibów wymordowanych przez gubernatora Ponce de Leon ani nie poda garści strawy zbiegom z kraju Inków, ściganych w Kordylierach przez rycerzy wojujących wiarą i mieczem".

Zawsze w gotowości

Skąd Aztekowie i Inkowie w książce napisanej w powojennej Francji przez emigranta politycznego z Polski Ludowej?

Jaką rolę unicestwione ludy Wysp Karaibskich pełnią w refleksji nad siłą uwodzenia ideologii komunistycznej wobec wschodnioeuropejskich intelektualistów, którzy powinni byli wykazać się lepszym rozeznaniem? Cóż, dla Litwinów, Łotyszy i Estończyków ideologia sowiecka była równie niezrozumiała, co rzekomo chrześcijańskie zwyczaje Hiszpanów dla ich azteckich i inkaskich ofiar, twierdzi Miłosz.

W "Rodzinnej Europie" nazywa Litwinów, niechętnie i późno dołączających do świata chrześcijańskiego, "Czerwonoskórymi Europy", a porównanie to przywołuje odległą historię, w której także występują rycerze, tym razem germańscy, wiarą i mieczem podbijający swych pogańskich sąsiadów ze wschodu.

Jednak za zaskakującym porównaniem użytym przez Miłosza leżą i inne historie. Przedstawienia rzezi Indian bierze on bowiem niemal słowo w słowo z tekstu, który w "Kontynentach" nazywa "jedną z najpiękniejszych książek o historii amerykańskiego kontynentu", a mianowicie z klasyku Williama Carlosa Williamsa "In the American Grain" (1925).

Miłosz zamieścił w "Kontynentach" przekłady dwóch fragmentów książki Williamsa, w tym opis rzezi Azteków. Przekłady te pochodzą z pierwszego okresu pobytu Miłosza w Stanach Zjednoczonych, kiedy będąc najpierw krótko attaché kulturalnym konsulatu polskiego w Nowym Jorku, a następnie ambasady w Waszyngtonie, wręcz obsesyjnie zajmował się czytaniem literatury i poznawaniem kultury amerykańskiej. Sąsiednie teksty w "Kontynentach" także poruszają specyficznie amerykańskie tematy, a są to dyskusja o Faulknerze, przekłady Negro Spirituals oraz fragment książki Francisa Parkmana "The Conspiracy of Pontiac" z 1851 r.

Większość z tych tekstów opublikowana została pierwotnie w latach 1947-48. Miłosza pociągają tutaj, ale i w innych miejscach, mroczne obszary historii Ameryki, rywalizacja kolonialna, wojny z i pomiędzy szczepami rdzennych mieszkańców kontynentu, niekończące się bitwy z Meksykiem, dziedzictwo niewolnictwa.

Miłosz zaleca swoim rodakom, by po lekcje zarówno poezji, jak prozy zwracali się nie do Francji, ale ku historycznie nacechowanemu regionalizmowi oraz gatunkowo i językowo nieczystym współczesnym wierszom amerykańskim.

To właśnie jest Miłosz-niestrudzony badacz, przez długie lata kalifornijskiego wygnania zawsze w pełnej gotowości do działania.

Ma przymus nauczania. Wakacje, które wiele lat później, bo w roku 1987, spędzał na Hawajach, zaowocują kolejną lekcją historii w "Roku myśliwego": "Przygotowany od dziecka literacką legendą o raju ziemskim skażonym przez protestanckich misjonarzy. Z goryczą myśląc o krajach wchłoniętych przez duże potwory i strawionych. Nie mogąc ufać historycznym przekazom, skoro stworzyli je zdobywcy".

A jednak, pomimo z trudem zdobytej nieufności wobec spisanych dziejów, Miłosz ewidentnie odrobił zadanie domowe, skoro w kolejnej notatce, datowanej na 2 listopada 1987 r., umieszcza urywki historii Hawajów, które jednoznacznie podważają jego dziecięce mityczne wizje raju na ziemi: "Najzupełniejsza kastowość, królowie, książęta, wodzowie, kapłani, lud, spośród którego dobór wojów, wreszcie kasta niewolnicza. Mnóstwo zakazów okrutnej religii (...) Ciągłe krwawe wojny toczone przez królów poszczególnych wysp przeciwko innym wyspom, inwazje, porażki, bitwy na wybrzeżach. Późne zjednoczenie w jedno państwo".

Te skomplikowane i krwawe dzieje, jak komentuje Miłosz, poprzedzają "stopniowe wchłonięcie" przez Amerykę autonomii wysp w XIX wieku.

Ziemia Obiecana

Chrześcijaństwo, krwawa historia i mit raju na ziemi: ta sugestywna mieszanka pozwala Miłoszowi odnaleźć zaskakująco żyzny grunt dla swych historycznych i metafizycznych rozmyślań w miejscu, które, posługując się bardziej lekceważącym tonem, nazywa "jałowizną z cementu, szkła i metalu". Ameryka to, być może, jak napisze gdzie indziej, "nieprawe dziecko Europy", ale jednocześnie, czy nam się to podoba, czy nie, "prawowita dziedziczka cywilizacji judeochrześcijańskiej". Ameryka, zaznacza Miłosz, pozostaje jednak "krajem Biblii". Pisarz ma rację, choć nie w tym sensie, do jakiego chcieliby nas (czyli Amerykanów) przekonać niektórzy dzisiejsi politycy. Od Canaan, Hebron, Zion, Bethlehem, Jerusalem i Jerycho do Santa Fe, Carmel, Santa Cruz, Los Angeles i oczywiście San Francisco - nazwy miejscowe w Ameryce świadczą o historii zawłaszczania terminów biblijnych przez kontynent amerykański. W samym stanie Wisconsin są dwie miejscowości o nazwie Lebanon i dwie o nazwie Rome, a w Południowej Karolinie znaleźć można co najmniej jedną Promised Land, czyli Ziemię Obiecaną.

Miłosz był świadom tej historii. Swojego przyjaciela i kolegę z Berkeley, Arthura Quinna, nazywał "eklezjastą Zachodniego Wybrzeża", przypuszczalnie dlatego że Quinn specjalizował się w "kruchych historiach ludzkich", którym swoje nazwy zawdzięczały takie miejsca, jak kalifornijska Russian River czy Rogue River w Oregonie, która "z domu" nazywała się Rivere des Coquins. Są to te same historie, które Miłosz opowiada w "Widzeniach nad Zatoką San Francisco" i w innych miejscach: młyn Stuttera, gorączka złota z 1848 r., rzeź plemienia Modoków, tragiczna historia pionierów z Przełęczy Donnera, przemoc nawracającego kalifornijskich Indian na chrześcijaństwo hiszpańskiego franciszkanina Junipero Serry, krótkotrwałe osadnictwo rosyjskie na Zachodzie. Miłosz, jak zawsze, posługuje się zarówno bezpośrednimi i pośrednimi źródłami: "Skłonny jestem przepowiadać - pisze w szkicu "O westernie" - że w Ameryce powstanie kiedyś zupełnie inny western, zdolny wydobyć z dokumentów i kronik całą, niczym nie złagodzoną grozę i enigmatyczność".

Litania samochodów

Co więcej, w sposób typowo amerykański Miłosz, by zbierać materiały, wyrusza w drogę. We wspaniałej biografii poety Andrzej Franaszek podaje uroczą litanię samochodów: fordów, volvo, buicków i innych, które rodzina Miłoszów zajeździła w trakcie swoich wakacyjnych podróży i wypraw. Peany na cześć przeszłości i zakorzenienia w wiejskim krajobrazie, którymi naszpikowane są wielkie poematy Miłosza, takie jak "Miasto bez imienia" czy "Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada", przeplatają się z opisami podróży przez Arizonę, Oregon i wschodnią Kalifornię, stanowiących inspirację dla marzeń o Litwie.

Krzysztof Czyżewski opowiedział mi niedawno, że kiedy wiele lat temu odwiedzał Miłosza w jego domu przy Grizzly Peak, poeta z pamięci naszkicował mapy rezerwatów indiańskich, które radził mu odwiedzić.

"Dlaczego (...) kłaniasz się cieniom tu [w Ameryce]" - pyta w szkicu "Ja i oni" anonimowy rozmówca autora. Miłosz rzeczywiście zwraca się do nich: bada kamienie nagrobne, jak powiada, na cmentarzach przy miejscach poszukiwania złota, by wyobrażać sobie losy pochowanych tam zapomnianych dusz. Losy żywych śledzi z nie mniejszym zainteresowaniem. W szkicu "O cnocie" zachwyca się klasycznym rytuałem wiejskiej Ameryki, czyli jarmarkiem: "i bawię się znakomicie na powiatowym święcie, i pochwalam" - oświadcza. Zestawia jego uczestników z "długowłosymi rewolucjonistami", których widuje w Berkeley, a którzy nie mają zrozumienia dla "ram umożliwiających codzienną praktykę cnoty": "Cnota: mieć lat trzynaście, zrywać się co dzień o świcie, żeby karmić, poić, czyścić swego konia, byczka, barana, uczyć się wszystkiego, co może zapewnić zwycięstwo na konkursie hodowli" (sama uwielbiam wiejskie jarmarki, więc ciepło mi się robi na sercu, kiedy czytam, że Miłosz też je lubił).

Nawet w swojej krytyce Ameryki, silnej i nierzadko przenikliwej, Miłosz znajduje się w doborowym towarzystwie Amerykanów. Nie wiem, czy znał przełomowa pracę Leo Marxa "The Machine in the Garden: Technology and the Pastoral Ideal in America" z roku 1967, ale z mojego doświadczenia wynika, że najbezpieczniej jest założyć, iż to, co sama znam, Miłosz znał także, i to lepiej ode mnie. Już sam tytuł książki Marxa i data publikacji świadczą o tym, jak nieodległe były problemy podejmowane przez Miłosza w "Widzeniach..." od tych, które analizowali w tym czasie wybitni amerykańscy intelektualiści. Zastanawiam się też, czy poeta czytał prace swojego znakomitego kolegi z Berkeley Henry’ego Nasha Smitha, którego pionierskie studium "Virgin Land: The American West as Symbol and Myth" z 1950 r. jest analizą ukształtowanej przez Biblię kulturowej i politycznej geografii Ameryki, przeprowadzoną w sposób, który Miłoszowi na pewno wydałby się bliski. Tak czy inaczej, studium Nasha i Miłoszowskie "Widzenia..." mają istotne obszary wspólne.

Niejednokrotnie miałam okazję mówić o zasadniczym fragmencie poematu "Gdzie wschodzi słońce...", w którym krajobrazy Litwy i Zachodniego Wybrzeża nakładają się na siebie dzięki zwielokrotnieniu nazw roślin i pejzaży. Jak twierdzi zaprzyjaźniona z Miłoszem kalifornijska poetka Jane Hirshfield, znał on przyrodę Kalifornii na wylot. I kochał ją tak bardzo, pisze Hirshfield, że mógł się z nią spierać. Sama mogę to poświadczyć: wychowałam się niedaleko od miejsca, gdzie Miłosz tworzył eseje składające się na "Widzenia...", po drugiej stronie Zatoki San Francisco. Manzanita, eukaliptusy, Tampalais, Tahoe, Sacramento: te egzotyczne rośliny i nazwy miejscowe, jak powiedziałam kiedyś Miłoszowi, wyznaczają obszar moich własnych utraconych Szetejń. Ja także jeździłam pod namiot nad Rogue River, ale jej historię - oraz europejską nazwę indiańskiego kwiatu - poznałam dopiero, czytając Miłosza.

***

Liczni krytycy - Błoński, Burek, Fiut, Zach, Zaleski - badają linie przebiegu specyficznego samo-tworzenia się Miłosza, które odczytać można zarówno z jego poezji, jak i z prozy. Teraz mamy jeszcze wspaniałe dzieło Andrzeja Franaszka, które pomaga w poruszaniu się po zawiłych drogach tego złożonego, trwającego niemal wiek procesu autokreacji. Nagroda Nobla dała Miłoszowi niezwykłą możliwość ponownego przepisania swojego życia w innym języku, na innym kontynencie, poprzez amerykańskie przekłady, nad którymi tak starannie czuwał i które współtworzył, w ostatnich latach zwłaszcza we współpracy z innym poetą kalifornijskim Robertem Hassem. Ale to już inna historia.

Przełożyła Magda Heydel

Clare Cavanagh (ur. 1956) jest historykiem literatury, eseistką, tłumaczką, profesorką Northwestern University. Ostatnio opublikowała książkę "Lyric Poetry and Modern Politics: Russia, Poland and the West" (2010) uhonorowaną National Book Critics Circle Award in Criticism, zaś tom wierszy Wisławy Szymborskiej "Tutaj" w przekładzie jej oraz Stanisława Barańczaka otrzymał Found in Translation Award za rok 2010. Pracuje nad biografią "Czeslaw Milosz and His Age: A Critical Life".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]