Reklama

Metamorfoza

Metamorfoza

03.04.2006
Czyta się kilka minut
Dziesięć lat temu na praskim parkiecie tłoczyło się ponad tysiąc siedemset przedsiębiorstw. Do dziś zostało tam już tylko trzydzieści dziewięć spółek, ale rynek jest wart kilka razy więcej niż wtedy. Giełda nadal jednak nie jest postrzegana tak, jak być powinna. Gdy jakaś czeska firma potrzebuje pieniędzy, jej szefowie nawet nie próbują szukać ich na parkiecie, lecz po prostu idą do banku po kredyt.
/fot. K. Dąbrowski - visavis.pl
C

Chyba żadna giełda w postkomunistycznym obszarze nie miała tak imponującego startu jak BCPP - Giełda Papierów Wartościowych Praga. Formalnie powstała jako spółka handlowa pod koniec 1992 roku, ale pierwszą sesję, na której pojawiło się siedem emisji, przeprowadziła 6 kwietnia 1993 roku, a zatem już po czechosłowackim "aksamitnym rozwodzie", w niezależnej Republice Czeskiej.

Tak naprawdę niezwykła historia czeskiego parkietu zaczęła się dwa miesiące później, 22 czerwca, kiedy to na parkiecie wylądowały sześćset dwadzieścia dwie emisje akcji przedsiębiorstw skierowanych do pierwszej rundy czeskiej wielkiej prywatyzacji, zwanej też kuponową. Po trzech tygodniach, 13 lipca, dołączyły kolejne trzysta trzydzieści trzy.

Niedługo potem odwiedziłem przyjaciela we Wrocławiu. Rozmowa szybko zeszła na czeskie tematy. W którymś momencie, z zazdrością w głosie, powiedział: "Czesi to mają rozmach. U nas na giełdzie mizernych dziesięć firm, a u nich już tysiąc!". Nawet nie wiedziałem, co odpowiedzieć, choć już od ponad roku z bliska przyglądałem się czeskim i słowackim przemianom.

Trzeba było czasu, by zrozumieć, że praska giełda była tworem sztucznym. Była to giełda-niegiełda. Niby taka sama, jak na Zachodzie, a jednak inna. Nie powstała bowiem po to, by stworzyć nowe źródło finansowania przedsiębiorstw. Była raczej instrumentem politycznym niż ekonomicznym.

Praska giełda została stworzona jako swego rodzaju

przechowalnia dla spółek,

w które przekształcono dotychczasowe przedsiębiorstwa państwowe. Miała stać się ważnym instrumentem jednego z największych eksperymentów ekonomicznych naszych czasów, jakim była kuponowa prywatyzacja. Podstawowym zadaniem praskiej giełdy było znalezienie dla umieszczonych na niej firm nie pieniędzy, których w kraju przecież nie było, lecz nowych właścicieli.

Kiedy kuponovka ruszyła, była absolutnym hitem. Zachwycali się nią wszyscy, tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Niektórzy nawet usiłowali ją powtórzyć. Taki sposób prywatyzacji pomaga bowiem zdobyć przychylność wyborców. W końcu każdy dostał za darmo kawałek gospodarki. I rzekomo tylko od niego zależało, co z nim zrobi. Z jednej kuponowej książeczki o nominalnej wartości tysiąca koron można było, jak się potem okazało, uzyskać nawet stukrotny zysk. Ale to udało się tylko nielicznym...

Otrzeźwienie przyszło po latach, kiedy okazało się, że ta efektowna metoda jest mało efektywna. Tak naprawdę miała tylko jedną zaletę: pozwalała na rzeczywiście szybkie i masowe przeniesienie sporej części gospodarki z sektora państwowego do prywatnego. Przynajmniej formalnie. Bo wiele przedsiębiorstw sprywatyzowanych za pomocą kuponów nie znalazło właścicieli (czy raczej znalazło ich aż za dużo). Los kuponowo prywatyzowanych spółek zależał więc często od tego samego, co i przed prywatyzacją: od zarządzania. Akcjonariusze nie byli bowiem tym zainteresowani.

Bardzo poważnym, negatywnym skutkiem kuponovki były

złe długi czeskich banków,

które na zamówienie rządowe musiały wspierać pożyczkami kuponowo prywatyzowane firmy. Udział złych długów w całym portfelu kredytowym czeskich banków oceniany był różnie. W roku 1999 instytuty pieniężne deklarowały oficjalnie około 30 procent tzw. "kredytów klasyfikowanych", czyli takich, na których spłatę nie ma co liczyć. "Moim zdaniem złych kredytów jest więcej, 40, może nawet 45 procent" - powiedział mi wtedy Miroslav Szevczik, dyrektor Liberalnego Instytutu w Pradze.

Aby uzdrowić system bankowy, rząd musiał wpompować weń do tej pory ponad ćwierć biliona koron (ponad 25 miliardów złotych). W przeliczeniu na jednego obywatela to 25 tysięcy koron, czyli więcej niż jedna średnia miesięczna pensja!

A to jeszcze nie wszystkie koszta kuponowej prywatyzacji. Tworząc na jej potrzeby giełdę (i pozagiełdowy system obrotu papierami wartościowymi, tak zwany R-M System, w którym mógł, i dziś jeszcze może uczestniczyć każdy, a nie tylko licencjonowani maklerzy), czeska prawica pod wodzą ówczesnego premiera Vaclava Klausa zrezygnowała z jakiegokolwiek nadzoru nad rodzącym się rynkiem kapitałowym. Co niektórzy jego uczestnicy skrzętnie wykorzystali i zabrali się za wyprowadzanie majątku ze spółek oraz z funduszy prywatyzacyjnych, które przejęły na siebie od części właścicieli kuponów trud inwestowania ich w prywatyzowane firmy. Tak jak to na przykład zrobił Viktor Kožený ze stworzonymi przez siebie Funduszami Harvardzkimi, które w wielkiej kampanii reklamowej na starcie prywatyzacji obiecywały dziesięciokrotne pomnożenie nominalnej wartości powierzonych im kuponów. Pomnożyły, ale często tylko dla siebie. Kožený "wyjął" w ten sposób od 14 do 80 miliardów koron (to różnica między wersją prokuratora a wersją syndyka masy upadłościowej "Harvardu") i prysnął z nimi na Bahamę. Kožený dziś już wprawdzie siedzi w więzieniu i czeka na ekstradycję, ale nie do Czech, lecz do USA. Powinęła mu się noga w Azerbejdżanie, gdzie wpakował pieniądze amerykańskich inwestorów w prywatyzację tamtejszego przemysłu naftowego, do której jednak w końcu nie doszło. Inwestorzy poczuli się oszukani. Pech: Wyspy Bahama nie mają wprawdzie umowy o ekstradycji z Czechami, ale mają taką umowę ze Stanami Zjednoczonymi.

Również praska giełda to

dziecko kuponowej prywatyzacji,

ze wszystkimi odziedziczonymi po niej wadami. To właśnie tu najszybciej wyszły na światło dzienne wszystkie skutki odpaństwowiania gospodarki na masową skalę.

O większości spółek umieszczonych na praskim parkiecie tak naprawdę nikt nic nie wiedział. Lądowały one bowiem na rynku, na którym nie istniał choćby obowiązek publikowania raportów rocznych (jak na rynkach głównym i równoległym). A skoro nikt nie wiedział, to i prawie nikt się nimi nie interesował, czyli nie kupował ich akcji - poza nielicznymi znawcami, którzy umieli wykorzystać nadarzające się okazje. Efekty jak na dłoni widać na wykresie giełdowego indeksu PX 50 (odpowiednik warszawskiego WIG 20, z tym że dotyczył 50 najlepszych akcji), który z początkowego tysiąca punktów szybko zjechał na połowę, a chwilami nawet jeszcze niżej.

W tej sytuacji ówczesny szef praskiej giełdy Tomáš Ježek zabrał się za porządki na parkiecie. Zrazu ostrożnie, rozpoczął od usunięcia zeń w grudniu 1996 roku dwunastu emisji. Tak zaczęło się

czyszczenie praskiej giełdy.

W 1997 roku miotła Ježka trafiła 1301 "śpiących spółek", które musiały się rozstać z BCPP. "Zdumiewające było, że niektórzy z emitentów dopiero dzięki tej akcji dowiedzieli się, że są zarejestrowani na giełdzie. Inni z kolei odwrotnie, wypisanie z giełdy przyjęli z entuzjazmem" - powiedział mi ówczesny rzecznik BCPP, Milan Vodička.

Drugą bolączką praskiej giełdy był brak nadzoru nad nią. Bodajże tylko raz, 31 października 1994 roku, policja chwyciła za rękę człowieka, który został potem oskarżony o wykorzystanie posiadanej wiedzy dla własnej korzyści. Był nim szef Centrum Kuponowej Prywatyzacji, informatyk Jaroslav Lizner. Stało się to, gdy wychodził z praskiej restauracji Asia Club z walizeczką wypakowaną banknotami o łącznej wartości 8 334 500 koron. To miała być łapówka za informacje o mleczarni Klatovy w zachodnich Czechach.

Lizner nie wiedział, że to policyjna prowokacja. Został skazany na 6 lat pozbawienia wolności. Do winy nigdy się nie przyznał, a od wyjścia z więzienia walczy o rehabilitację. Ale sądy odrzuciły jego wnioski o wznowienie procesu.

Dopiero 1 kwietnia 1998 roku, czyli w pięć lat bez pięciu dni po rozpoczęciu pierwszej giełdowej sesji w Pradze, powstała

Komisja Papierów Wartościowych,

instytucja nadzoru nad rynkiem kapitałowym.

Na początek zabrała się za maklerów giełdowych, których w tym czasie było pięciuset. "Wcześniej zdobycie licencji nie było zbyt wielką sztuką; praktycznie mógł ją dostać każdy, kto przyszedł prosto z ulicy" - mówi Ježek. Ówczesny szef giełdy był gorącym orędownikiem powołania komisji i współautorem ustawy o niej, a gdy powstała, stał się członkiem jej zarządu.

Weryfikacja była ostra: tylko pięćdziesięciu maklerów ponownie uzyskało licencję. Potem komisarze wzięli pod lupę spółki i zaczęli się przyglądać, jak wywiązują się z obowiązku publikowania informacji o wynikach gospodarczych. Okazało się, że nie za bardzo im to leży na sercu. Posypały się bolesne kary pieniężne. "Poskutkowało. Realizacja ustawowych nakazów wzrosła z 50 do 98 procent" - zapewnia Jeżek.

Ale ani czyszczenie giełdy (we wrześniu 1999 roku z parkietem pożegnało się kolejnych 95 spółek), ani działania komisarzy nie spowodowały rewolucji na giełdzie, której szło raz gorzej, raz lepiej, ale wciąż daleko poniżej oczekiwań. Do roku 2003 indeks PX 50 oscylował między 400 a 600 punktami i tylko raz wyskoczył wyraźniej w górę, ale za to dwa razy niemal dotknął dna. Ostatni raz w kilka dni po zamachu na World Trade Center, kiedy spadł do 320 punktów. Komentatorzy ironizowali nawet, że nie spada dalej, bo już nie ma dokąd.

Od tego czasu zaczął się jednak systematyczny wzrost, który trwa do dziś. Zrazu powolny, ale im bliżej 1 maja 2004 r., tym bardziej stromy. Tomáš Ježek nie ma wątpliwości, że dla inwestorów kapitalne znaczenie miało

rozszerzenie Unii Europejskiej,

a właściwie już samo wyznaczenie daty przyjęcia nowych państw: " Przestaliśmy być egzotycznymi outsiderami. Automatycznie wzrosło zaufanie do nas".

Petr Koblic (zaledwie 35 lat) szefuje praskiej giełdzie od półtora roku. Także on uważa, że zapowiedź wejścia Czech do europejskiej rodziny odegrała ważną rolę, ale, jak powiedział latem ubiegłego roku w rozmowie z dziennikarzem słowackiego dziennika "Hospodárske Noviny": "nie byłoby właściwe mówić, że to był jedyny czynnik, któremu zawdzięczamy wzrost obrotów na naszej giełdzie". Znaczenie rozszerzenia było, jego zdaniem, symboliczne. Wielu inwestorów rzeczywiście przyszło do Czech dopiero wtedy, "gdy stało się jasne, że będziemy członkiem [Unii], to znaczy w latach 2003 i 2004". Nie tylko ci, którzy specjalizują się w działalności na rozwijających się rynkach, ale "także fundusze sektorowe, na przykład telekomunikacyjne, energetyczne i inne. Już nas uważają za część rozwiniętej Europy!", podkreślał Koblic.

Przełomem w historii BCPP stał się jednak debiut czesko-słowackiej firmy farmaceutycznej Zentiva. Była to w ogóle

pierwsza pierwotna oferta akcji

(Initial Public Offering, IPO) na praskim parkiecie. Zaczęła się 28 czerwca 2004 roku, w dwunastym roku działalności BCPP.

W wywiadzie dla słowackiego dziennika Petr Koblic tłumaczył, że aż do roku 2001 istniało w Czechach "ekstremalnie nieprzyjazne środowisko prawne". Pierwotna emisja akcji nie była wtedy praktycznie możliwa. Dopiero nowelizacja ustawy o papierach wartościowych zmieniła sytuację. Ale aż do momentu przyjścia Zentivy nikt nie odważył się wypróbować nowych możliwości.

Potem na praskiej giełdzie pojawiły się jeszcze dwie nowe spółki: międzynarodowa grupa deweloperska ORCO oraz amerykański koncern medialny CME, właściciel prywatnej telewizji Nova. Na tym, jak na razie, koniec. "Jak pan myśli, co spowodowało, że na giełdę w Pradze przychodzą nowe przedsiębiorstwa?" - pytał szefa BCPP słowacki dziennikarz. "Nazwał to pan bardzo pięknie: przychodzą nowe przedsiębiorstwa. Sam te słowa wypowiem, gdy przyjdzie ich dziesięć" - odpowiedział Koblic. Na ten moment wciąż jeszcze czeka.

Należy tu podkreślić, że jak dotąd - inaczej niż w Polsce - w Czechach ani jedna firma państwowa nie została sprywatyzowana przez giełdę. Zamiast oferty publicznej rząd za każdym razem wybierał wariant sprzedaży bezpośredniej inwestorowi strategicznemu - jak chociażby w wypadku firmy paliwowej Unipetrol, którą kupił PKN Orlen. Koblic to jednak optymista, który wierzy, że tak rząd, jak i przedsiębiorcy w końcu uwierzą w giełdę:

- że zamiast szukać strategicznych inwestorów dla prywatyzowanych spółek - na przykład koncernu energetycznego CzEZ, linii lotniczych CzSA, lotnisk CzSL, kolei CzD czy poczty CzP - rząd zacznie posyłać je na parkiet;

- że firmy, które zainwestowały w Czechach - jak Skanska, Volkswagen czy Siemens - wprowadzą swe akcje także na czeską giełdę;

- że w końcu pojawią się na praskim parkiecie klasyczne debiuty giełdowe (IPO).

Jak na razie to jednak wciąż niemal tylko marzenia. W ubiegłym roku praski parkiet opuściło kolejnych osiemnaście spółek, a weszły tylko dwie (ORCO i CME). W sumie zostało ich tylko 39. Tym niemniej właśnie w ubiegłym roku praska giełda przeżyła niesłychany

boom.

Indeks PX 50, wprowadzony 5 kwietnia 1994 roku na poziomie 1000 punktów, bił w ubiegłym roku wielokrotnie swe historyczne rekordy. Zaczął 3 stycznia od 1050 punktów i jeszcze w styczniu po raz pierwszy w swej historii przekroczył granicę 1100 punktów, w lutym 1200, w sierpniu 1300, a we wrześniu 1400. Najwyższe ubiegłoroczne notowanie - 1478,3 pkt. - osiągnął 4 października (a w tym roku wspiął się w przedostatni dzień lutego na poziom 1584,4 pkt.).

Rekordowe były też obroty. W pierwszym kwartale 2005 roku Praga była pod tym względem najlepsza w regionie, przed Wiedniem, Warszawą i Budapesztem. Podobnie było w kwietniu i maju, czego skutkiem był prymat nad sąsiadami w całym pierwszym półroczu. Na pierwszym miejscu praska giełda ze swoimi 39 emisjami - to sześć razy mniej niż w Warszawie - uplasowała się potem raz jeszcze, w październiku.

Ale pod jednym względem BCPP wyraźnie odstaje od giełd w Warszawie czy Budapeszcie: choć wskutek kuponowej prywatyzacji bodajże każdy Czech jeśli nie jest, to na pewno kiedyś był posiadaczem akcji, na giełdowy parkiet ruszają tylko nieliczni. "Podam przykład - powiedział przed rokiem szef giełdy w rozmowie z "Hospodářskimi Novinami", czeską siostrą cytowanej wyżej gazety słowackiej. - Polską emisję banku Pekao kupiło pół miliona ludzi z szeregów drobnych inwestorów". (To nic, że dziennikarz pomylił polskie banki. Ważne, co zanotował dalej). "To liczba nieporównywalna z Czechami - szacujemy, że na naszym rynku działa około dziesięciu tysięcy drobnych inwestorów" - stwierdził Petr Koblic.

Dobre dziesięć lat praska giełda przygotowywała się do tej metamorfozy, którą przeżywa od kilkunastu miesięcy. Dziś już chyba ma ją za sobą. Zdają się to potwierdzać dwa symboliczne fakty: jesienią ubiegłego roku zmiana logo i w ostatni dzień zimy pożegnanie z dotychczasowymi indeksami. Od poniedziałku 20 marca BCPP ma już tylko jeden jedyny: PX.

Tej wiosny praska giełda zaczyna więc jakby nowe życie. No, może nie całkiem nowe. Indeks PX nawiązuje bowiem do jej najstarszego indeksu, PX 50.

---ramka 421284|strona|1---

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]