Laboratorium czarnoksiężnika

Dziesięć lat temu zaczęła się wojna syryjska. Czego dowiedzieliśmy się w ciągu tej dekady?

08.03.2021

Czyta się kilka minut

Jedna z dzielnic Aleppo po nalocie przeprowadzonym przez samoloty syryjskie (rządowe) i rosyjskie. Listopad 2016 r. / ESBU LEYS / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGE
Jedna z dzielnic Aleppo po nalocie przeprowadzonym przez samoloty syryjskie (rządowe) i rosyjskie. Listopad 2016 r. / ESBU LEYS / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGE

Niewiarygodnie piękny był marzec roku 2011 dla świata arabskiego. Na fali protestów, które przetaczały się przez region, na fali żądań godności, perspektyw, demokracji – wznoszonych zgodnie przez liberałów i islamistów – padły rządy starców w Tunezji i Egipcie, ruszyła się Libia. Oraz Syria.

Ruszyła lekko, od antyrządowych napisów malowanych przez nastolatków na murach w mieście Dara. Lekko, bo jej prezydent mógł dawać nadzieję: Baszar al-Asad, wcześniej okulista praktykujący na Wyspach Brytyjskich, ściągnięty na siłę do kraju po śmierci brata-delfina, z piękną żoną, brytyjską Syryjką, aktywną zawodowo finansistką. Syryjczycy długo mieli nadzieję, że to oni, Baszar z żoną, sami staną na czele rewolucji, że zrzucą brzemię dyktatury, którą zbudował Hafiz al-Asad, ojciec Baszara. Że będzie dobrze.

Nadzieje takie miał też świat. Jeszcze w sierpniu 2011 r. mediacji próbował przywódca Turcji, ówczesny przyjaciel Baszara. Do sierpnia czekał prezydent USA. Ale dzieci z Dary już były skatowane, już w marcu padli zabici na protestach, już w kwietniu na kipiące miasta ruszyły czołgi. Zaczynała się najstraszniejsza odsłona Arabskiej Wiosny. Ruszało laboratorium, w którym testowano, ile da się wycisnąć z ludzkich nadziei i strachów, ile da się wycisnąć z wojny. Przez dekadę, która minęła od 15 marca 2011 r., przetestowano wiele.

Rewolta

Była wojna w Syrii próbą rewolucji. Protestujący dość skutecznie przejmowali kontrolę nad miastami i regionami. Rewoltował się aparat państwowy, włącznie z armią. Już latem 2011 r. działały antyrządowe siły zbrojne (Wolna Armia Syryjska). Na stronę opozycji przechodzili wysocy urzędnicy, inni ginęli w zamachach. Powstawały – w Turcji i Katarze – emigracyjne ośrodki polityczne.

Rewolta była reprezentowana przez nacjonalistyczne elity, zwykle pochodzenia sunnickiego (arabscy sunnici są w Syrii większością), a jej celem było dotychczasowe kierownictwo państwa, zwłaszcza aparat represji, mający bezwarunkowe poparcie wśród mniejszości alewickiej (to odłam szyizmu). Pozostałe mniejszości – chrześcijanie, Kurdowie – wolały trzymać się z boku lub wybierać znane „zło” (tj. Asada) w miejsce nieoczywistych dla siebie nadziei sunnickiej większości.

Czas grał wtedy na korzyść opozycji, która w ciągu dwóch lat zajęła większość kraju. Władze trzymały się dzięki przewadze technicznej i posiłkom libańskiego Hezbollahu, a z czasem także regularnych sił irańskich. Miarą desperacji Asada było użycie (ponawiane jeszcze kilku- krotnie) broni chemicznej przeciw cywilom w Ghucie (sierpień 2013 r.).

Przy okazji Ghuta pokazała jeszcze jedno: mimo oburzenia i gróźb, ani amerykański, ani brytyjski parlament nie poparły opcji interwencji militarnej w Syrii. Zamykało to pewien rozdział w historii Zachodu po zimnej wojnie (nazwijmy go „mesjanistycznym”). Asad wojny wciąż nie przegrał, ale nie miał nadziei na zwycięstwo.

Wstrząsy

Była wojna w Syrii kolejną odsłoną islamskich ambicji i poszukiwań. Jak w większości państw Arabskiej Wiosny, również w Syrii siły islamskie szybko zdominowały świeckich nacjonalistów, a organizacje córki Al-Kaidy zdominowały Wolną Armię Syryjską. Konflikt nabrał cech walki sunnitów z szyitami (jak w sąsiednim Iraku).

Jednak to w Syrii doszło do rzeczy niezwykłej: podjęto próbę budowy kalifatu, „państwa bożego”, o ambicjach globalnych i eschatologicznych. W 2014 r. dokonali tego iraccy rozłamowcy z Al-Kaidy, ludzie z dawnego irackiego wywiadu i ich syryjscy poplecznicy – postkolonialne granice przestawały istnieć. Były szybkie sukcesy w zajmowaniu obszarów Syrii i Iraku, wystudiowane okrucieństwo, był wielki rezonans na świecie (ochotnicy, zamachy).

Fala wstrząsów wywołanych przez wojnę syryjską – zwłaszcza niespotykany napływ uchodźców – wstrząsnęła fundamentami Europy: wspólną polityką Unii, systemem ochrony granic, ale też wartościami i fobiami społeczeństw, poszerzając drogę dla populizmów i dokładając się do brexitu.

Równolegle, także w 2014 r., na drugim biegunie laboratoryjnego spektrum dojrzał inny eksperyment: neutralni w konflikcie syryjskim Kurdowie, zorganizowani przez Partię Unii Demokratycznej (PYD, wyrastającą z radykalnej terrorystycznej PKK), zaczęli realizować swój awangardowy projekt budowy lewicowego parapaństwa w północnej Syrii (i na tej fali także w Turcji). I to Kurdowie wzięli na siebie główny ciężar walki z Państwem Islamskim. Z czasem, dzięki wsparciu USA, przesądzili o jego rozbiciu (2019 r.), a sami wyrośli na drugą siłę w Syrii, kontrolując jedną trzecią jej powierzchni i gwarantując minimum stabilności miejscowym Arabom.

Aktorzy

Stała się wojna w Syrii klasyczną proxy war, wojną zastępczą. Co najmniej od 2014 r. na jej terenie operują jednocześnie siły zbrojne Iranu (one pozwoliły przetrwać Asadowi), Rosji (pozwoliły przejść mu do ofensywy i zepchnąć do narożnika w Idlibie resztki opozycji), Stanów Zjednoczonych i ich koalicjantów (głównym ich celem było rozbicie Państwa Islamskiego; incydentalnie atakowano siły reżimu), Izraela (regularne naloty na irańskie instalacje w Syrii), wreszcie Turcji (trzy operacje, których politycznym celem było odepchnięcie Kurdów od tureckiej granicy; obecność militarna w Idlibie).

W każdym z tych przypadków ogro- mne było pragnienie minimalizowania konfliktów z innymi zewnętrznymi aktorami, ale jego realizacja okazywała się trudna. Wielokrotnie strzelali do siebie Turcy i Rosjanie (równolegle współpracując politycznie), Amerykanie masakrowali rosyjskich „ochotników” i irańskie milicje, a sami byli wielokrotnie przez nie atakowani. Zwalczały się reżimowe milicje proirańskie i prorosyjskie. Izrael miał odpowiadać za zestrzelenie rosyjskiego samolotu, a rosyjskie systemy obrony za zestrzelenie izraelskiego.

Do otwartego konfliktu jednak nigdy nie doszło. W każdym przypadku (poza Izraelem) decyzja o wejściu w konflikt była trudna i ryzykowna – w każdym z przypadków decyzja o wyjściu z konfliktu jest nieporównywalnie trudniejsza i bardziej ryzykowna (o czym świadczy dwukrotna decyzja prezydenta Trumpa o wycofaniu wszystkich sił USA z Syrii; decyzja, która nie została zrealizowana). Koniec końców zasadnicze rachunki płacą Syryjczycy: Aleppo, Homs i wiele innych miast zdemolowało lotnictwo rosyjskie, Rakka (stolica Państwa Islamskiego) była atakowana przez lotnictwo USA, a Afrin przez artylerię turecką. Skala zniszczeń jest porównywalna do skutków nalotów dywanowych z II wojny światowej.

Kręgi piekła

Z tamtych nadziei, z marca roku 2011, nie zostało nic. Każda przerodziła się w swoją karykaturę. Cena, którą zapłaciła Syria, jest niewyobrażalna. Dekadę temu kraj miał 21 mln mieszkańców. Zginęło 400--600 tys. (wskutek walk lub w więzieniach), a prawie 6 mln uciekło z Syrii, na długo naruszając demograficzną strukturę państwa (kosztem sunnitów) i drenując jego kapitał ludzki (najpierw uciekali bogatsi i wykształceni). Kolejnych co najmniej 6 mln ludzi jest uchodźcami wewnętrznymi; zapewne nigdy nie wrócą do domów. Przy czym część z nich może jeszcze uciec za granicę, o ile reżim i jego protektorzy zdecydują się na likwidację Idlibu – ostatniej enklawy opozycji (żyje tam 3 mln ludzi).

Kosztów ludzkich i społecznych tej dekady nie da się oszacować. Nie do oszacowania jest bagaż, który dźwigają najmłodsi, stanowiący dziś jedną trzecią społeczeństwa (w przedziale wiekowym do 14 lat; to 7 mln ludzi). Oni nie znają innego świata niż wojna.

Kraj jest wyniszczony instytucjonalnie i materialnie (szacuje się, że do odbudowy potrzebnych byłoby 400 mld dolarów). Jest też przeorany mentalnie: od rewolucji w głowach (np. Państwo Islamskie), przez trwającą na terenach kurdyjskich rewolucję społeczną, po rewolucję prowadzoną na terenach kontrolowanych przez Asada (jednym ze skutków „przesunięć” ludności były zmiany własnościowe dotyczące milionów ludzi).

Pokój dla naszych czasów

Otwarte jest pytanie, czy można w ogóle wyglądać końca tego konfliktu.

Od roku wszak walki mają charakter sporadyczny i lokalny. Reżim kontroluje 65-70 proc. kraju, Kurdowie (stawiający na polityczny dialog z Asadem) 20-25 proc., a opozycja 5-10 proc. (część tego ostatniego obszaru kontroluje Turcja). Militarna przewaga reżimu, wspieranego przez Rosję i Iran, jest niemożliwa do odwrócenia. Rozmowy pokojowe, w tym o nowej konstytucji, prowadzone pod auspicjami ONZ, stoją w miejscu.

Jest więc „nadzieja” (w dużym cudzysłowie), że konflikt się wypali i wejdzie w fazę stabilizacji. Status terenów kontrolowanych przez Kurdów przypominałby wtedy status irackiego Kurdystanu (nieformalnej autonomii z odsuniętym terminem rozstrzygnięć, ale też z powracającymi karnymi operacjami armii tureckiej). W takiej perspektywie opozycyjny Idlib byłby odpowiednikiem Strefy Gazy: przykrym, ale do zarządzania. Z kolei tereny opanowane przez Turcję byłyby przez nią de facto inkorporowane (już dziś rynek, waluta i usługi publiczne są tam przedłużeniem państwa tureckiego). W takiej wizji każdy z zewnętrznych aktorów miałby zapewnione minimum swych interesów (i to po niskich kosztach).

Gdyby spytać Joego Bidena (i amerykańskiego podatnika) o opinię w tej sprawie, odpowiedź byłaby zapewne pozytywna: przy całej agendzie demokratyzującej, przy chęci odbudowy autorytetu USA w świecie, akurat Syria nie jest miejscem, gdzie USA mogą coś zyskać. Ogrom zbrodni i krzywd, ciążących zwłaszcza na Asadzie, nie zostałby zapomniany (choć szybko przykurzony), ale wszak na horyzoncie nie ma „policjanta” ani „sądu”, którzy mogliby te sprawy należycie zamknąć. Trudno: Syria nie byłaby tu jedyna.

Ferment się nie skończył

Ten „pozytywny” (znów w cudzysłowie) wariant ma jednak fundamentalne słabości. Ich wspólnym mianownikiem jest skala dewastacji porządku instytucjonalnego w państwie. Asad wygrywa na tle słabości innych, ale jest zakładnikiem skomplikowanego układu, który trzyma go przy władzy: sprywatyzowanych struktur wojskowych, partyjnych i urzędniczych; ambicji protektorów z Teheranu i Moskwy (kontrolujących całe korpusy armii syryjskiej, sektory gospodarki i państwa oraz ostro ze sobą rywalizujących); struktur przestępczych, które zapewniają funkcjonowanie gospodarki (w tym handel między stronami konfliktu).

Asad rządzi krajem zrujnowanym, któremu nie pomogą Iran i Rosja (same dotknięte problemami gospodarczymi i sankcjami) ani Unia Europejska, choćby chciała. Bo Asad odrzuca pomoc warunkowaną reformami, bezpiecznym powrotem uchodźców i rozliczeniem zbrodni. Unia wie, że dziś każdym eurocentem wspierałaby reżim i jego patologie. Asad czy Moskwa trzymają za to w rękawie potencjalnych uchodźców z Idlibu – gra wszak trwa.

Wreszcie, last but not least: u korzeni Arabskiej Wiosny były realne problemy, które tylko narosły. Państwo Islamskie zniknęło z mapy, ale udowodniło zdolność przetrwania. Jego siły w Syrii liczą 8-16 tys. bojowników, którzy niemal codziennie dokonują lokalnych zamachów, zbierają haracz od biznesu, sądzą i egzekwują wyroki. Ferment ideowy się nie skończył, podobnie jak nadzieje na porządek. Arsenał narzędzi został udoskonalony i czeka.

Tryumf Chaosu nad Porządkiem

Syryjskie laboratorium niesie jeszcze jedną ważną lekcję: o współczesnej wojnie.

Konflikt zimnowojenny i trzy dekady, które minęły od jego zakończenia, przyzwyczaiły nas do myślenia o wojnie w kategoriach zero-jedynkowych. O wojnie, której celem (co najmniej deklarowanym) jest wprowadzenie porządku (lepszego, naszego). Syryjski konflikt jest inny: po raz pierwszy Zachód nie wykazał ani woli, ani możliwości politycznych i militarnych, aby tej wojny uniknąć lub chcieć doprowadzić ją do akceptowalnego końca. Sam został przy tym boleśnie dotknięty i pozostawiony bezradnym.

Natomiast dla kilku innych państw (Rosji, a także niedoświadczonych wcześniej na tym polu Iranu i Turcji) Syria stała się poligonem, jak prowadzić dziś wojnę tanio i bezpiecznie, jak kumulować doświadczenia wojskowe i polityczne, jak samoograniczać się w dążeniu do zwycięstwa w polu, a tym bardziej do zwycięskiego pokoju, skoro wojna i chaos potraktowane zostały jako naturalny i trwały stan rzeczy.

Wojna w Syrii pokazała, jak można osłabiać i omijać reguły światowego porządku. Pokazała też, że jest to bezpieczniejsze i korzystniejsze niż otwarte ich łamanie. Wojna w Syrii (podobnie, ale mocniej niż kilka równoległych jej konfliktów) jest tryumfem Chaosu nad Porządkiem.

Istnieje obawa, że nie ostatnim. ©

O Syrii piszemy też w artykule z działu HISTORIA >>>

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2021