Kurier i więzień, historyk i wychowawca: uczniowie wspominają Wacława Felczaka

U schyłku komunistycznej PRL pewien historyk z Krakowa ukształtował poglądy licznej grupy ludzi, Polaków i Węgrów. Minęło 30 lat od jego śmierci, a oni wciąż identyfikują się jako jego uczniowie.

22.11.2023

Czyta się kilka minut

Wacław Felczak na Węgrzech, 10 kwietnia 1939 r / Archiwum Nauki PAN i PAU
Wacław Felczak na Węgrzech, 10 kwietnia 1939 r / Archiwum Nauki PAN i PAU

Gdy słyszą pytanie o Wacława Felczaka, odpowiadają podobnie, choć zupełnie od siebie niezależnie: „Był dla nas kompasem moralnym”. „Autorytetem”. „Wzorem człowieka i historyka”. Oraz, wyjątkowo zgodnie: „On nas ukształtował”. Jego dawni studenci, którzy niekiedy stali się także jego przyjaciółmi.

Etap pierwszy: kurier

Historykiem chciał być zawsze, ale długo nie było mu to dane.

Wacław Felczak, niemal rówieśnik niepodległej Polski (rocznik 1916), studiował historię w Poznaniu – i tam zaczęła się jego fascynacja dziejami Węgier. W 1938 r. trafił do Budapesztu, by tam przygotować pracę doktorską. Wybuch II wojny światowej zastaje 23-latka w rodzinnych Golbicach koło Łęczycy. Nie zostaje zmobilizowany, za to po klęsce wrześniowej nawiązuje kontakt z tworzącym się podziemiem – i to określi całe jego życie. 

Dostaje zadanie: zorganizować w Budapeszcie placówkę łączności z władzami polskimi na uchodźstwie. Szybko awansuje na koordynatora kurierów: organizuje ich pracę, a także sam wiele razy bierze udział w misjach. Przewozi rozkazy, dokumenty, gotówkę. Budapeszt odgrywa rolę szczególną: tędy przechodzi większość poczty do oraz z okupowanego kraju. On odpowiada za jej bezpieczeństwo.

W 1941 r. zostaje aresztowany, ale po wstawiennictwie węgierskich naukowców opuszcza więzienie. Na przełomie 1941/42 r. organizuje nowy system łączności. W 1944 r. tworzy kolejny szlak między Warszawą a Londynem. Aresztowany latem 1944 r. przez policję węgierską, ucieka, skacząc z okna aresztu. Przy okazji łamie nogę, po czym przez dwie doby czołga się, by dotrzeć do kryjówki na Słowacji (utykać będzie do końca życia). Stąd dostaje się do Polski, przez kilka tygodni walczy w Gorcach w szeregach AK, po czym wraca do służby kurierskiej.

Po wojnie zostaje w konspiracji. Historyk Henryk Wereszycki, który przyjmie go na asystenturę w latach 50., będzie mówić o nim: „Wacio jak wszedł do konspiracji, to nigdy z niej nie wyszedł”.

Wacław Felczak z Ewą Chciuk i jej córką po przerzuceniu rodziny Chciuków na Zachód. Austria, październik 1948 r. / Archiwum Nauki PAN i PAU

Etap drugi: więzień

We wrześniu 1945 r. dociera do Londynu, gdzie zdaje raport polskim władzom z likwidacji Państwa Podziemnego. I nadal kursuje między Zachodem a pogrążającą się w sowietyzacji Polską. W międzyczasie na Sorbonie przystępuje znów do pisania pracy doktorskiej. Gdy jednak władze na uchodźstwie zgłaszają potrzebę budowy nowej siatki łączności z krajem, idzie znów przez zielone granice do Polski. 

Podejmuje się misji niemożliwych, których nikt podjąć się nie chce. W sierpniu 1946 r. przywozi do Polski pieniądze dla kierownika Delegatury MSW w Krakowie Mieczysława Pszona (potem redaktora „Tygodnika”) i organizuje siatkę łączności Warszawa-Paryż-Londyn. W listopadzie 1946 r. znów jest w Londynie, w grudniu znowu w Polsce. Ukrywa się do marca 1947 r., po czym wraca na Zachód, gdzie próbuje kontynuować doktorat.

W 1948 r. na prośbę przyjaciela Tadeusza Chciuka „Celta” organizuje przerzut jego rodziny na Zachód. Wtedy też z Felczakiem kontaktuje się przebywający już poza Polską prezes PSL Stanisław Mikołajczyk. Prosi go o zorganizowanie przerzutu na Zachód działaczy PSL, którym grozi więzienie. Felczak sam jest już wtedy poszukiwany przez bezpiekę. 

Grupę działaczy PSL ma osobiście przejąć w Czechosłowacji od kurierów z Polski. To już się nie udaje, wszystkich zatrzymuje czechosłowacka bezpieka. Felczak podejmuje próbę ucieczki i znów łamię nogę. Tym razem nie ma szczęścia.

W lutym 1949 r. zostaje przekazany Urzędowi Bezpieczeństwa. Czekają go przesłuchania. Torturowany, zachowuje jasność umysłu i niezłomność. Ze śledczymi prowadzi grę, by skierować ich podejrzenia na ślepe tory, a samemu jak najwięcej się od nich dowiedzieć. 

Skazany na dożywocie, wyrok odsiaduje w cieszących się złą sławą więzieniach w Rawiczu i Wronkach.

Na mocy ogłoszonej przez komunistów amnestii, jego wyrok zostaje zmniejszony do 12 lat. W październiku 1956 r. ze względów zdrowotnych dostaje roczną przerwę w odbywaniu kary. Do więzienia już nie wraca. W 1957 r. kwalifikacja zarzucanych mu czynów zostaje zmieniona i kara uznana za odbytą.

Zdjęcie z karty informacyjnej w związku ze zwolnieniem Felczaka z więzienia. Wronki, 1956 r.  / Archiwum Nauki PAN i PAU

Etap trzeci: historyk

Jego przyjaciel Andrzej Rozmarynowicz zaprasza go do Krakowa. W liście pisze mu: „Mam wolny pokój (...) możesz zostać, jak długo zapragniesz. Organizuje się Tygodnik Powszechny. Może tam znalazłbyś miejsce?”.

Felczak jest wtedy 42-letnim magistrem, schorowanym, o siwych włosach i wyglądzie starca. Z „Tygodnikiem” współpracuje sporadycznie, publikując teksty, m.in. wspomnienia z Węgier. Losy zawodowe i naukowe wiąże z UJ – na swojego asystenta przyjmuje go profesor Wereszycki w Katedrze Historii Powszechnej Nowożytnej i Najnowszej.

Przyjęcie do pracy byłego więźnia politycznego, magistra bez dorobku naukowego, było uniwersytecką sensacją i aktem odwagi ze strony Wereszyckiego. Postawił wówczas Felczakowi warunek: rezygnacja z działalności politycznej. Felczak słowa dotrzymywał aż do lat 80., kiedy włączył się w działania opozycji demokratycznej. 

Przez cały ten okres, aż do 1989 r., pozostaje w kręgu zainteresowań bezpieki. Jest śledzony, podsłuchiwany. Wielokrotnie utrudnia mu się wyjazdy na Węgry, blokuje jego awans naukowy. Nad Dunaj zaczyna wyjeżdżać częściej dopiero w drugiej połowie lat 70. – i, jak się okaże, odegra tam istotną rolę w formowaniu się demokratycznej opozycji, która w 1989 r. przejmie władzę na Węgrzech. 

Jego pisemny dorobek naukowy nie jest imponujący pod względem liczby artykułów czy książek. Pisanie nie przychodziło mu łatwo, był skrupulatny w kwerendach, w poszukiwaniach w archiwach. Dodatkowym utrudnieniem, a może jednym z ważniejszych, była konieczność kompromisu z cenzurą, co nie mieściło się w jego naturze. 

Jego pasją były bardziej wykłady, opowieści o historii. Wychował sobie grono uczniów, studentów, często z innych wydziałów, którzy tłumnie przychodzili na jego zajęcia. 

Seminaria, które prowadził, często miały ciąg dalszy w krakowskich kawiarniach. Zapraszał studentów do „Noworola”, „Wierzynka” czy w latach późniejszych do klubu „Feniks”. Tak powstał nieformalny „klub Felczaka”, w którym – przy węgierskim winie i w kłębach papierosowego dymu – tworzyła się więź i relacja mistrz-uczeń.

Elżbieta Orman: – Dużo palił, ale papierosy też były eleganckie, o ładnym zapachu.

Wacław Felczak (z lewej), Henryk Wereszycki i Elżbieta Orman w mieszkaniu Wereszyckich. Kraków, ok. 1990 r.  / Konrad K. Pollesch / Archiwum Nauki PAN i PAU

Etap czwarty: wychowawca

Dziś to oni przechowują o nim pamięć. 

Prof. Elżbieta Orman, historyczka PAN i redaktorka Polskiego Słownika Biograficznego, była jego seminarzystką, a później współpracowniczką i przyjaciółką. – Ukształtował mnie jako historyka, wskazywał kierunki, inspirował – mówi „Tygodnikowi”. 

Janusz Pezda, dziś profesor i historyk UJ, a wówczas student, a pod koniec życia również opiekun Felczaka, opowiada: – Kiedyś jako szef koła naukowego studentów historii, poprosiłem go o wykład na temat powstania listopadowego. Profesor zaczął mówić jednak o „szpitalu”, jak nazywał więzienia, w których przebywał. Opowiadał, że uratowała go wiara, że to stan przejściowy. Mówił o strasznych przesłuchaniach, o oblewaniu zimną wodą przy wybitym oknie. Przypominał opowieści starszych więźniów, którzy ostrzegali, że jak zacznie słyszeć dzwony, stojąc 24 godziny na nogach oblewany wodą, to znak, że traci zmysły.

– Opowiadał też – dodaje prof. Pezda – jak kiedyś przypadkowo zobaczył swoje odbicie w lustrze i nie rozpoznał się. Stał przed nim siwy, zgarbiony starzec. Tak zmieniło go więzienie.

Christoph von Marschall, dziś znany niemiecki dziennikarz, uczył się wtedy na UJ i był studentem Felczaka od października 1983 r. do końca roku 1984. Mówi „Tygodnikowi”: – Seminaria z nim to była wyspa wolności w ówczesnej Polsce. Każdy mógł bez obaw powiedzieć, co myśli. Nie krytykował, nie oceniał poglądów. Wiedzieliśmy o jego przeszłości, że narażał życie w czasie wojny i później. Był dla mnie autorytetem, symbolem niezłomności. Dowodem, że nie można iść na kompromisy, układać się z władzą dla doraźnych korzyści. Niektórzy tak robili, ale on nigdy.

Felczak lubił też wspólne wędrówki po górach. Bartłomiej Sienkiewicz, dziś polityk Platformy Obywatelskiej, opowiada: – Nasz bliższy kontakt zaczął się, gdy wspólnie wspinaliśmy się w Tatrach. W domu w Zakopanem spaliśmy na strychu [chodzi zapewne o dom Jana Krzysztoniaka na Karpielówce koło Zakopanego – red.]. Miał tam sypialnię i gabinet, a my spaliśmy na podłodze. Jeździł tam często, dopóki zdrowie mu pozwalało. 

– Mówił też o tym, za co pokochał Węgry – wspomina Sienkiewicz. – Dostrzegał w nich głęboki rys rozpaczy. Mówił, że są narodem samobójców. Ten gen autozagłady uważał za łącznik Węgrów i Polaków. 

– W tych rozmowach zacierały się różnice wieku i hierarchii społecznych, traktował nas po partnersku – dodaje Sienkiewicz. – Miał w sobie ciepło i wyrozumiałość, która skłaniała nas do szczerości. Przy nim nie dało się udawać. Był kimś zupełnie osobnym, choćby na tle Instytutu Historii UJ. Był instytut i był Felczak.

Etap piąty: Fidesz

W latach 80. Felczak często wyjeżdża już na Węgry. W 1987 r. w jednym z klubów studenckich w Budapeszcie wygłasza wykład o polskich doświadczeniach walk o wolność. Po wykładzie młody prawnik nazwiskiem Viktor Orbán prosi go o radę dotyczącą kierunków działania opozycji. 

Felczak mówi: „Załóżcie partię polityczną. Może was wsadzą do więzienia, ale to już nie potrwa długo”. W marcu 1988 r. Orbán wraz z kolegami zakłada Związek Młodych Demokratów Fidesz (w 1991 r. Felczak zostanie honorowym członkiem Fideszu).

Przyjaciele wspominają, że mimo częstych kontaktów i inspirujących dla Węgrów działań, Felczak nie zawsze miał dobre zdanie na temat działań węgierskich dysydentów. Elżbieta Orman pamięta jego opinie na ten temat: – Mówił, że opozycja węgierska jest błotnista jak jezioro Balaton – wspomina. – Nie chcę mówić, co sądziłby dziś o Orbánie. Byłby rozczarowany jego koniunkturalizmem. Podczas wizyty w Budapeszcie w 2015 r., już po aneksji Krymu i rozpętaniu przez Rosję wojny w Donbasie, Putin złożył wieniec pod pomnikiem żołnierzy Armii Czerwonej. Na tym samym cmentarzu pochowani są żołnierze sowieccy pacyfikujący powstanie węgierskie w 1956 r. Felczak nie byłby tym zachwycony.

Etap szósty: w wolnej Polsce

W Instytucie Historii UJ utarło się tytułować Felczaka profesorem, choć jego nominacja była długo odkładana. Profesorem belwederskim zostaje dopiero w wolnej Polsce, dosłownie pod koniec życia. Nominację z rąk prezydenta Wałęsy odbiera 4 października 1993 r., a dwa dni potem trafia do szpitala, z którego już nie wraca. Data to symboliczna: dla Węgrów dzień żałoby narodowej, tego dnia w 1849 r. zamordowano 13 węgierskich generałów biorących udział w zrywie wolnościowym przeciw Austrii (symbolicznych dat będzie za chwilę więcej). 

Ákos Engelmayer – węgierski historyk, w latach 1990-95 ambasador Węgier w Polsce i przyjaciel Felczaka – opowiada „Tygodnikowi” o przyjęciu, które wydano w ambasadzie węgierskiej na cześć profesora tuż po nominacji: – W pewnym momencie zaczął mówić słowa, po których zorientowaliśmy się, że to jego testament polityczny. Mówił, jak widzi współpracę polsko-węgierską, jak widzi przyszłość Europy. Opowiadał się za całkowitym odrzuceniem nacjonalizmów. Był twardym przeciwnikiem mieszania nacjonalizmu z patriotyzmem. Uważał, że tylko współpraca między narodami i zacieśnianie więzi może przynieść długoterminowe korzyści. 

Do przemian po 1989 r. podchodził pragmatycznie. Bartłomiej Sienkiewicz wspomina jego troskę o przyszłość kraju: – Zastanawiał się, na czym oprze się gospodarka. Co zrobić z przestarzałym przemysłem, który jeszcze długo miał nie być konkurencyjny dla Zachodu. Miał świadomość, że niepodległość to nie tylko idea, ale też rzeczywistość ze wszystkimi problemami, które trzeba będzie rozwiązać. To było zaskakujące u kogoś, kto koncentrował się w swoim życiu zawodowym i naukowym na idei narodowej. Zapamiętałem to, bo zaskoczyła mnie ta troska o o praktyczną przyszłość.

Do tego dołączyło się uczucie rozczarowania. Ubolewał nad brakiem rozliczenia zbrodni komunistycznych, postulował ogłoszenie „listy hańby” zawierającej nazwiska komunistycznych oprawców. Krytykował miałkość klasy politycznej. 

W jednym z listów z 1989 r. do przyjaciela Tadeusza Chciuka pisał: „Nieuczciwość, niedbałość i chamstwo stały się cechami nagminnymi”. W innym, wysłanym dwa lata później po wyborach z 1991 r.: „Społeczeństwo zobojętniałe (...) niedojrzałe do rozwiązywania prawdziwych problemów, pozbawione przywódców z prawdziwego zdarzenia. Trzódka się rozsypała, z braku bacy wymądrzają się juhasi, a jeden głupszy od drugiego. Kampania wyborcza w telewizji to istny horror głupoty, złej woli i zarozumialstwa”. 

***

Umiera 23 października 1993 r. To znów dzień dla Węgrów symboliczny: rocznica wybuchu powstania w 1956 r. 

Zostaje pochowany na zakopiańskim cmentarzu na Pęksowym Brzyzku. Podczas pogrzebu Stanisław Marusarz – olimpijczyk i podkomendny Felczaka z czasów II wojny światowej – umiera na zawał serca w czasie odczytywania mowy pożegnalnej. Osuwa się w ramiona Engelmayera. 

– To było tak silne, symboliczne przeżycie – wspomina Engelmayer. – Tatry zaszły mgłą i chmurami, a Marusarz padł prosto w moje objęcia. Nie wytrzymał wzruszenia. To dla nas wszystkich było pożegnanie jednego z najważniejszych przyjaciół. 

– Kiedy dziś przyjeżdżam do Krakowa, dla mnie już nie jest ten sam Kraków, co za życia Felczaka – dodaje Engelmayer. – On był wizjonerem, potrafił przewidywać kierunki rozwoju polityki, podpowiadać rozwiązania. W 1990 r. na spotkaniu po pierwszych wolnych wyborach na Węgrzech, w obecności pierwszego premiera po upadku komunizmu Józsefa Antalla, powiedział, że głównym celem polityki Węgier powinno być dołączenie do NATO. W Polsce w oficjalnej polityce jeszcze się o tym nie mówiło. Myślę, że nie rozumiałby, co robi dziś Orbán. Wizyta węgierskiego ministra spraw zagranicznych na Białorusi w lutym tego roku to hańba dla Węgier. Chcę wierzyć, że Wacław Felczak myślałby tak samo.

Korzystałem z książki Wojciecha Frazika „Emisariusz wolnej Polski – biografia polityczna Wacława Felczaka” oraz z artykułu Filipa Musiała „Misje Wacława Felczaka” („Tygodnik Powszechny” nr 9/2015).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Fotoreporter i dziennikarz, fotoedytor „Tygodnika Powszechnego”. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego prace publikowane były m.in w „Gazecie Wyborczej”, „Vogue Polska”, „Los Angeles Times”, „Reporter ohne Grenzen”, „Stuttgarter… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 48/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Krąg Felczaka