Klucz do zwycięstwa leży w Polsce powiatowej

Rządzący mieli zakończyć degradację tzw. prowincji, zasypać przepaść w jakości życia i spowolnić wyludnienie. Od wiary mieszkańców w to, czy PiS się udało, zależy wynik wyborów –

01.10.2023

Czyta się kilka minut

Jak PiS walczył  o Polskę powiatową
Spotkanie Mateusza Morawieckiego z mieszkańcami powiatu bielskiego. Brańsk, 5 września 2023 r. / MICHAŁ KOŚĆ / FORUM

Ponieważ październik za pasem i aura sprzyja lekturom, to pomyślałem, że polecę państwu książkę. To zbiór gorzkich historii z różnych zakątków Polski. To historia polskiej transformacji widziana z perspektywy mniejszych miast” – tak przed dwoma laty Mateusz Morawiecki polecał moją książkę „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”.

Od tej wypowiedzi minęły prawie dwa lata. Sześć lat – od opublikowania Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, czyli tzw. Planu Morawieckiego, w którym rząd zapowiadał wyrównanie tempa wzrostu między mniejszymi ośrodkami a metropoliami. W sumie mija 8 lat rządów Zjednoczonej Prawicy, której przywódca Jarosław Kaczyński deklarował, że chce, aby „poziom życia na wsi czy w małym mieście był taki jak w centrum Warszawy”.

Dziś, zapowiadając w spocie wyborczym program rewitalizacji osiedli, premier Morawiecki przypomina: „Nie chcieliśmy podziału na Polskę A i Polskę B. I sporo tu zrobiliśmy”. Sporo? Po dwóch kadencjach rządów trzeba powiedzieć: sprawdzam. W końcu żadna partia nie zawdzięcza władzy głosom „Polski B” tak bardzo jak PiS.

Dostrzeżenie znaczenia Polski powiatowej było kluczowym składnikiem sukcesu wyborczego w 2015 r. Politycy PiS zrozumieli wówczas, że zamiast metro­poliom lepiej składać oferty mieszkańcom mniejszych miast, miasteczek i wsi, gdzie mało kto słyszał o „gospodarczym cudzie”, o którym mówiły liberalne elity. Politycy PiS przekonywali, że rządy ­PO-PSL zostawiły kraj w ruinie i obiecywali, że zmienią model jego funkcjonowania na zrównoważony. Miało to zakończyć degradację tzw. prowincji, skutkującą „wypłukiwaniem” ludzi, którzy z braku perspektyw wyjeżdżali do większych ośrodków lub za granicę.

Czy po ośmiu latach rządów PiS Polska powiatowa się zmieniła? Albo – czy chociaż uwierzyła w to, że się zmieniła na tyle, by zaufać tej samej władzy trzeci raz?


WYBORY PARLAMENTARNE 2023: ANALIZY, KOMENTARZE, ROZMOWY Z EKSPERTAMI. BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z NASZYM SERWISEM SPECJALNYM >>>


Nierówność mierzona punktami

Na pewno nie zmieniło się to, że wyjeżdżanie zaczyna się już na etapie edukacji. Wielu rodziców dostrzega przepaść w jakości edukacji między dużymi miastami a resztą kraju, więc posyła dzieci do szkół średnich w dużych ośrodkach, nawet jeśli wiąże się to z dojazdami czy przeprowadzką.

Ta przepaść widoczna jest już w wynikach egzaminu ósmoklasisty. Uczniowie z dużych miast (powyżej 100 tys. mieszkańców) na teście z języka polskiego otrzymują średnio o 5 punktów procentowych więcej niż dzieci z miast średnich (od 20 do 100 tys. mieszkańców) i 8 p.p. więcej niż uczniowie z miast mniejszych (do 20 tys. mieszkańców) oraz wsi.

Podobnie jest z wynikami z matematyki. Dzieci z dużych miast osiągają średnio 64 proc. na egzaminie. Ci ze średnich – 55, a z mniejszych miast i wsi – 49 proc. Różnice wynoszą więc nawet 15 punktów proc. Jeszcze gorzej jest z angielskim, gdzie dysproporcje między dużymi miastami a wsią to prawie 20 p.p.

Gorszy wynik to mniejsza szansa na dobre liceum lub technikum. A to odbija się na dalszej edukacji, czyli wynikach matur i szansach wyboru atrakcyjnego kierunku studiów. Tu różnice są równie jaskrawe.

– O szansach życiowych, edukacji i karierze w coraz większym stopniu decyduje kod pocztowy – mówi dr Paweł Marczewski, socjolog z Fundacji Batorego. Jego słowa o systemowych nierównościach w jakości edukacji potwierdzają analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego. „Powszechnie występujące, zauważalne dysproporcje mogą sugerować, że istnieje systemowy problem z systemem edukacji. Lepiej działa on w dużych miastach” – taki był wniosek z badań różnic w wynikach między miastami na prawach powiatu, mającymi co najmniej 90 tys. mieszkańców, a powiatami, w których dużych miast nie ma. Zdawalność w większych ośrodkach okazała się wyższa o 7 punktów proc. Tam też uczniowie osiągali lepsze wyniki na maturze z polskiego i matematyki na poziomie rozszerzonym – odpowiednio o 4 i 7 p.p. Z pozoru to niewielkie różnice, ale przy rekrutacji na studia nawet jeden punkt może decydować o dostaniu się na wymarzony kierunek na dobrym uniwersytecie.

Przyczyny tego zjawiska układają się w mozaikę, której pierwszym elementem jest poważny problem z kadrą nauczycielską. Brakuje jej oczywiście i w dużych miastach, ale w małych jest to dotkliwiej odczuwalne. Przez niskie zarobki zjadane przez inflację spora część nauczycieli odeszła z zawodu i trudniej ich zastąpić. Ci zaś, którzy zostali, aby zarabiać godnie, muszą uczyć w dwóch, trzech szkołach, co wiąże się z pokonywaniem dziesiątek kilometrów, wyczerpaniem i spadającą jakością ich pracy.

Odgrodzeni od świata

To wszystko odbija się na dzieciach, które dostają też słabszą ofertę edukacyjną, jeśli chodzi o zajęcia dodatkowe, pozwalające rozwijać pasje, szlifować język obcy albo nadrabiać braki na korepetycjach. Takich usług szuka się najczęściej w najbliższym większym mieście. Tyle tylko, że tu pojawia się kolejny element mozaiki – bariera komunikacyjna. Cóż bowiem z tego, że w niedalekiej okolicy są dostępne zajęcia dodatkowe, skoro uczeń nie ma jak na nie dojechać albo wrócić po nich do domu. To czasem próg nie do przeskoczenia, także przy wyborze szkoły średniej. Nierzadko uczniowie wybierają słabszą placówkę, ale bliżej, bo do lepszej, dopasowanej do ich talentów i zainteresowań – nie mieliby jak dojechać.

Wszystkie te problemy miał zniwelować obecny rząd. Czy się udało? PiS niemałym kosztem przeprowadził reformę likwidującą gimnazja; minister edukacji wdraża kontrowersyjne zmiany programowe oraz podręczniki, zarazem pogłębiając centralizację systemu kosztem autonomii placówek. Czy poprawiło to jakość edukacji poza metropoliami?

– Nie tylko nie widać poprawy. Jest coraz gorzej, o czym świadczą choćby różnice w wynikach matur – uważa dr Marczewski i dodaje, że nawet gdy przedstawiciele zamożnej klasy średniej przenoszą się na wieś, to ich dzieci i tak wożone są do szkół w dużym mieście. Nie tworzy się atrakcyjny, podmiejski rynek edukacyjny, nie pojawia więcej ofert pracy dla nauczycieli ani większe zapotrzebowanie na korepetycje. – Jednocześnie w wielu miejscowościach liczba uczniów maleje, więc szkoły dostają niższą subwencję oświatową. Pieniędzy jest coraz mniej dla nauczycieli i na wyposażenie sal lekcyjnych, więc jakość edukacji spada. Potrzebne są systemowe zmiany: więcej pieniędzy, ale i decentralizacja. Bez tego dysproporcje będą się pogłębiać, a awans życiowy poprzez edukację stanie się jeszcze trudniejszy – dodaje.

Problem tego rozwarstwienia mogłaby w pewnym stopniu zniwelować sprawna komunikacja publiczna. Według Stowarzyszenia Wykluczenie Transportowe, obecnie swobodnego dostępu do autobusu czy pociągu może nie mieć nawet 14 mln Polaków; lwia ich część to osoby żyjące poza metropoliami, o czym władze państwa wiedzą od lat. Gdyby istniał dobry system komunikacji, uczniowie ze wsi i miasteczek mieliby szansę na edukację w dobrej szkole regionalnej, niekoniecznie w dalekiej metropolii. – To są naczynia połączone. Bez rozwoju lokalnego transportu publicznego dobre placówki nie będą dla dzieci dostępne. Niestety, szumnie zapowiadane projekty jego odbudowy spełzły na niczym – uważa dr Marczewski.

Faktycznie, za obecnych rządów lokalny transport publiczny, szczególnie autobusowy, zwija się w szybkim tempie. Owszem, za pogłębianie się tej katastrofy odpowiedzialne są wszystkie ekipy rządzące w XXI wieku, ale to PiS obiecywał tę zapaść zatrzymać, a nawet odwrócić. Rząd powołał w tym celu Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych, nazywany potocznie PKS Plus. Miał on zrewolucjonizować walkę z wykluczeniem komunikacyjnym.

Bez przemyślanej strategii

Efekty są odwrotne do założeń, wystarczy spojrzeć na liczby. Z danych GUS wynika, że długość krajowych linii autobusowych w 2016 r. wynosiła 710 tys. kilometrów. W 2020 było ich już tylko 480 tys., o jedną trzecią mniej.

– Liczba połączeń autobusowych zmniejsza się od ponad trzech dekad – mówi dr hab. Michał Wolański ze Szkoły Głównej Handlowej, ekspert ds. transportu. Podkreśla przy tym, że choć rząd przeznaczył na program przywracania przewozów autobusowych 800 mln zł, to efekty są niezadowalające. – Mamy państwo, które cierpi na niezdolność do tworzenia polityk publicznych. A PKS Plus można podsumować tak: damy więcej pieniędzy, a problem rozwiąże się sam. W przypadku transportu publicznego to nie zadziała, bo potrzeby pasażerów są różne, rzadko kiedy zamykające się w jednej gminie, tymczasem dominuje powstawanie komunikacji gminnych. Jedni muszą dojechać do szkół w powiecie, inni do sąsiedniego województwa, jeszcze inni do pracy czy lekarza. Niestety, nie wzięto tych aspektów pod uwagę. Nie stworzono planu, tylko wyłożono pieniądze na stół, po które można sięgnąć, jeśli się weźmie udział w konkursie. Aplikują więc najczęściej silniejsze, bogatsze, mające know-how samorządy, a dystans między nimi a biedniejszymi, które nie potrafią skutecznie wypełniać wniosków, tylko się pogłębia – dodaje.

Dr Wolański uważa, że problemu transportu nie uda się rozwiązać bez zmian w strukturach, które miałyby go organizować. Należałoby utworzyć duże, silne powiaty lub obligatoryjne związki między powiatami, współdziałające z gminami i województwami. – Bez sensownych struktur cały czas będziemy lać wodę do dziurawego wiadra. To zaś odbije się nie tylko na uczniach, których potencjał i talenty marnujemy, ale na wielu grupach społecznych. Na chorych, którzy mają ograniczony dostęp do systemu ochrony zdrowia. Na pracownikach, którzy nie mają jak dojechać do firmy w tej samej okolicy, więc za sensowną pracą jadą za granicę – wymienia dr Wolański. – Tu nie chodzi o to, żeby prowincja była rajem, ale o to, żeby był tam pewien zestaw podstawowych usług publicznych, umożliwiający życie na tyle dobre, by człowiek nie chciał się wynosić – dodaje.

Fundamenty z piasku

Dobrej jakości praca to kolejny kamyk w tej mozaice. Wiele osób z małych ośrodków po wyjeździe na studia już w rodzinne strony nie wraca, choć nie wszyscy stawiają wyżej życie w miejskim, hałaśliwym mrowisku, oznaczającym dodatkowo wysokie koszty życia. Problem w tym, że w powiatowych realiach ­dyplom dobrej uczelni nie daje pracy dopasowanej do ambicji i oczekiwań finansowych.

Szara rzeczywistość dopada również tych, którzy nie poszli na studia, ale i tak po zmaganiach z miejscowym rynkiem pracy wyjeżdżają. Im w pracy brakuje stabilności, dobrych płac, partnerskich relacji – trudno wiązać przyszłość z rodzinnym miasteczkiem czy wsią, gdy pracuje się na śmieciówce lub na czarno, otrzymując część lub całość wypłaty pod stołem. Praca jest fundamentem, na którym oparte jest życie niemal każdego człowieka, ale również miejscowości, w której on żyje. Jeśli rynek pracy jest stabilny – pozwala przeżyć na niezłym poziomie i planować przyszłość. Mieć marzenia na miejscu. Jeśli tego nie gwarantuje, marzenia „się przenoszą”. Czasem wyjazd staje się nawet nie opcją, a koniecznością. Kiedy fundamenty są z piasku, okoliczne ziemie się wyludniają.

Nie można powiedzieć, iż rząd Zjednoczonej Prawicy nie zrobił nic, aby odmienić los pracowników: wprowadził minimalną stawkę godzinową i regularnie podwyższa płacę minimalną, ale dotyczy to tak samo metropolii, jak wsi. Tymczasem politycy PiS, kiedy byli jeszcze w opozycji, deklarowali, iż po przejęciu władzy „ograniczą patologię w zatrudnieniu” i oskładkują umowy cywilnoprawne. W swoim exposé z 2015 r. Beata Szydło zapowiedziała wręcz likwidację umów śmieciowych.

Żadna z tych obietnic nie została w pełni zrealizowana, choć faktem jest, że np. liczba osób, które pracują poprzez te formy zatrudnienia, spadła z 1,3 mln w 2015 r. do 0,9 mln w 2021 r. Mimo zmian w przepisach, które gwarantują zgłaszającemu nieprawidłowości pracownikowi brak konsekwencji, ich skala według Głównego Inspektoratu Pracy utrzymuje się na podobnym poziomie, co wcześniej. I dlatego Polacy wciąż patrzą w kierunku metropolii, gdzie z wielu propozycji pracy łatwiej wybrać coś atrakcyjnego.

– Jeśli spojrzymy na mapy średniego wynagrodzenia z umowy o pracę, wyraźnie widać pięć wysp bogactwa: Warszawę, Wrocław, Poznań, Kraków i Trójmiasto. Cała reszta kraju od nich odstaje – mówi Szymon Pifczyk, analityk danych demograficznych i gospodarczych.

Czy rządowi udało się ten trend choć trochę odwrócić? Niespecjalnie. – Coraz więcej miejsc pracy, szczególnie tych wysoko płatnych, koncentruje się w metropoliach – mówi Pifczyk i dodaje, że szczególnie niekorzystne dla przyszłości Polski B jest utrzymywanie się trendu braku dobrych miejsc pracy dla kobiet. Bo o ile niezłych ofert pracy (fizycznej) dla mężczyzn jest całkiem sporo, np. w powstających magazynach i centrach logistycznych, to sytuacja kobiet (często lepiej wykształconych) jest dużo gorsza. – Kobiety wyjeżdżają z prowincji, a za nimi coraz częściej ich mężczyźni – mówi Pifczyk.

Bez dachu nad głową

Dobra i stabilna praca to jedno, ale trudno planować przyszłość w rodzinnym mieście, jeśli nie ma się własnego dachu nad głową. Oczywiście kryzys mieszkaniowy dotyka tak samo metropolie, ale w miejscowościach poza ich orbitą przybiera specyficzny charakter. W dużych ośrodkach, mimo wysokich cen, podaż i tak nie jest w stanie sprostać napędzanemu m.in. przez migrację popytowi. W mniejszych zaś nie buduje się wcale lub bardzo mało, a przy o wiele niższych zarobkach nawet atrakcyjne z pozoru ceny są wciąż za wysokie. Rozwiązaniem mógłby być kredyt hipoteczny, ale kiedy zarabiamy mało albo pracujemy na śmieciówce – żaden bank go nam nie udzieli.

Rząd PiS i tutaj miał swoje propozycje. Przełomową wydawał się program Mieszkanie Plus. W całym kraju, także poza metropoliami, miało powstać 100 tys. lokali na tani, długotrwały wynajem, z dojściem do własności po latach. Dziś już wiemy, że żaden przełom się nie wydarzył. Z ubiegłorocznego raportu NIK wynika, że do użytku oddano nieco ponad 15 tys. mieszkań, a w budowie (do końca października 2021 r.) było kolejnych 20 tys. Zastrzeżenia Izby były również do cen: koszty najmu nierzadko okazywały się zbliżone do rynkowych. – Pomysł był dobry, wykonanie słabe – podsumowuje Pifczyk.

Po klęsce Mieszkania Plus politycy obozu rządzącego poszli śladem poprzedników – nie tyle kreowania podaży poprzez budowę mieszkań, lecz tworzenia popytu, czyli dosypywania gotówki do rynku nieruchomości. Mowa o programie Pierwsze Mieszkanie, zakładającym udzielanie preferencyjnych kredytów na 2 procent, który ruszył w lipcu. Pierwsze jego efekty są już widoczne. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów ceny mieszkań wzrosły.

Trzeba jednak przyznać, że na rynek pracy i rynek mieszkaniowy rząd ma ograniczony wpływ, bo problemy wynikają także z globalnego trendu dominacji wielkich miast, będących motorem napędowym współczesnych gospodarek. Ale już w przypadku dostępu do opieki medycznej władze państwa mają zdecydowanie większe możliwości. Także pod tym względem PiS miał przynieść Polsce B dobrą zmianę.

– Rząd zaliczył tu poważną porażkę. Nie tylko różnice nie zniknęły, ale wręcz się pogłębiły – mówi Pifczyk i dodaje, że systemowe zmiany, które miały przynieść godność mieszkańcom mniejszych miejscowości, da się zmierzyć choćby dostępem do lekarza.

Partia Polski B

Spójrzmy na dane. W 2008 r. jedna czwarta lekarzy praktykowała w pięciu głównych metropoliach, czyli wspomnianych już wyspach bogactwa. W 2021 r. odsetek ten wzrósł do ponad 35 proc. – To ogromna dysproporcja. Mieszkańcy nawet niemałych miast powiatowych, aby dostać się do lekarza specjalisty, coraz częściej muszą jechać do dużego ośrodka, a to jest dla wielu wyzwaniem przy kiepskim transporcie publicznym – mówi Pifczyk.

Wielu chorych nie ma przez to szans regularnie się badać i leczyć. Do gabinetu lekarza trafiają często dopiero, gdy ich stan jest poważny, a to już generuje ogromne koszty dla państwa. Przy braku kadr lekarskich i pielęgniarskich zamykane są też kolejne szpitalne oddziały. – Poza dużymi ośrodkami braki są coraz większe, a różnice w dostępie do opieki zdrowotnej rosną – potwierdza Jakub Kosikowski, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej.

Przyczyny są często oczywiste. Medycy kształcą się w dużych miastach, tam też robią staż i specjalizację, wyrabiając w międzyczasie sieć kontaktów, poznając małżonków. Tam też wolą wychowywać i edukować dzieci. – Trudno wykształcić pediatrę w mieście powiatowym, jeśli wszystkie oddziały pediatryczne w okolicznych szpitalach zostały zamknięte. Koło się zamyka – mówi Kosikowski.

Na zamykanie oddziałów wpływają też wyceny świadczeń przez NFZ. Fundusz zdecydowanie lepiej płaci za pracę lekarza w poradni specjalistycznej niż na szpitalnym oddziale. W tym drugim miejscu nie dość, że wynagrodzenia są niższe, to praca wiąże się z dyżurami w weekendy, noce, święta. Co prawda rząd otwiera nowe wydziały lekarskie na uczelniach w mniejszych ośrodkach, ale medycy nie będą mogli robić tam specjalizacji. Obawa, że wyjadą do metropolii i nie wrócą, wciąż będzie realna.

Jednocześnie wszyscy politycy wiedzą, że aby wygrać wybory, muszą przekonać Polaków mieszkających poza metropoliami. Wie o tym obóz rządzący, wie też opozycja, choć ten temat nie wydaje się dziś dla jej liderów kluczowy. Na kogo więc zagłosują mieszkańcy Polski B?

Adam Gendźwiłł, socjolog i badacz samorządów terytorialnych na Uniwersytecie Warszawskim, uważa, że obozowi rządzącemu nie udało się odwrócić trendu odpływu ludności z mniejszych miast. – Zamiast poprawy choćby usług publicznych, widzimy ich degradację. Przepaść w jakości życia między dużymi miastami a resztą kraju jest coraz większa i racjonalną strategią przetrwania wciąż pozostaje migracja lub chociaż wysłanie dzieci do większych ośrodków – mówi dr Gendźwiłł. – Jednak poczucie zawodu jak dotąd objawiało się raczej pasywnością niż przerzucaniem głosów na partie opozycyjne. Jeśli mieszkańcy mniejszych miast poczują się rozczarowani, w dniu wyborów zostaną raczej w domach – przewiduje Gendźwiłł.

Czy mieszkańcy Polski B są zawiedzeni PiS-em? Łukasz Pawłowski, szefujący Ogólnopolskiej Grupie Badawczej, zauważa, że obietnica zatrzymania procesu wyludniania była nie do spełnienia. Rząd może co najwyżej łagodzić skutki globalnego trendu, ale nawet nie to jest kluczowe. Ważniejsze, że PiS w ogóle te problemy dostrzegł.

– Rządzący mówią ludziom: jesteście ważni. Chcemy, by jakość waszego życia była taka jak w Warszawie. I choć to absolutnie nie do zrobienia, ludzie czują się wreszcie zauważeni i reprezentowani. Widzą, że wychodzi premier i mówi: zaopiekujemy się wami. Nawet jak potem władza nie dowozi tych zmian, to chociaż coś próbuje robić. Ludzie stają więc za nią – uważa Pawłowski. – Jeśli mieszkańcy Polski powiatowej pójdą na wybory, to większość zagłosuje na PiS i PiS to wie. Dlatego zwiększa liczbę komisji wyborczych i chce dowozić do nich ludzi. Czy nam się to podoba czy nie, obecnie to PiS jest partią Polski B. ©

 

Autor jest publicystą i reporterem, autorem wydanych przez Czarne książek: „Urobieni”, ukazującej patologie rynku pracy w Polsce, oraz „Zapaść”, opisującej sytuację małych miast.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Jak PiS walczył o Polskę powiatową