Reklama

Jak zwykle, ale pięknie

Jak zwykle, ale pięknie

26.01.2006
Czyta się kilka minut
Skaza jest pochwalnym poematem na cześć nietrwałości, przypadkowości i nieprzewidywalności świata. Nie tylko tego powieściowego, którego literackość autorka nieustannie podkreśla, ale również tego realnego.
Magdalena Tulli
S

Sięgając po "Skazę", najnowszą książkę Magdaleny Tulli, wiedziałem, że mam do czynienia z autorką, która nie rezygnuje z artystycznej drogi obranej przed ponad dziesięcioma laty w prozatorskim debiucie. Wszystkie bowiem jej powieści - począwszy od parabolicznych "Snów i kamieni" (1995), ukazujących narodziny i zmierzch Miasta, poprzez "W czerwieni" (1998), historię o mitycznych, marquezowskich z ducha Ściegach, aż po "Tryby" (2003), które pod płaszczykiem cyrkowego romansu przemycały wysublimowane studium ontologii narratora - można by sprowadzić do wspólnego mianownika. Nadrzędne spoiwo stanowi w nich szczególnie wysoki poziom metaliterackości i tekstualności - jest to, jak pisał Dariusz Nowacki, literatura zrobiona z literatury.

Krytycy jako świętych patronów tej prozy przywoływali dość zgodnie Brunona Schulza, Italo Calvino i francuskich eksperymentatorów, takich jak Nathalie Sarraute czy Alain Robbe-Grillet. We wszystkich niemal omówieniach wskazywano na krystaliczną przejrzystość zdań i nienaganną kompozycję powieści Magdaleny Tulli. Zaczynając lekturę "Skazy" zastanawiałem się - czy także tym razem będzie podobnie? Czy może pisarka porzuci wypracowany, sprawdzony, ale też ciągle doskonalony model opowiadania na rzecz odmiennej praktyki tekstotwórczej?

Odpowiem od razu: nie porzuci. Przeciwnie - w najnowszej narracji Magdalena Tulli doprowadza do perfekcji dotychczasowy prozatorski idiom. Absolutna niezależność artystyczna pozwala jej wznosić w swych tekstach budowle tyleż papierowe (złożone z literackich klisz), co nieskazitelnie - z chirurgiczną wprost precyzją - skonstruowane. Nie inaczej rzeczy się mają w "Skazie", którą najkrócej dałoby się podsumować wyrażeniem - "jak zwykle". Powtórzenie jest jednak sowicie wynagradzane doskonale spreparowanym (choć szczątkowym) światem przedstawionym, ciągłym napięciem pomiędzy fabułą i jej destrukcją oraz pięknem frazy, której czystość tonu jest zjawiskiem w najnowszej rodzimej prozie wyjątkowym. Niby nic, czego byśmy wcześniej u Tulli nie widzieli, ale...

***

Zacznijmy od tego, czego w "Skazie" nie ma. Przede wszystkim nie ma "wielkiej historii", rozumianej jako podstawowy składnik opowieści. Już w "Trybach" Tulli pisała, że "historyjek nie brakuje, wszędzie ich pełno, za sprawą niepohamowanej podaży można je mieć za bezcen w dowolnych ilościach". Również jej nowa narracja utkana jest z historyjek, obywa się świetnie bez wyraźnie zarysowanego wątku głównego. Jest symultanicznym splotem kilku drobnych opowieści, zazębiających się dzięki skrzyżowaniu trajektorii losów postaci. Te ostatnie zaś, jak zwykle w prozie autorki "Snów i kamieni", skrojone są z grubsza tylko, kilkoma cięciami narratorskich nożyc.

Nie bez powodu sięgam po metaforykę krawiecką - bohaterowie identyfikowani są bardziej poprzez stroje, które noszą, niż poprzez jakieś dające się wskazać cechy dystynktywne. Są "ani dobrzy, ani źli", natomiast z całą pewnością - stereotypowi. Jeśli student, to ubrany w marynarkę, niestroniący od alkoholu, buntownik i obiekt westchnień pokojówki. Jeśli służąca, to, rzecz jasna, korpulentna i podszczypywana przez pryncypała, którym jest otyły notariusz, odziany w garnitur z nieodzowną dewizką. Do tego generał, policjant i para nowożeńców. A wszyscy jakby wyjęci wprost z Schulzowego "Traktatu o manekinach", odzwierciedlający heretyckie postulaty ojca, który przekonywał, że nie zależy mu na "tworach o długim oddechu. Nasze kreatury - dodawał - nie będą bohaterami romansów w wielu tomach. Ich role będą krótkie, lapidarne, ich charaktery - bez dalszych planów".

Dokładnie tak zaprojektowani są bohaterowie najnowszej prozy Tulli, którzy, nieświadomi niczego, "czekają na swój czas. Nie wiedzą, że ich los wypełnił się wcześniej, jeszcze na arkuszach wykrojów". Prowizoryczność owych postaci potęguje niecodzienny, atroficzny (to też tradycja w pisarstwie autorki "Trybów") świat powieściowy. Składa się nań okrągły miejski placyk, wokół którego krąży tramwaj linii zero. Czasem mignie jakaś kamienica, czasem kino, gimnazjum lub urząd. Mamy tu wszystkie wyznaczniki przestrzeni miejskiej, ale jakie to miasto - nie wiemy. Takie place są w każdym mieście, a Magdalena Tulli pokazała everytown - Miasto-Symbol, które mocno ciąży ku alegorii.

Cała ta układanka sprawia wrażenie teatralnej maszynerii, która zostaje wprawiona w ruch kreacyjnym gestem narratora. Historie - przepraszam - historyjki zaczynają się toczyć, bohaterowie się poruszają, my, czytelnicy, wyglądamy zza węgła. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że spokój wyznaczonego liniami szyn tramwajowych obszaru zakłóca przyjazd uchodźców. Bo w każdej opowieści - tak jak w życiu każdego z nas - prędzej czy później pojawia się jakaś skaza.

Jeśli miejsce akcji "Skazy" koresponduje ze Ściegami z powieści "W czerwieni", to narrator nowej książki ma wiele wspólnego z instancją opowiadającą znaną z "Trybów", przede wszystkim dlatego, że jest jednym z głównych bohaterów. Podczas gdy w "Trybach" był jednak niepewnym siebie bytem, wtłoczonym między rozpędzone zębatki narracji, w "Skazie" jest silną, autonomiczną (choć niepewną ostatecznie własnego miejsca w powieści) figurą. "To, co najważniejsze, musi być narzucone postaciom bez prawa wyboru" - powiada kategorycznie.

Jest tedy demiurgiem, stwarzającym od początku do końca tekstowe światy historyjek, mocno dzierżącym w dłoni insygnia narratorskiej władzy. Albo - ściślej - próbuje nim być, gdyż nie jest absolutnie przekonany co do skali własnej, jeśli wolno tak powiedzieć, sprawności demiurgicznej. Ciągle powraca w nim wątpliwość, czy aby nie jest jedną z pałubiastych postaci, o których opowiada, nieustannie toczy się gra między opowiadającym a "tradycyjnymi" bohaterami. Narrator ciągle musi też walczyć o swoje z tajemniczą grupą trzymającą władzę nad rzeczywistością powieściową. Albowiem okazuje się, że poszczególne składniki opowieści to tylko dekoracje, fasady nieskrywające bynajmniej żadnych tyłów.

Autorka daje nam niedwuznacznie do zrozumienia, że głębia jest tu, w "Skazie", "czystą iluzją, farbą, dyktą i niczym więcej", że brakuje "solidnej rzeczywistości". Zamiast niej są tylko ornamenty - historyjki, ewokowane z przekonaniem, że stanowią nieledwie ozdobniki, a życie jest "gdzie indziej". Być może na zapleczu, skąd jakieś bliżej nieokreślone siły starają się przeforsować własne interesy i pociągać za sznurki, na których uwięzione są postaci, zaludniające nową prozę Magdaleny Tulli.

***

Dobrze, ale o czym istotnie jest, o czym może być "Skaza"? Na przykład o tym, że pytanie, kim jest autor, pytanie sprzed dobrych kilku lat, pozostaje ciągle atrakcyjne. Bo jeśli narrator nie do końca ogarnia przedmiot swej fabulacji, to czy jest ktoś, kto trzyma pieczę nad opowiadaczem i jego opowieścią? Najnowsza książka Magdaleny Tulli jest również kolejnym świadectwem kresu fikcjonalności - wszystko już było powiedziane, więc można tylko głosić wokół, że się o tym wie. Nic nie stoi też na przeszkodzie, by potraktować rzeczoną powieść jako studium pisania, zakorzenione głęboko w metaforze tekstu-tkaniny, znanej z teorii Rolanda Barthesa.

W pierwszej jednak kolejności "Skaza" jest pochwalnym poematem na cześć nietrwałości, przypadkowości i nieprzewidywalności świata. Nie tylko tego powieściowego, którego literackość autorka nieustannie podkreśla, w którym różne "historyjki" się nakładają i wyrastają z siebie niczym Deleuze'owskie kłącza, ale również tego realnego. Ponieważ tym, co mocno zespala pisanie z życiem, jest fakt, że bieg spraw ma tu "stałą skłonność do poddawania się niepokojącym komplikacjom". Na tym polega właśnie piękno obydwu wspomnianych rzeczywistości - że nigdy nie wiemy, co się wydarzy, że nieustannie jesteśmy zaskakiwani. Tulli pyta więc także o "dobroczynny zamęt", sprawiający, że związek pomiędzy przyczyną a skutkiem - tak w sztuce, jak w życiu - nie zawsze bywa oczywisty. Emmanuel Lévinas powiadał, że pisanie jest "oczekiwaniem na to, co nieoczekiwane". Wiele z tego sposobu myślenia znajdziemy w "Skazie", będącej zapisem tęsknoty za niebezpiecznym - ale rozbijającym wszelkie definitywne rozwiązania - "zboczeniem z przewidzianego kursu".

Poniekąd jest zatem tak, że w najnowszej narracji pisarka zaledwie rozwija (bądź, czasem, dopowiada) wątki zainicjowane w powieściach wcześniejszych, odgrzewa dania, które już znamy, i rację będzie miał ktoś, kto zechce zauważyć banalnie, że nawet najlepsze frykasy mogą się w końcu przejeść. Mimo to uważam "Skazę" za powieść wyśmienitą. Bo ową iterację w zakresie poetyki i sposobu opowiadania chciałbym traktować nie jako objaw wyczerpania się artystycznej wyobraźni pisarki, ale jako potwierdzenie żelaznej konsekwencji w budowaniu autorskiej, zupełnie niepowtarzalnej, wizji literatury. Prozatorskie kompozycje układane przez Magdalenę Tulli urzekają hermetycznym chłodem doskonałości, właściwym dla tekstów w historii literatury najważniejszych.

Magdalena Tulli, "Skaza", Warszawa 2006, Wydawnictwo W.A.B.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]