Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Jak zostać sfrustrowanym egoistą

Jak zostać sfrustrowanym egoistą

20.10.2014
Czyta się kilka minut
Gigantyczna popularność, jaką uzyskała literatura poradnikowa, jest w dużej mierze konsekwencją kapitalistycznej epoki, w której najważniejsze stało się zadanie odniesienia sukcesu.
il. Joanna Grochocka
W

W 1875 r. w eleganckiej londyńskiej restauracji spotkało się dwóch dżentelmenów. Pierwszym był Samuel Smiles, niedoszły lekarz, zapalony szkocki publicysta i reformator, autor wydanej 20 lat wcześniej, bests- ellerowej książki „Self-help” („Samopomoc”), która już w pierwszym roku po publikacji osiągnęła status dzieła kultowego. Drugim – George Routledge, jeden z najsłynniejszych brytyjskich wydawców tamtych czasów, założyciel istniejącej do dziś oficyny Routledge, mający wówczas w swoim dossier takich klasyków jak Harriet Beecher Stowe, Washington Irving, Benjamin Disraeli czy James Fenimore Cooper.
– Kiedy mianowicie będę miał honor opublikowania którejś z pańskich książek? – zapytał Routledge. Na to Smiles uśmiechnął się tajemniczo i patrząc swemu rozmówcy prosto w oczy odparł: – Nie wiem, czy pan pamięta, ale 20 lat temu miał pan już przecież honor odrzucić „Self-help”.
Żal, jaki Smiles żywił do Routledge’a, był tak wielki, że ani legendarnemu łowcy talentów, ani jego potomkom, nie dane było opatrzyć emblematem swojej rodzinnej firmy książki człowieka, który okazał się nie tylko autorem największego sukcesu wydawniczego swoich czasów, ale także pionierem gatunku, który w samych tylko Stanach Zjednoczonych przynosi dzisiaj zyski rzędu 549 milionów dolarów rocznie.
Jaka jest tajemnica tego sukcesu? Gigantyczna popularność, jaką w XX i XXI w. uzyskała literatura poradnikowa, jest z jednej strony prostą konsekwencją kapitalistycznej epoki, w której zadanie skonstruowania własnego życia i odniesienia społecznie aprobowanego sukcesu stało się bezwzględnym imperatywem. Z drugiej – produktem podtrzymującym system wartości, w myśl którego ludzkie życie, jego jakość i przebieg, jest zadaniem, za którego realizację pełną i wyłączną odpowiedzialność ponosi jednostka. W tym sensie najgłębszy przekaz kryjący się w samej istocie poradnikowej wizji świata jest w zasadzie antypolityczny. Czego najprawdopodobniej nie uświadamiał sobie jeszcze Samuel Smiles, idealistycznie usposobiony zwolennik równości i postępu.
Od Epikteta do „Sekretu”
Kosztowny brak intuicji, jakim wykazał się George Routledge, jest o tyle zastanawiający, że literatura poradnikowa – w takiej czy innej formie, którą Smiles wprawdzie zrewolucjonizował, ale nie stworzył od zera – istniała w kulturze zachodniej właściwie od starożytności. Jeśli jako jej główny wyznacznik potraktować założenie, że czytelnik pragnie tak czy inaczej zmiany swojego życia, staranna zaś lektura może mu pomóc w osiągnięciu tej przemiany – przy użyciu opracowanych albo przekazanych przez autora technik czy umiejętności – za pierwszego autora poradników moglibyśmy spokojnie uznać Platona. Choć wnikliwi badacze palmę pierwszeństwa przyznają tutaj Ptaohhepowi, egipskiemu wezyrowi żyjącemu na przełomie XXV i XXIV w. p.n.e., autorowi „Maksym”, będących lapidarną pochwałą wstrzemięźliwości i przystojnego zachowania. Tak czy inaczej – źródeł tego gatunku szukać należy bez wątpienia u naszych greckich protoplastów.
Francuski filozof Pierre Hadot – autor znakomitej książki „Filozofia jako ćwiczenie duchowe” – twierdzi bowiem, że cała myślowa tradycja starożytnej Grecji była podporządkowana poszukiwaniu skutecznej metody na osiągnięcie wewnętrznej przemiany, nie zaś bezinteresownemu poznaniu świata. Człowiek – przekonywali tak epikurejczycy, jak stoicy, tak Sokrates, jak Platon i Arystoteles – jest w punkcie wyjścia istotą głęboko nieuporządkowaną, żyjącą w takiej czy innej iluzji, samooszustwie, nieświadomości. Żeby ten stan wyobcowania od swojej prawdziwej natury przezwyciężyć, potrzebuje mentalnego treningu, który pozwoli mu po pierwsze dostrzec swoje mizerne położenie, a po drugie wznieść się ponad nie, ku prawdzie i pięknu, jak to widział Platon, albo, skromniej, ku rzeczom, jakimi są, a nie jakimi chcielibyśmy je widzieć (jak przekonywali na przykład stoicy). Jednak o tyle tylko ta przemiana – grecka metanoia – miała szansę powodzenia, o ile obejmowała człowieka w jego totalności, nie ograniczała się wyłącznie do wymiaru intelektualnego czy emocjonalnego, ale przenikała także sferę duchową i moralną. Przemienić się zatem powinien cały człowiek – i tylko wtedy uzyska spokój oraz możliwość życia dobrym, spełnionym życiem.
Wcielają ten ideał – i do niego prowadzą – Platońskie dialogi, ale przede wszystkim dzieła starożytnych stoików. Nauki tych ostatnich, pomieszczone w „Diatrybach” Epikteta, „Rozprawach” Seneki albo „Rozmyślaniach” Marka Aureliusza, przeżywają dzisiaj swoją drugą młodość. W XXI w. stoicyzm został dla literatury poradnikowej odkryty na nowo – i okazał się atrakcyjną propozycją dla pogrążonych w ekonomicznym i psychologicznym kryzysie mieszkańców późnokapitalistycznej zachodniej kultury. Także polscy autorzy literatury poradnikowej z wyższej półki – jak choćby Marcin Fabjański („Stoicyzm uliczny”) czy Tomasz Mazur („O stawaniu się stoikiem”) – sugerują, że zastosowanie stoickich technik może w skuteczny sposób zmodyfikować ich wewnętrzne, a co za tym idzie, także zewnętrzne, życie.
Epoki średniowiecza i renesansu również miały bestsellerowe poradniki. Popularne w wiekach średnich podręczniki ars moriendi, czyli sztuki umierania – ściśle zestrojone z teologicznym i teocentrycznym klimatem swoich czasów – zawierały wiele praktycznych zaleceń, gwarantujących odpowiednie przygotowanie się do śmierci i osiągnięcie zbawienia, zasadniczego celu wszystkich wysiłków ówczesnego człowieka. Niedługo później, w czasach odrodzenia, wielkim wzięciem – co wsparł bez wątpienia rewolucyjny wynalazek Gutenberga – cieszyły się podręczniki szczegółowo opisujące zaawansowane techniki kształtowania pamięci. Ponad sto lat po Gutenbergu swoje „Próby” publikuje Montaigne – zawierając w nich porcję rozważań o pomyślnym życiu i dając przy okazji początek nowemu gatunkowi literackiemu, zwanemu esejem. Wieki XVII i XVIII to z kolei rozkwit poradników z zakresu szeroko rozumianego savoir-vivre. W drugiej połowie XIX w. natomiast przychodzi prawdziwa rewolucja – rodzi się nowoczesne poradnictwo. Za sprawą, rzecz jasna, Samuela Smilesa i jego „Self-help”.
Ta książka wyznacza nowy rozdział w dziejach tego typu literatury. Przede wszystkim dlatego, że właściwie po raz pierwszy jej autor stawia tezy, jak na ówczesne hierarchiczne i klasowe społeczeństwo, obrazoburcze. Do tej pory poradnictwo koncentrowało się na dostarczaniu odbiorcom wskazówek dotyczących dynamiki ich życia wewnętrznego, nie oferowało jednak w żadnym razie sposobów na osiągnięcie bogactwa i supremacji w świecie społecznym. Smiles natomiast właśnie tego rodzaju cele umieścił na pierwszym planie. Co więcej: przekonywał swoich czytelników, że bieda, w której są pogrążeni, jest nie tyle efektem społecznych nierówności i krzywdzącego systemu ekonomicznego czy klasowego, ile raczej niewłaściwego nastawienia, które sami zainteresowani żywią. Uruchamiając dwie zasadnicze sfery mentalnej aktywności – wolę i moralność – każdy biedak wywodzący się z niższych rejestrów społeczeństwa ma szansę odmienić swoją egzystencję i osiągnąć wszystko, czym dysponują bogacze. Świat społecznych struktur – głosił Smiles – jest zatem w zasadzie pochodną stanu świadomości zaangażowanych weń jednostek. A co najważniejsze, los każdej z nich spoczywa wyłącznie w jej własnych rękach.
Eva Illouz, izraelska socjolożka, autorka wielu tekstów poświęconych kulturze terapeutycznej i poradnikowej, uważa, że stworzona przez Smilesa „narracja samopomocy” to zasadniczy język znakomitej większości poradników, które odnaleźć dziś możemy na księgarskich półkach. Gdyby nie Smiles, nie byłoby z całą pewnością ani Dale’a Carnegie i jego poradnikowego evergreena, „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” (od czasu publikacji w 1936 r. sprzedało się 15 mln egzemplarzy – jest to niekwestionowany numer 1 we wszystkich rankingach), ani Anthony’ego Robbinsa z „Obudź w sobie olbrzyma”, ani nawet Rhondy Byrne i „Sekretu”, jednego z największych bestsellerów w dziejach literatury poradnikowej. Bo chociaż wszyscy ci autorzy – i setki, albo nawet tysiące innych, którzy rokrocznie publikują kolejne warianty samopomocowych tekstów – wprowadzali i wprowadzają indywidualne niuanse i pomysły do zaproponowanej przez Smilesa formuły, ona sama trzyma się mocno i funkcjonuje właściwie na prawach dogmatu. Czy chodzi o cudowną dietę, czy rewolucyjną gimnastykę, czy też może o zestaw skutecznych reguł oddziaływania na innych – przekaz pozostaje niezmienny: jesteś kowalem swojego losu i wszystko, co cię spotyka, a także wszystko, czym jesteś, zawdzięczasz wyłącznie samemu sobie.
Naprawa i frustracja, frustracja i naprawa
Jennifer Niesslein, była dziennikarka, pisząca m.in. dla „Washington Post”, w wieku 32 lat – mimo doskonale rozwijającej się kariery i pomyślnego życia miłosnego – odczuwała ciągłe niezadowolenie ze swojego życia. Towarzyszyło jej poczucie niepokoju, nieokreślonego smutku i frustracji. Postanowiła zatem – jak setki tysięcy Amerykanów i Europejczyków – oddać się w ręce najbardziej znanych ekspertów od zmiany. Przez rok żyła zgodnie z dietetyczno-gimnastyczno-psychologicznymi zaleceniami rodem z wydawnictw obiecujących odmianę najbardziej nawet tragicznego losu. Swoje doświadczenia opisała w opublikowanej w 2008 r. książce pod znaczącym tytułem „Practically Perfect in Every Way” („Doskonała praktycznie we wszystkim”).
Jest to wszakże tytuł ironiczny, życie Niesslein bowiem faktycznie się zmieniło... ale nie w kierunku, którego oczekiwała. Po zakończeniu eksperymentu czuła się mianowicie znacznie gorzej niż przed jego rozpoczęciem. Przez okrągły rok spędzała mnóstwo czasu, próbując polepszyć jakość swojego życia, a te wysiłki pochłaniały ogromną część każdego dnia. Wykonywała ćwiczenia, dbała o reżim posiłków, posłusznie oddawała się medytacjom i wizualizacjom – jednak wszystkie ewentualne pozytywne efekty (jak choćby utrata kilku kilogramów) okazywały się krótkotrwałe. Jedyną długotrwałą konsekwencją programu było poczucie niezadowolenia i klęski. Mimo bowiem gigantycznego nakładu energii, ideał człowieka szczęśliwego, bogatego, zdrowego i sprawnego pod każdym względem pozostawał dla niej nieosiągalny. Wreszcie Niesslein zrozumiała, że obietnica, na której opiera się „narracja samopomocy”, jest nie tylko gruntownie fałszywa, ale też utrzymuje jednostkę w stanie permanentnego zapotrzebowania na kolejne publikacje tego rodzaju – „gwarantujące” coraz to lepsze i trwalsze efekty.
Dlaczego jednak autorka „Practically Perfect in Every Way” czuła się po roku pracy nad sobą kompletnie zdruzgotana? Być może – co sama podkreślała – z powodu jaskrawej konfrontacji stawianego jej za wzór ideału oraz własnego życia, z którego pozornej mizerii, zanim jeszcze dowiedziała się z poradników, jak ono naprawdę powinno wyglądać, do końca nie zdawała sobie sprawy. Ideał ten, rzecz jasna, jest rygorystyczną, normatywną fantazją, która występuje wyłącznie na kartach poradnikowej literatury. Jednak jego siła bierze się także z zasilającego go kulturowego przekazu – prezentującego współczesnym mieszkańcom Zachodu bardzo ścisły wzorzec życia, o którym powiedzieć można, że jest spełnione i szczęśliwe. Żeby zaś wzorzec ten zrealizować – podpowiadają jego twórcy, przedstawiając ów wyśniony świat w reklamach i innych marketingowych zachętach – trzeba przeznaczyć konkretną sumę pieniędzy na zakup poszczególnych produktów, które pomogą w drodze do upragnionego celu. Jednym z tych produktów są właśnie poradniki. W ten sposób koło się zamyka, a my pogrążamy się coraz bardziej w nieskończonej spirali frustracji.
Podstawowym bowiem fałszem poradnikowej ideologii jest przekonanie, że ludzkie życie jest plastycznym tworem, któremu zawsze i wszędzie można nadać pożądany kształt. Jej przesłanką niejawną natomiast – odpowiedzialność, jaką za doraźny kształt owego tworu obarcza wyłącznie jednostkę. W swoich skrajnych przejawach – np. we wspominanej książce „Sekret” Rhondy Byrne (w Polsce osiągnęła nakład znacznie przekraczający 200 tys. egzemplarzy) – odpowiedzialność ta obejmuje również stan zdrowia, przy czym nie chodzi tutaj o to, co możemy zyskać dzięki elementarnej dbałości o dietę i ruch, ale o to wszystko, co z racji czynników genetycznych jest od naszego zachowania kompletnie niezależne. Jeśli tylko – przekonuje Byrne i autorzy oraz autorki setek podobnych poradników – „nastawisz się” na zdrowie, będziesz zdrowy. Jeśli jesteś chory, oznacza to niechybnie, że sam swojej choroby pragniesz.
Ta wizja samostanowiącej się, niepodległej i niezależnej od świata społecznych relacji oraz zewnętrznych okoliczności jednostki stawia na jej barkach niemożliwy do uniesienia ciężar. Służy także – last but not least – konserwacji politycznego status quo. W świecie monadycznych podmiotów, które powołuje do istnienia, poradnikowy przekaz, społeczna zmiana jest nieważna. Każdy jest twórcą własnego sukcesu, ale i przede wszystkim własnej porażki. I może mieć ewentualne pretensje tylko do siebie.
Przesłanie starożytnych
Choć stoicy – i w ogóle starożytni Grecy – są niewątpliwymi twórcami tradycji literackiej, która w dzisiejszych czasach stała się niezwykle popularna, nie należy posądzać ich o tak jaskrawą krótkowzroczność, jaką wykazywał się Samuel Smiles i jego następcy. Stoickie przesłanie bowiem – ale także przesłanie autorów średniowiecznych czy renesansowych – było jak najdalsze od triumfalistycznej ideologii rodem z „Sekretu” albo „Obudź w sobie olbrzyma”. Zachęcało do pracy nad sobą, ale zwracało jednocześnie uwagę na ograniczenia – tak rzeczywistości zewnętrznej, jak i ludzkiej natury, której nie prezentowało bynajmniej jako plastycznej masy, poddającej się różnym rzeźbiarskim zabiegom. Mądrość starożytnych sprowadzała się w gruncie rzeczy do zanegowania fantazji o własnej omnipotencji, rozbudzenia wrażliwości i ograniczenia ekspansywnego, dumnego „ja”. Dzisiejsza ideologia poradnikowa spod znaku Samuela Smilesa głosi zatem coś dokładnie przeciwnego niż tradycja, która w paradoksalny sposób stoi u jej źródeł.
Kto wie, może właśnie o tym pomyślał George Routledge, kiedy obrażony Smiles zamaszystym krokiem opuścił londyńską restaurację i odszedł w wilgotny mrok angielskiego wieczora, żeby obmyślać kolejne poradniki, które pozwolą raz na zawsze przemienić nasze marne życia w oazę szczęśliwości i bogactwa?

Autor jest eseistą, filozofem, autorem książki „Potyczki z Freudem” (2013), pracuje w Polskim Radiu RDC.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]