Głosowanie na obie ręce

Jak wiadomo, posłowie mają na pulpitach trzy przyciski i użycie więcej niż jednego w tym samym głosowaniu byłoby aberracją. Nikt nie może być równocześnie za i przeciw albo, dokonując wyboru, równocześnie komunikować, że go nie dokonuje, wstrzymując się od głosu.
Czyta się kilka minut

To w parlamencie. A w mediach? W tygodnikach, które winny różnić się od codziennej, cogodzinnej komunikacji wydarzeń i ich oceny, odbiorca szuka mądrości, a więc dystansu od jarmarku, targowiska czy tym bardziej od ringu bokserskiego. Z drugiej jednak strony, jeśli ma zaufanie do pisma, pyta tym bardziej dociekliwie: co o tym sądzicie, bo chciałbym wiedzieć, co i ja mam myśleć. Wasze świadectwo mi w tym pomoże.

Media opiniotwórcze podzieliły się już do tego stopnia, że w wielu przypadkach tytuł sam uprzedza czytelnika czy słuchacza, jaką znajdzie opinię, ba: jakiego obozu politycznego wyznawców. Są przecie i takie, gdzie oponenta nigdy się nie zaprosi, gdzie nie ma dyskusji, czyli różnicy zdań, a gospodarz programu od razu w zagajeniu używa przymiotników ocennych, żeby wszystko było jasne od pierwszej chwili (przykład z radia toruńskiego: "pracowała ostatnio komisja do spraw rzekomych nacisków"). Wtedy zaproszenie  publicysty czy rozmówcy spod określonego sztandaru niejako automatycznie nadaje jego wypowiedzi charakter oceny stronniczej. A jeśli jest to w danym piśmie wypowiedź jedyna, odbiorca ma prawo uznać ją za stanowisko zespołu. I gdy wprawia go ono w konsternację, odbiegając od linii, której zaufał, zaczyna się problem.

Media opiniotwórcze nie muszą, zwłaszcza w przypadku czasopism (co obchodzi mnie szczególnie) zajmować się każdą awanturą ani sensacyjką dnia codziennego. Mają przecie patrzeć z szerszego horyzontu. Wtedy rozważają za i przeciw, wtedy wolno im nie spieszyć się z wyrokami. Wtedy też jednak zaczyna się coś, co można czasem ocenić właśnie jako głosowanie na obie ręce. To wtedy, gdy przyjmie się zasadę, by nie być "po żadnej stronie". Ale fakt zaistniały społecznie domaga się oceny jasnej, jednoznacznej. Np. zaprotestowania przeciw kłamstwu. Np. upomnienia się o pogwałconą jawnie zasadę przyzwoitości. Wtedy nie można - jak to się niestety zdarza - wmawiać odbiorcy, że białe i czarne tak się miesza, że jest nie do odróżnienia. Albo że sprawa jest nieważna, wirtualna, gdy tak naprawdę niszczy ona w życiu publicznym jakieś ewidentne dobro. Wtedy również nie można wyręczyć się autorem-gościem. Odbiorca pyta wtedy nieubłaganie: co o tym sądzi moje pismo, moi redaktorzy, moja stacja, mój ulubiony autor?

Pisując wciąż jeszcze na marginesie mojego jak dotąd (od więcej niż pół wieku) "Tygodnika Powszechnego" - myślę, że tak właśnie ostatnio było ze sprawami tak mocno bolącymi, jak rozrachunki z najnowszą historią, jak odpowiedzialność za słowo, jak wprowadzanie do rywalizacji politycznej (stanowiącej składową demokracji) metod i poziomu wojny polsko-polskiej, wyniszczającej jak trucizna. Łudzenie się - a może udawanie? - że da się to załatwić przy pomocy głosowania na obie ręce ani nie byłoby godne pisma, ani nie może się udać.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 17/2009