Reklama

Dziewczyńskie

Dziewczyńskie

06.12.2007
Czyta się kilka minut
Cztery książki. Trzy pisarki - każda z innej bajki. Jedna mieszka w Ameryce, druga w Słupsku, trzecia w Niebie. Astrid z Nieba pisze atramentem sympatycznym, Kate z Ameryki - niesympatycznym, Basia ze Słupska - sarkastycznym. O miłości. Żadna z tych książek nie jest sentymentalnym harlekinem, ale wszystkie traktują o wiecznej panieńskiej huśtawce pomiędzy euforycznym "chciałabym a posępnym "boję się.
W

W literaturze dla nastolatek kategoria prawdopodobieństwa nie gra roli. Czytelniczki chcą bujdy z happy endem: księcia, szklanego pantofelka i weselnego orszaku. Mniejsza o konfekcyjne detale - książę może mieć dredy, a pantofelek bywa trampkiem, ale bez happy endu nie pojedziesz - to niezbywalny atrybut gatunku.

***

Książki o młodziutkiej sekretarce Kati, autorstwa Astrid Lindgren, pół wieku czekały na spolszczenie. Są to fabularyzowane reportaże z Ameryki i Włoch, każdy z wątkiem sercowym. Wydawałoby się, że taki pięćdziesiąt lat liczący bedeker to kompletna ramota - inne realia, inne obyczaje... Tymczasem niepospolity talent Astrid sprawia, że jej książki mają siłę evergreenu - rekwizyty są anachroniczne, ale poczucie humoru niezawodnie młode. W dwudziestoletniej sekretarce domyślamy się samej Astrid - jej panieńska egzystencja na marnie opłacanej posadzie w Sztokholmie musiała wyglądać podobnie.

Tytułowa Kati w pierwszą podróż za ocean wyrusza w asyście ciotki. Poczciwa, zasznurowana opiekunka wlecze z sobą antyamerykańskie stereotypy i uprzedzenia, wyhodowane w prowincjonalnej, trochę nudnej Szwecji. Ofiarnie pełni rolę przyzwoitki, nie odstępując siostrzenicy na krok z obawy przed fatalnym związkiem z niedowarzonym Jankesem. Wszystkie środki ostrożności zdadzą się na nic - do Sztokholmu powróci tylko jedna z nich.

Największą zaletą książki jest humor - ciepły, wyrozumiały, przyjazny ludziom. Astrid Lindgren ma rewelacyjny zmysł obserwacji i inteligentny dowcip, nigdy jednak nie używa go, aby ranić. Bezbłędnie punktuje głupców i dziwaków, ale nie szydzi, nie poniża. Jej kpiny nie dziurawią ludzi na wylot, zaledwie poszturchują. Astrid (a tym samym Kati) jest bystra, prostolinijna i szczera - odważnie mówi, co myśli. Jednakże przyrodzony szacunek dla ludzi pozbawia jej żarty jadu. Fani Pippi Pończoszanki bez trudu doszukają się u Kati cech ulubionego rudzielca - ten sam dowcip, empatia, odwaga.

Książka ma i tę zaletę, że stanowi pretekst do refleksji nad "polityczną poprawnością". Znajdziemy tu ustępy, które, jakkolwiek niewinne, dzisiaj brzmią ryzykownie. Choćby taki: "Przedtem zawsze sądziłam, że małe nowo narodzone prosiaczki są najsłodsze ze wszystkich stworzeń, ale to był błąd. Murzyniątka są słodsze. Siedziało tam pięć sztuk czarnych jak węgiel małych egzemplarzy rzędem na jednym schodku, wszystkie ciche, z rozkoszą ssące kciuk" (wyróżnienia moje).

Jakkolwiek "Kati w Ameryce" jest lekturą rozrywkową, są tu fragmenty dotyczące segregacji rasowej i czarnych gett. Książka ukazała się w roku 1950 i jej lektura pomaga zrozumieć, jak wiele zmieniło się w Stanach od tamtego czasu. Znajdziemy w niej rozdziały pisane z powagą i oburzeniem - Astrid niezawodnie opowiada się po stronie dyskryminowanych. Polecam także opis szwedzkiej imigracji - łudząco przypomina nasze, polskie obserwacje zamerykanizowanych rodaków.

W kolejną podróż, do Włoch, tytułowa Kati uda się z przyjaciółką, za pieniądze wygrane w totalizatorze piłkarskim. Uwolnione od ciotki-przyzwoitki, dwie młode dziewczyny łakną romantycznej przygody. "Musimy zacząć uczyć się włoskiego - powiedziała Eva. - Te najpotrzebniejsze zwroty: »To niesłychane, jak płomienne ma pan oczy, signore«, i tym podobne". Podróż spełni wszelkie oczekiwania, aczkolwiek płomiennooki signore okaże się... Szwedem.

Włoska kontynuacja przygód Kati jest równie dobra jak książka pierwsza. W grudniu ukaże się kolejny tom: "Kati w Paryżu".

***

Pomiędzy pierwszym wydaniem trylogii o podróżach Kati a "Bubą" Barbary Kosmowskiej upłynęło całe moje życie z ogonkiem. A przecież obie książki wydają się rówieśnicami - są młode. Różni je styl.

W licznej drużynie polskich autorów piszących dla nastolatków na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy chcą być zabawni. Niefrasobliwy ton się podoba - Barbara Kosmowska jest lubiana i chętnie czytana. Jej charakterystyczny styl galopującej narracji (trochę w duchu Joanny Chmielewskiej czy Katarzyny Grocholi) obfituje w kaskadowe dialogi - rozmówcy przerzucają się bonmotami, złośliwe riposty krzyżują się w powietrzu.

Wyróżniona w dwóch konkursach literackich "Buba" to jadowity portrecik trzypokoleniowej rodziny. Jest tu dziadek - zapalony karciarz i szyderca; dwójka egoistycznych, infantylnych rodziców, zajętych własnymi karierami w mediach, i samotna, małomówna Buba - najdoroślejsza w całym domu, choć nastoletnia. Jest także rozsądna gosposia o sercu miękkim jak pierzyna, para sąsiadów - partnerów karcianych i pies. No i amant, rzecz jasna - przystojny ornitolog Miłosz. Sukces "Buby" skłonił autorkę do kontynuowania fabuły - mamy zatem drugą część książki, z podtytułem "Sezon ogórkowy". Amant został oddalony (z pomocą pewnej zdradzieckiej Rebeki) i gra o jego serce zaczyna się od nowa.

Rodzina Buby jest tak groteskowa, że przypomina raczej postaci z kreskówek. Powierzchowni, samolubni, sfrustrowani i ciągle uganiający się za poklaskiem rodzice nigdy nie mówią serio. Ich rozmowy to dialogi z sitcomu - ping-pong wzajemnych złośliwości i razów wymierzanych półżartem. Finansowo zaradni, robią pożal-się-Boże kariery i ledwie dostrzegają córkę, która mieszka pod tym samym dachem. Na tle karykaturalnych wojen, jakie toczą dorośli, wrażliwa Buba wydaje się jedyną postacią "z realu". Ten kontrast jest największą zaletą książki. Im bardziej groteskowi dorośli domownicy - tym problemy Buby nabierają wiarygodności. I chociaż wojna odbywa się na poduszki i repliki, to przecież w środku domowej komedii mamy poczucie paranoi, w której tkwi Buba. Język dorosłych to psia mowa - sekwencja szczeknięć i powarkiwań. Cóż z tego, że prowadzona przez nich gra jest inteligentna - ładunek sarkazmu, ironii i złośliwości zatruwa atmosferę. Wraz z Bubą czytelnik tęskni do nie tak błyskotliwych, ale zwyczajnych krewnych.

***

Wreszcie ostatnia książka: "Tylko dla wybranych". Akcja toczy się w egzotycznych realiach prywatnej szkoły średniej w Stanach Zjednoczonych. Nastoletnia Reed dzięki własnej determinacji i zabiegom ojca trafia do elitarnego liceum z internatem. Podróż do nowej szkoły jest ucieczką od problemów domowych - przede wszystkim od matki uzależnionej od leków i alkoholu.

Dziewczyna szybko się dowiaduje, że w Easton obowiązuje bezwzględna hierarchia - tylko najsilniejsi mają szansę ukończyć szkołę z sukcesem. Pozycja w szkole to nie tylko stopnie, także przynależność do wąskiej elity towarzyskiej. Mozolna droga na szczyt jest ryzykowna i okupiona upokorzeniami. Czy Reed będzie gotowa wyrzec się poczucia przyzwoitości, byle spełnić oczekiwania kasty, do której aspiruje? No i jest jeszcze miłość - pod postacią długonogiego przystojniaka ze starszej klasy.

Powieść jest zręcznie napisana, czyta się ją galopem. Zastanawia powtarzający się w wielu książkach amerykańskich motyw szkolnego okrucieństwa. Przybiera ono postać wyrafinowanej przemocy psychicznej i drapieżnej rywalizacji. Takiej "szkoły przetrwania" nie znajdujemy w książkach polskich. Doprawdy - ciarki chodzą po plecach, kiedy czyta się książki, które piszą Kieran Scott (tu pod pseudonimem "Kate Brian"), Carl Hiaasen czy Jerry Spinelli. Przyznaję, że po tej bezlitosnej lekturze z ulgą zataczam koło i wracam do Astrid Lindgren z jej niefrasobliwym, optymistycznym wdziękiem.

PS. I jeszcze uwaga na marginesie - okładki trzech pierwszych książek to żałosna partanina! Bleee!

  • Astrid Lindgren, "Kati w Ameryce", przeł. Anna Węgleńska, Warszawa 2007, Nasza Księgarnia;
  • Astrid Lindgren, "Kati we Włoszech", przeł. Anna Węgleńska, Warszawa 2007 Nasza Księgarnia;
  • Barbara Kosmowska, "Buba. Sezon ogórkowy", Łódź 2007, Wydawnictwo Literatura;
  • Kate Brian, "Tylko dla wybranych", przeł. Anna Skucińska, Kraków 2007, Znak.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]