Reklama

Wydanie specjalne TP "Smak wolności"

Dobrzy księża

Dobrzy księża

04.02.2019
Czyta się kilka minut
Coraz częściej spotykam ludzi, którzy żaląc się na „personel naziemny” (tak duchownych określa s. Małgorzata Chmielewska) mówią, że nie widzą już dla siebie miejsca w Kościele – przestali chodzić do kościoła, nie mogą słuchać, nie mogą patrzeć…
Ks. Adam Boniecki. Fot. Maciej Zienkiewicz dla „Tygodnika Powszechnego”
GRAŻYNA MAKARA
N

Niektórzy znaleźli sobie bezpieczne miejsce – parafię, wspólnotę, słowem: jakąś „wyspę” – ale i tak w polskim Kościele jest im coraz bardziej obco i straszno. Tak jak w tym numerze „Tygodnika” opisuje to Jerzy Sosnowski.

Nie będę tłumaczył Jerzemu Sosnowskiemu, że święty Kościół jest Kościołem grzesznych ludzi, bo wie o tym nie gorzej niż ja. Przecież sam pisał: „w wielogłosowym Kościele jest nurt (niejeden; o wiele kwestii »moje autorytety« by się spierały), który nie pozwala robić z rzymskiego katolicyzmu czegoś nie-do-przyjęcia. Właśnie w imię tego nurtu spieram się z dzisiejszym Kościołem w Polsce. I trwam w nim (obecnie zdystansowany tak bardzo, że już prawie na zewnątrz, ale jednak tylko „prawie”), mimo zachęt ekspertów od życia duchowego…”.

Yves Congar, dominikanin i teolog, który opisał udręki...

4035

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Mam takie wrażenie, że owo dziecko samo się z kąpielą wylewa. Proboszcz mojej parafii to straszliwy niezguła, od jego nastania frekwencja spadła dobrze o 50%. Nie to że ludzie przestali chodzić do kościoła, przenieśli się do innych parafii. Praktycznie upadły wszystkie przy parafialne organizacje, od Caritas po chór, rozpadają się róże różańcowe. Nie to, że robi komuś pod górkę, on ma to wszystko w nosie, albo po prostu nie potrafi. Zapomina o spotkaniach, o intencjach, nawet zdarzyło mu się zapomnieć o pogrzebie. Na mszach coś tam sobie pod nosem mruczy, ale o co chodzi nie wiadomo, ze strony internetowej niczego dowiedzieć się nie sposób. Sąsiadujemy z parafią, gdzie proboszcz jest gejzerem aktywności, wszędzie go pełno, wszystkich zna. W dwa lata wybudował kościół bez zrzędzenia o pieniądze, tam chodzi do kościoła większość naszej parafii. Z żoną jeździmy też po okolicznych kościołach, bo i po co się irytować i głupio komentować, niedziela nie jest od tego. Powiem tak, za wyjątkiem wspomnianej parafii, może jeszcze w kilku coś się dzieje. W zasadzie rządzą starzy proboszczowie, są skonfliktowani z miejscowymi, a ich wikariusze nie mają nic do powiedzenia. Zresztą też są tacy jacyś bez jaj. Nie pogadasz z nimi, mają tak wyprane mózgi, że boli głowa, Są kiepsko wykształceni, z mocno ograniczonymi horyzontami. Być może ta bylejakość wynika z kiepskiego, nie dostosowanego do dzisiejszych czasów kształcenia, a być może z braku napływu odpowiednich na poziomie kandydatów do seminariów. Nie wiem czy spadek autorytetu księży to skutek czy przyczyna, ale nie jest dobrze. Ten cały Klerykalizm jest mocno przereklamowany, ale coś w tym jest, sutanna czyni z człowieka kogoś „lepszego”. Nie rozumiem przyczyn pazerności, tego parcia na przyozdabianie swych kościołów w wszelakie zbytki, może budują w ten sposób swój prestiż w swoim środowisku. W sumie smutne mają życie i jest mi po prostu ich żal, szczególnie tych starych, którzy wypadli z obiegu. Myślę sobie, że to ich smutne życie dostrzega młode pokolenie, dlatego nie garnie się do życia konsekrowanego. To smutne życie kapłanów przekłada się na cały obrządek, nawet w święta Bożego Narodzenia jest w naszym kościele tak jakoś smutno i melancholijnie, a nawet martyrologicznie. Nawet przykazanie, byśmy się wzajemnie miłowali, sprowadziliśmy do nadstawiania drugiego policzka, do miłowania naszych nieprzyjaciół, a miłość do współmałżonka, dziewczyny i chłopaka do antykoncepcji, aborcji, in-vitro, związków niesakramentalnych i grzesznego seksu. Coś w tym wszystkim chyba jest nie tak.

zdaję sobie sprawę, że Autorowi trudno kontestować przekaz, który od dawna stanowił podstawową linię obrony i usprawiedliwiania wszelkiej maści dziadostwa jakie się wewnątrz lub z powodu kościoła działo - ale na litość boską, niechby nawet ksiądz faktycznie tak uważał, tylko po co się z tą skompromitowaną formułką publicznie obnosić

skoro ponoć tych czarnych owiec wśród kleru niewiele, to ja się pytam czemu olbrzymie stado rzekomo porządnych i uczciwych daje się im za nos wodzić przez tak długi czas, i czemu dopiero teraz, kiedy widać, że nic nie zatrzyma lawiny, zaczyna nieśmiało pobekiwać ?

Trochę nie mogę uwierzyć, że właśnie w tej gazecie i od tego księdza przeczytałam takie słowa. Nie chcę hejtować, nie o to chodzi, ale przepraszam, jestem wkurzona. Z odkrywczych spostrzeżeń brakuje jeszcze tylko, że księża są jak samoloty. A chciałam powiedzieć, chociaż to pewnie niedużo zmieni, że kiedyś też powtarzałam te slogany i dosyć w sumie powątpiewałam, kiedy ktoś zniechęcał się do Kościoła "bo księża", dopóki sama - aktywna w parafii, aktywna w Kościele, fanka i obrończyni Kościoła, przez ową aktywność poznałam Kościół z drugiej strony ołtarza. I jako osoba upatrująca w wyznawanej religii sedno własnej tożsamości czuję się mocno ograbiona, oszukana i zraniona i zaświadczam, że wyżej napisane słowa do Kościoła (i księży...) mnie nie przyciągnęły, a jeszcze bardziej zasmuciły. I absolutnie proszę mimo wszystko nie brać tego do siebie, ale ten artykuł jeszcze mocniej mi uzmysłowił, że organicznie niemożliwe jest, żeby osoby takie jak ja zostały przez księży w stu procentach zrozumiane. PS Mam nadzieję, że mój komentarz nie będzie odebrany jako atak czy mowa nienawiści, tylko jako mowa rozgoryczenia i rozczarowania, czym w istocie jest.

Czasami mam wrażenie, że wśród ludzi, którzy piastują stanowiska w Kościele panuje taki przymus bycia naukowcem. Chrystus nie był naukowcem. Za to był z celnikami, z nierządnicami, z trędowatymi. Myślę, że w wielu sytuacjach "produkcja" kościelna jest przegadana, przemadrzała przenaukowa. Taka, która do szarego człowieka nie trafia.

Chodziłem do kościoła z wielką wiarą, że ksiądz chociaż grzeszny to mniej grzeszny niż ja. Byłem pewien, że biskup chociaż grzeszny to mniej grzeszny niż proboszcz lub wikary. Papież chociaż grzeszny to mniej grzeszny niż biskup czy kardynał. Nie mam wagi do ważenia grzechów, jednak jako prosty człowiek nie mogę chodzić już do kościoła żeby nie stracić wiary w Boga. Jestem pewien, że zło jest bardzo medialne, ale kościół ma do dyspozycji, swoje środki przekazu poza prasą, radiem i telewizją to przede wszystkim tysiące ambon, Niech pokazuje dobro, które czyni przy pomocy dobrych ludzi. Autorytetem dla wiernych jest "personel naziemny" kościoła.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]