Reklama

Do jakiej Polski przyjedzie papież

Do jakiej Polski przyjedzie papież

04.07.2016
Czyta się kilka minut
Nie ja jeden próbuję wskazać najważniejsze momenty, które tak dramatycznie podzieliły nasz naród. Ale jestem chyba jednym z pierwszych mówiących z wewnątrz Kościoła, którzy nie boją się słów krytycznych pod jego adresem.
Fot. Grażyna Makara
W

W swojej ostatniej książce „Zła zmiana” Aleksander Hall napisał: „nad moim krajem zgromadziły się czarne chmury”. To prawda. Choć nie żyjemy już pod obcą okupacją, mamy pełną suwerenność, gospodarka ma się coraz lepiej, to jednak doświadczamy wielkiej – jak by powiedział Rosjanin – „smuty”. Naród został tragicznie podzielony. Między Polakami wyrosły mury tak wysokie, że czasem wydaje się, iż nie ma już jednego narodu, ale dwa, i to wrogie, pragnące się nawzajem zniszczyć.

Do budowy tych murów wszyscyśmy dokładali cegiełki – tu nie ma niewinnych. Dla mnie osobiście najsmutniejsze jest jednak to, że do podziału Polaków ręce przyłożyliśmy także my, duchowni. Jakbyśmy zapomnieli o wskazaniach soborowej konstytucji „Lumen gentium”, która definiuje istotne zadania Kościoła i pokazuje kierunek, w którym powinniśmy iść. Czytamy w niej: „Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”. Kościół w świecie ma więc do spełnienia dwa zadania – jednoczenia z Bogiem i jednoczenia ludzi. Między tymi dwoma zadaniami jest sprzężenie zwrotne: im bardziej Kościół łączy ludzi z Bogiem, tym bardziej łączy ludzi między sobą, ale też im bardziej oddziela ludzi od siebie, tym mocniej oddziela ludzi od Boga. Niesamowita odpowiedzialność!
Wszyscy pragniemy, aby mury między nami runęły. Wydaje się jednak, że aby to pragnienie się ziściło, musimy zobaczyć, jak wyrosły.

Nie sposób precyzyjnie opisać akcji ich budowania. Nie ja jeden też taką próbę podejmuję. Ale jestem chyba jednym z pierwszych mówiących z wewnątrz Kościoła, który nie boi się słów krytycznych pod adresem jego przedstawicieli – a Kościół jest moją miłością, choć czasem bardzo trudną.

Już w czasie trwania Okrągłego Stołu wiele osób wołało, że oto nastąpił podział „łupów” między „czerwonych” i dopuszczonych do „koryta” opozycjonistów. W miarę upływu czasu ten głos się wzmagał i coraz więcej ludzi wyrażało pogląd, że Okrągły Stół jest źródłem wszelkiego zła. Ten niesprawiedliwy i destrukcyjny sąd nie spotkał się, niestety, z należytą ripostą. A przedstawiciele Kościoła – co mówili? Abp Tadeusz Gocłowski, naoczny świadek tamtych wydarzeń, wielokrotnie dawał świadectwo o uczciwości strony solidarnościowej. Z innymi przedstawicielami Kościoła było różnie. Nie tak dawno bp Wacław Mering powiedział: „Coraz więcej informacji związanych z tamtym czasem każe oceniać Okrągły Stół i Magdalenkę zdecydowanie negatywnie: uniknięto rewolucji, ale kłamstwo, oszustwo i cwaniactwo dalej były obecne w życiu kraju. Najwyższy czas na zmianę!”.

Mit o ruinie

Lata rządów PO-PSL wzmocniły mur. Były to lata „tłuste”, by wspomnieć choćby o sukcesach gospodarczych czy o wzroście znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. Ale były to także lata „chude” w zakresie etosu życia społecznego i obywatelskiego. Czesław Bielecki w swoich tekstach pokazuje, być może z pewną przesadą, całą mizerię naszego życia publicznego w tamtym okresie: klientyzm, kumoterstwo, korupcję, a nade wszystko brak praworządności.

Tylko czy można przekreślać wszystko, czego wówczas dokonano? Niestety, tak się dzisiaj robi. Mamy do czynienia z niezrozumiałym i całkowitym odrzuceniem dorobku tamtych lat, co ilustruje powtarzane w okresie ostatnich wyborów wyrażenie: „Polska w ruinie”, i co potwierdza bardzo ważny polityk, głoszący, że „Polska nie wydobyła się nigdy z komunizmu – dzięki tajnym porozumieniom z liberałami”.

Nie tylko przekreśla się dorobek poprzednich rządów – przekreśla się także zasłużonych dla Polski ludzi, a czynią to, o dziwo, poważne i szanowane osoby. Tytułem przykładu: profesor filozofii UJ mówi o Bronisławie Komorowskim, że był to „najbardziej małostkowy i złośliwy, a mówiąc dosadniej: świniowaty marszałek Sejmu w historii III RP”. I że nie kto inny, ale Komorowski „usiłuje na fundamentalnym kłamstwie ugrać dla siebie prezydenturę”. Zamilczę, co mówią o prezydencie Lechu Wałęsie ludzie, którzy dla Polski nie zrobili nic albo prawie nic.

Jakie, na tym tle, jest stanowisko ludzi Kościoła? Wiele osób duchownych postponuje dorobek III RP i znieważa ludzi, ale ograniczę się do jednej wypowiedzi – księdza profesora stale współpracującego z „Naszym Dziennikiem”. Ludzie poprzedniej ekipy rządowej, mówi tenże ksiądz profesor, to grupa „bezkarnych cyników, kpiących z narodu”. Ciągle zadaję sobie pytanie, skąd autor tych słów, a także inni księża podobnie myślący, czerpią natchnienie do swoich sądów, bo chyba nie z Ewangelii.

Smoleński cios

Przyszedł wreszcie dzień 10 kwietnia 2010 r. Wydawało się zrazu, że tragizm katastrofy smoleńskiej rozwali mur, ale stało się inaczej: urósł on do niebotycznej wysokości. Pojawiła się absurdalna teza o zamachu, za który miała odpowiadać przede wszystkim Moskwa, ale nie tylko ona, bo także polski rząd, uwikłany w zdradzieckie porozumienie z rządem rosyjskim. Jak w koszmarnym śnie znajdowano „niezbite dowody” – a to na rozpylenie sztucznej mgły, a to na serię wybuchów w samolocie, w rezultacie czego rozpadł się on w powietrzu, a to na dobijanie żywych jeszcze pasażerów… Nowe „dowody” na zamach, w którym brali udział ówcześnie Polską rządzący, w pewnym okresie pojawiały się niemal codziennie.

Najwybitniejsi specjaliści od katastrof lotniczych tłumaczyli wprawdzie, że są to tezy zwykłych ignorantów: że przyczyny katastrofy są należycie i wystarczająco wyjaśnione, że na wszystkie wątpliwości zgłaszane przez tzw. zespół Macierewicza udzielono fachowych odpowiedzi, że wszystkie problemy techniczne badało kilka zespołów. Moralne autorytety prosiły, aby zarówno dla dobra rodzin, które straciły bliskich, jak dla dobra Polski przestać jątrzyć. Ale Antoni Macierewicz, wspierany przez prezesa PiS, który wprost powiedział: „zamordowano 96 osób, to niesłychana zbrodnia”, uporczywie głosił i głosi, że prawda jest nieznana, a zamach i wybuch są bezdyskusyjne. Ta teza została zaakceptowana – i to jest dramat – przez dużą część narodu, przy znacznym, a może nawet decydującym udziale przedstawicieli Kościoła, o czym za chwilę.

Oskarżenie o zdradę

W ciągu blisko 30 lat po odzyskaniu niepodległości wielokrotnie i w różnych kontekstach pojawiało się słowo „zdrada”, ale teraz tym słowem piętnowano rządzących, a przede wszystkim premiera Tuska i „uzurpatora”, jak mówiono o prezydencie Komorowskim. To słowo pojawia się do dziś – nawet w ostatnich dniach aktualny marszałek Senatu pozwolił sobie powiedzieć: „Donald Tusk zdradził Pana Prezydenta. Zdradził go na pewno”.

Przywykliśmy do nienawistnych słów i nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że oskarżenie o zdradę rozdziera wspólnotę rodzinną, a także wspólnotę narodową i kościelną. Takie oskarżenie jest brzemienne: jeden z wybitnych socjologów twierdzi, że „wystarczy bezpodstawnie oskarżyć przywódców państwa o zdradę, aby wspólnota zaczęła pękać”.

I właśnie z tym mamy do czynienia. Można przymknąć oczy na różne epitety, ale nie można przejść obojętnie obok zarzutu zdrady, a zwłaszcza zdrady narodu przez demokratycznie wybranych przywódców.

A jeśli już mówimy o spustoszeniu, jakie spowodowała teza o zamachu w Smoleńsku, to trzeba dodać, że nonszalanckie oskarżenie Rosjan o dokonanie zamachu wzmocniło ich niechęć do Polaków i utwierdziło opinię, że jesteśmy maniakalnymi rusofobami. To źle wróży na przyszłość. Utrzymuję żywy kontakt z Rosjanami. Oni nie potrafią zrozumieć, na jakiej podstawie minister polskiego rządu może powiedzieć: „to był zamach, winien jest Putin”.

Naturalnie, polski rząd nie jest bez winy. Rozmiar jego zaniedbań przedstawia raport NIK, który ukazał się w maju 2011 r. Kontrolerzy Izby badali procedury organizacji lotów i zapewnienia bezpieczeństwa najważniejszych osób w państwie. Kancelaria Premiera, MON, MSWiA, MSZ, dowództwo sił powietrznych, 36. pułk odpowiedzialny za loty VIP-ów – wszystkie one dostały ocenę negatywną. Dla wyjaśnienia tragedii powołano również komisję rządową, pod przewodnictwem min. Jerzego Millera, śledztwo prowadziła także Prokuratura Wojskowa. Ich ustalenia są jednoznaczne. Narzuca się pytanie, czy polski obywatel, szanujący swoje państwo, może w swoim sumieniu całkowicie je zignorować? A czy może je ignorować polski duchowny, a tym bardziej polski hierarcha, szanujący swój kraj, dbający o pokój społeczny, świadom rozdziału Kościoła od państwa i świadom wagi swoich słów?

Katastrofa była w dużej mierze wynikiem chaosu, nieprzestrzegania reguł obowiązujących przy organizacji podróży najważniejszych osób w państwie i zwyczajowego polskiego „jakoś to będzie”. Ale nawet najbardziej karygodna organizacja nie jest jeszcze zdradą.

Akty bałwochwalstwa

Wyżej napisałem, że do utrwalenia przekonania, iż w Smoleńsku miał miejsce zamach, a nie zwykły, choć niezwykle tragiczny wypadek, przyczynili i przyczyniają się przedstawiciele Kościoła. Niekiedy odnosi się nawet wrażenie, że niektórzy duchowni traktują polskie państwo jak nie polski, ale obcy twór. Współgra to ze słowami prezesa Kaczyńskiego, że Polska to „kondominium rosyjsko-niemieckie”.

Najdobitniej przejawia się to podczas tzw. miesięcznic. Rozpoczynają się one mszami w katedrze warszawskiej. Nabożeństwa te przeradzają się często w wiec polityczny, a wygłaszane kazania – w atak na prawowite władze z czasów katastrofy. Ktoś powiedział, i ja się w pełni z tym zgadzam, że msze polityczne to akty bałwochwalstwa...

Po mszach odbywa się marsz, przeplatany – pożal się, Boże – modlitwą, a na końcu następują przemówienia, często urągające prawdzie, a zawsze oskarżające przeciwników politycznych o fałsz i chęć ukrycia prawdy. Obecni na marszach duchowni ośmieszają i profanują akty religijne (żałosne egzorcyzmy ks. Stanisława Małkowskiego).

Te miesięcznice wydają się prawdopodobnie uczestnikom „gorliwą modlitwą” oraz „krynicą prawdy i dobra”, ale tak naprawdę – ośmielam się to głośno powiedzieć – dzielą naród. Należałoby skończyć z wykorzystywaniem Eucharystii do celów politycznych, i to moralnie dwuznacznych, bo to jest naprawdę bałwochwalstwo.

„Słowo boże”

W ciągu sześciu lat wygłoszono z ambony setki dzielących naród i niegodnych Kościoła kazań. Z zażenowaniem, ale i z przekonaniem, że o takich sprawach nie można milczeć, zacytuję kilka urywków z najświeższych – i to wygłoszonych przez liczących się księży biskupów. W rocznicę smoleńskiej tragedii abp Marek Jędraszewski mówił o fałszu, który oplótł smoleńską tragedię: „Prawda z trudem przebija się przez zasieki kłamstw, które od samego początku były podawane do publicznej wiadomości (…) Rząd polski świadomie oddał śledztwo w ręce Rosjan, zgadzając się na zastosowanie konwencji chicagowskiej, by za nic nie odpowiadać”… Skoro autor tych słów uważa, że badający katastrofę specjaliści głoszą fałsz, to jaka powinna być prawda, aby zadowoliła Ekscelencję?

Podobnie, ale jeszcze mocniej, przemawiał abp Sławoj Leszek Głódź: „Po sześciu latach od tamtej tragedii wielu z nas stawia pytanie, kiedy rozpoczął się proceder zasypywania pamięci o smoleńskiej tragedii, jej niszczenia, spychania w cień, więcej – wyszydzania. Co i raz rozlegał się prześmiewczy rechot kabaretowych kalamburów, knajackich żartów, prostackiej kpiny.

Niezważających na to, co jest podstawą ludzkiej kultury i szacunku dla zmarłych, powagi wobec ludzkiej śmierci… Z rozmysłem przekreślona została wielka szansa integracji polskiej wspólnoty na płaszczyźnie wyjaśnienia przyczyn tragedii smoleńskiej, ich szerokiego kontekstu. (…) Ten lot smoleński wciąż trwa. Zakończyć się powinien na lądowisku prawdy”. Jeden z komentatorów tego kazania napisał, co ze wstydem cytuję: „Boże, widzisz to, słyszysz to i nie grzmisz? Przecież to nie Słowo Boże, ale polityczna agitka, insynuacje, kłamstwa, manipulacje (…). To spiskowanie, zamach na Polskę, Polaków”. Pewnie ów komentator nieco przesadził, ale jednak takie przemówienia naprawdę sprawiają, że mury wciąż rosną.

Inny przykład dotyczy jednej z najpiękniejszych kart w naszej powojennej historii: radomskiego Czerwca ’76 i tego, co nastąpiło potem. Młodzi ludzie z Warszawy, nie zważając na grożące im niebezpieczeństwa, jeździli wówczas z pomocą do robotników – to wtedy zrodziła się Solidarność! W ostatnich dniach, z okazji 40. rocznicy tych wydarzeń, w obecności pana prezydenta i pani premier odprawiono mszę, podczas której przemawiał bp Piotr Libera. Biskup zapewne nie wie, czym był ów Czerwiec, bo uznał za stosowne powiedzieć, że polskie media zostały przejęte przez „resortowe dzieci”, a polskiej kulturze zagraża „lewacka polityka multi-kulti”, niszcząca chrześcijańskie wartości. Po takim „słowie bożym”, mówię to z pełną odpowiedzialnością, wielu ludzi zastanawia się, czy chodzić do kościoła.

Konsekracja kościoła pw. NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II, wybudowanego z inicjatywy o. Tadeusza Rydzyka, Toruń, 18 maja 2016 r. / FOT. GRZEGORZ OLKOWSKI / POLSKA PRESS / EAST NEWS
Konsekracja kościoła pw. NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II, wybudowanego z inicjatywy o. Tadeusza Rydzyka, Toruń, 18 maja 2016 r. / FOT. GRZEGORZ OLKOWSKI / POLSKA PRESS / EAST NEWS

Światło nad ojczyzną

Kolejna odsłona, którą trzeba uwzględnić, gdy się myśli o rosnącym podziale narodu, to wybory prezydenckie, wybory do parlamentu oraz gruntowne „reformowanie” państwa przez nowy rząd. Do tej odsłony należy także reakcja partii opozycyjnych oraz działalność KOD-u. Tu także widać działania i wypowiedzi przedstawicieli Kościoła.

Wielu rodaków przyjęło wybór Andrzeja Dudy na prezydenta jako dar od Boga. Bp Józef Wysocki w amerykańskiej Częstochowie, w obecności premier Szydło, mówił: „Chciałbym powiedzieć (…) jak bardzo panią wszyscy kochamy. I podziękować pani, całemu rządowi i wszystkim, którzy podejmują to wielkie zadanie naprawy (…) otrzymaliśmy Pana Prezydenta, to jest dar od Pana Boga. Otrzymaliśmy panią jako wielki dar i wszystko będziemy czynili, żeby tego nie zmarnować”. Natomiast bp Kazimierz Ryczan podczas pierwszomajowej mszy powiedział: „Polacy przy pomocy demokratycznych wyborów postanowili zmienić dotychczasowy sposób rządzenia Ojczyzną (…). Pan Bóg dał nam w darze Prezydenta, dla którego wiara i wierność tradycjom narodowym jest przewodnikiem w służbie narodów”.

Przyznam, że na oświadczenia biskupów Wysockiego i Ryczana, a także wielu innych duchownych, odpowiadałem „amen”: to dobrze, niech tak będzie. Daj nam, Panie Boże, w życiu publicznym uruchomić moc prawdy, sprawiedliwości i miłości. Ale bp Ryczan nie zakończył przemówienia na wyrażeniu radości, lecz mówił dalej: „Neoliberałowie i postkomuniści spod sztandarów partii lewicowych, zjednoczeni duchem Unii Europejskiej wychodzą na ulice, by obalić nowy rząd i prezydenta (…) Donoszą kłamstwa do Unii i dokonują zdrady jak Targowica”. Niestety, na takie słowa nie potrafiłem już powiedzieć „amen”.

Podobna euforia ogarnęła wielu ludzi Kościoła po zwycięstwie PiS w wyborach parlamentarnych. Ks. prof. Czesław Bartnik uważa, że dokonało się „zmartwychwstanie Polski”. Pisze: „Większość wyborców przed 1050. rocznicą chrztu Polski przebudziła się, ożyła i dokonała wyborów nadziei rezurekcyjnej (…) Nad Ojczyzną wschodzi światło, pokój, radość, przyszłość, chęć życia i działania, zmartwychwstanie przez pracę (C.K. Norwid) i sens wspólnoty. Pierzcha smród totalnego zakłamania, korupcji, oskarżeń, podłości i zniewolenia. Jawi się blask prawdy, życia, błogość dobra, czar piękna świata i człowieka, wiara w sens polityki i walki o najwspanialszą Polskę”.

Tako rzecze ksiądz profesor. Jak było za Tuska i jak jest za Kaczyńskiego? Smród i zapach, podłość i błogość dobra, ciemność i blask.

Wstawanie z kolan

Muszę jasno powiedzieć, że ośmioletnie rządy PO-PSL zmęczyły Polaków. Wiele osób, także ja, czekało na „świeże powietrze”. Niech mi więc nikt nie zarzuca, że jestem piewcą poprzedniej ekipy. Partia Jarosława Kaczyńskiego, obok różnych obaw, związanych m.in. z wprowadzeniem na wysokie stanowiska rządowe ludzi skompromitowanych, przynosiła wiele sensownych propozycji. Jeśli finanse wytrzymają, program 500 plus będzie jej wielkim osiągnięciem. O ile wiem, wprowadzenie do rządu Mateusza Morawieckiego, a następnie jego „plan”, przyjęto w kołach gospodarczych z pewną ulgą. A więc: przyszła nadzieja.

Niestety, niemal każdy dzień tzw. dobrej zmiany tę nadzieję umniejszał. Ogłoszono, że dotychczas w Polsce panował komunizm. 25 minionych lat, a zwłaszcza 8 ostatnich, to budowanie naszego kraju przez kolesiów, karierowiczów, złodziejów i zdrajców – tak mówiono. Ogłoszono, że doprowadzono kraj do ruiny nie tylko materialnej, ale co gorsze, moralnej. Przed nową władzą stanęło zadanie zbudowania niemal wszystkiego od początku. Odsunięci od władzy – przewidywano – będą z pewnością krzyczeć, a nawet zdradziecko odwoływać się do obcych, ale nie można inaczej: trzeba wypełniać zadanie, do którego Opatrzność i naród wybrały partię Jarosława Kaczyńskiego. W ramach czyszczenia przedpola i akcji „Polska z kolan wstaje” uroczyście ogłoszono, że aktualna opozycja to „V kolumna obcych interesów w Polsce”, to „bezczelni zdrajcy” i współczesna „Targowica”. Takie słowa, trzeba to zauważyć, to nie są zwykłe epitety, tylko trucizna, która wsiąka w ludzi.

Przyszły wreszcie konkretne „działania naprawcze”, a wśród nich przede wszystkim moment, gdy rządzący postanowili „naprawić” Trybunał Konstytucyjny. Manipulacje wokół Trybunału stały się sygnałem dla świata, że w Polsce łamane jest prawo i zagrożona demokracja.

Opluwanie Trybunału

Nie mam kompetencji, by definitywnie rozstrzygać, kto ma rację. Polegam na autorytetach, a wszystkie polskie autorytety prawnicze twierdzą, że to, co czyni rząd, jest zamachem na Trybunał Konstytucyjny, a zamach na Trybunał jest zamachem na demokrację. Prof. Adam Strzembosz, były prezes Sądu Najwyższego, powiedział: „Jestem starym człowiekiem, któremu wolno dokonywać pewnych ocen, nawet śmiałych. Moim zdaniem pan prezydent Duda parokrotnie złamał konstytucję”. I dalej: „zareagowałem na to, co obóz PiS wyrabia z Trybunałem Konstytucyjnym. Przyjmowanie ślubowania od sędziów kwadrans po północy pod nadzorem Jarosława Kaczyńskiego to dla głowy państwa upokorzenie”.

Prof. Andrzej Zoll, który dla wielu osób (także dla piszącego te słowa) jest niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie prawa, i którego nie sposób posądzić ani o lewactwo, ani o zgniły liberalizm, mówił z kolei: „prawicowa partia bawi się w niebezpieczne modyfikowanie demokracji”.

Tymczasem wśród zwolenników PiS trwa wyścig, kto bardziej spostponuje Trybunał Konstytucyjny i bardziej podepcze autorytety prawnicze. Lista startujących w tym wyścigu jest długa, więc wymienię tylko niektórych. Znany dziennikarz Jerzy Jachowicz pisze o stanowisku Sądu Najwyższego, stającego w obronie Trybunału Konstytucyjnego: „Inicjatorom nie chodzi o przestrzeganie prawa. Ich celem jest ochrona własnych przywilejów. Utrzymania dotychczasowej pozycji, w tym zapewnienia sobie bezkarności. Pozostawania bycia nietykalnym (…) Nie trzeba wielkiej wnikliwości, by zobaczyć, że prof. Rzepliński od pierwszych dni po zdobyciu władzy przez PiS reprezentuje w każdym swoim geście i prawnej decyzji interesy PO”. Posłanka Beata Mazurek spostponowała sędziów Sądu Najwyższego, przypisując im prywatę i określając mianem „kolesie”. Jestem zdziwiony, że partyjni koledzy (kolesie?) nie widzą w tej wypowiedzi nic złego.

Problem w tym, że w wyścigu opluwania Trybunału pierwsze miejsce trzeba przyznać osobie duchownej, ks. prof. Pawłowi Bortkiewiczowi. 11 marca 2016 r. zamieścił on w „Naszym Dzienniku” tekst „Nie jest mi do śmiechu”, w którym tryska specyficznym humorem. Pisze: „Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni”. I wyjaśnia: ornatem jest sędziowska toga, a bełkot werbalny jest dzwonieniem diablim ogonem. „A za owym ornatem i dzwonkiem mszalnym kryje się kudłaty diabełek, trochę wstrętny, trochę śmieszny”. Usprawiedliwieniem tych słów ma być to, że „tak zwany Trybunał Konstytucyjny” urządził farsę „nadwładzy i superwładzy, konsultowanej z elitą partyjną opozycji”. Trybunał Konstytucyjny jest więc dla księdza profesora tak zwanym Trybunałem. Można oczywiście wszystko deptać, tylko pytanie, dokąd to prowadzi.

Seanse nienawiści

Kiedy dziś przyglądamy się publicznej scenie naszego kraju, nie sposób pominąć Komitetu Obrony Demokracji. Trzeba z przykrością powiedzieć, że nikt mocniej niż duchowni Kościoła katolickiego nie zarzucił jego działaczom podłości, a nawet zdrady. Bp Wacław Mering zestawiał kiedyś demonstracje w obronie telewizji Trwam z demonstracjami KOD. Te ostatnie, według biskupa, to „seanse nienawiści”. Mówi: „Celem tych demonstracji [w obronie Trwam – LW] nie było obalenie władzy. Słyszałem w ich trakcie słowa sprzeciwu wobec poszczególnych ustaw czy decyzji, nie zauważyłem jednak przejawów tak dzikiej nienawiści, jak w ostatnich demonstracjach KOD”. Główne „zło tkwi w nawoływaniu do przemocy, moralnej niegodziwości”.

Wspominany już ks. prof. Bortkiewicz pisze, że manifestujący przeciw obecnej władzy to „grupa ogłupiałych ludzi na ulicy”. W innym miejscu dodaje, że „chamstwo i draństwo wyległo jak karaluchy na ulice”. Dlatego ksiądz profesor jest już zmęczony „tym nieustannym jazgotem, wulgaryzmami, rzucanymi pod adresem wybranej przez nas władzy”.

I jeszcze jeden głos ze środka Kościoła. Ks. prof. Bartnik pisze: „Szok u przegranych osiągnął poziom szalonej wściekłości (…) »salon« z wściekłością atakuje bez przerwy wszystko, co autentycznie polskie i katolickie… żeby w ogóle Polska nie zmartwychwstała”. W „Gościu Niedzielnym” zaś, uważanym przez wielu za „katolicki tygodnik ponadpartyjny”, z artykułu Bogumiła Łozińskiego redakcja wyeksponowała wielkimi literami słowa: „Przeciwnikom PiS nie chodzi o demokrację, lecz o obronę interesów zagranicznego biznesu, utrzymywanie Polski w drugim szeregu UE oraz walkę z wartościami konserwatywnymi”.

Kiedy dotarło do mnie świadectwo biskupa Meringa, mówiące, że demonstracje KOD-u to „seanse nienawiści”, postanowiłem osobiście sprawę przebadać. Znalazłem sobie odpowiedni punkt obserwacyjny i przez niemal cztery godziny patrzyłem z bliska na demonstrantów, słuchałem skandowanych przez nich haseł, czytałem napisy na transparentach i ubraniach. Podobnie uczyniłem kiedyś, gdy demonstrowano w obronie „Trwam”. Może wszystkiego nie widziałem, ale o tym, co widziałem i słyszałem, zaświadczam: pełna kultura.

Podobnie ocenia marsze KOD-u prof. Henryk Samsonowicz: „Na kilku marszach byłem. Ludzie są tam życzliwi, żartują, skaczą. Śmiech ma wielką siłę. Nie bluzgają, jak na innych marszach, nienawiścią i wszystkimi możliwymi epitetami”. A jednak ksiądz biskup Mering głosi, że są to „seanse nienawiści”. Ciekawe, jaki ksiądz biskup obrał punkt obserwacyjny, że dostrzegł nienawiść?

Słowo i milczenie biskupów

Wielu moich znajomych pyta, dlaczego Episkopat milczy, kiedy w kraju szaleństwo goni za szaleństwem. Owszem, zabierają głos niektórzy księża biskupi, solidaryzując się na ogół z tym szaleństwem, ale głosu całego Episkopatu nie słychać. Sprawy chyba tak się potoczyły, że biskupi znaleźli się w sporym kłopocie...

A przecież głos Kościoła jest potrzebny. Nie ma potrzeby, aby biskupi stawali po którejś ze zwaśnionych stron, ale powinni przypominać podstawowe zasady nauki społecznej Kościoła i wzywać do autentycznego dialogu. Ktoś musi powiedzieć, jak buduje się wspólnotę, na czym polega przebaczenie i pojednanie, czym jest prawdziwy patriotyzm. Ktoś musi powiedzieć, że wielkim grzechem jest dzielenie ludzi i niesprawiedliwe ich oskarżanie. Być może trzeba także powiedzieć, jakie są warunki prawdziwej demokracji. Jan Paweł II mówił w 1995 r. w USA: „Demokracja potrzebuje mądrości, demokracja potrzebuje cnoty, w przeciwnym wypadku może obrócić się przeciwko wszystkiemu, czego ma bronić i do czego ma zachęcać”.

Piszę o tym, bo mam wrażenie, że najgroźniejsze jest jeszcze przed nami. Oto krok po kroku dokonuje się w Polsce sakralizacja władzy politycznej. W jednym z wielu tekstów na ten temat Ewa Polak-Pałkiewicz nawiązuje do chrztu Mieszka I i ujawnia, że zasadniczym zadaniem polskich władz wybranych w wolnych wyborach jest budowanie państwa na fundamencie Boga – Trójcy Świętej. Pisze, a redakcja „Plusa Minusa” to zdanie wytłuszcza: „Nie »demokracja i wartości chrześcijańskie« są dziś gwarantem trwania Rzeczypospolitej, lecz uznanie przez jej suwerenne władze polityczne bytowości Boga w Trójcy Świętej jedynego”.

Ramię Pana Boga

Można wstępnie pokusić się o naszkicowanie konsekwencji wynikającej z tego, że jakaś polityczna władza uzna siebie za „ramię Pana Boga”. Po pierwsze, taka władza jest przekonana, że Bóg jest po jej stronie, a każdy, kto się jej sprzeciwia, jest przeciwnikiem Boga i tego wszystkiego, co jest prawdą, dobrem i pięknem. Po drugie, władza, która buduje państwo na fundamencie Boga, nie może popełnić błędu: jej działania są zawsze moralne, natomiast przeciwnicy nieuchronnie popadają w amoralizm i nihilizm. Po trzecie: nie ma sensu prowadzić rozmów z przeciwnikami. Z heretykami się nie dyskutuje, ale się ich nawraca.

Władza polityczna, która uważa, że po jej stronie jest Pan Bóg, potrzebuje szerokiej, społecznej akceptacji „swojego wybraństwa”. I takie zabiegi w Polsce widzimy. Oto 18 maja, podczas konsekracji kościoła w Toruniu, zasiadła w kościelnej nawie niemal połowa Episkopatu, a także rząd Beaty Szydło i Jarosława Kaczyńskiego. Odbyła się konsekracja kościoła, ale nie tylko. Odbyła się także „beatyfikacja” tego rządu, a przede wszystkim prezesa PiS. Beatyfikacji dokonało dwu kardynałów i prawie 50 biskupów. Nie było żadnego „ale”, jak to przy beatyfikacji. Nie było mowy o potrzebie przebaczenia i pojednania, nie było wezwania do wspólnego budowania Ojczyzny czy apelu o zmianę stosunku do uchodźców. Odnosiło się wrażenie, że kościelna hierarchia traktuje ten rząd jak samą prawdę, samo dobro i samą cnotę. Nie jest tylko jasne, czy do tej „beatyfikacji” doszło spontanicznie, czy ktoś to genialnie wyreżyserował.

Czy w Polsce ma ktoś „klucz” do uporządkowania rosnącego z każdym dniem szaleństwa? Moim zdaniem klucz mają parlamentarzyści, i to przede wszystkim ci należący do klubu PiS. W ostatnich miesiącach chyba nikt w Polsce nie był tak bardzo upokarzany. Życzę im więc – parlamentarzystom, którzy są naszą nadzieją – aby zawsze szli za głosem sumienia. Nawet wtedy, gdyby mieli narazić się na gniew. Nawet wtedy, gdyby mieli stracić poselski mandat. ©

Autor jest dominikaninem, długoletnim duszpasterzem akademickim. W PRL działacz opozycji antykomunistycznej. Laureat Medalu Świętego Jerzego. Na łamach „TP” dokonywał wnikliwej diagnozy sytuacji w polskim Kościele, stawiając trudne pytania niektórym biskupom. W jednym z najbliższych numerów opublikujemy drugą część tego tekstu.

CZYTAJ TAKŻE:

  • Więcej artykułów o. Ludwika Wiśniewskiego na powszech.net/owisniewski
  • Ks. Adam Boniecki: Do jakiej Polski przyjedzie papież? Franciszek przyjedzie do Polski, lecz celem podróży są Światowe Dni Młodzieży. Papieska uwaga będzie więc przede wszystkim skierowana na uczestników tego wielkiego wydarzenia.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

do jakiej Polski? ale i do jakiego Kościoła przyjeżdża Papierz ? Kilka lat zadaję sobie pytanie , dlaczego przestałem chodzić do kościoła. Powyższe słowa oświeciły mnie ale i utwierdziły w przekonaniu że Kościół, w moim kraju od Boga odszedł.

Panie Andrzeju, to nie Kościół odszedł, a jedynie kościół... Do tego kościoła zaliczyć można: mury, te pozłacane anioły w Toruniu, działki budowlane, bogate samochody, wielu ludzi w czarnych sutannach a i w czerwonych też. Za tymi sutannami poszły tłumy zbałamuconych wiernych. Przepraszam jeżeli kogoś uraziłem.

'To nie Kościół...' No więc co zostało?

Ty, ja i jeszcze paru, kilkunastu, jednak wielu nas jest! No i ZAŁOŻYCIEL Kościoła - On jest ciągle i wieczny. Nie patrz tylko w ziemię przyjacielu, podnieś głowę do góry i myśl, myśl, myśl... Zacznij myśleć pozytywnie, chociaż przez chwilę a potem już poleci. Hej! No, chyba, że poszedłeś z tamtymi. To zawróć, zawsze masz czas. I co, działa?

Szanowny Panie, ja owszem myślę - konkretnie tak: najlepsze, co może krk w Polsce spotkać, to schizma tej przytłaczającej większości rydzykowo-michalikowo-hoserowo-narodowo-itepe, itede... .Ale to wariant hiperoptymistyczny. Watykan nie takie dziwolągi jak polski episkopat toleruje. Zaś realnie patrząc, trwał będzie i kisił się we własnym sosie ten twór cudaczny, owoc szatańskiej pychy i ludzkiej głupoty. Im bardziej pusto będzie w kościołach, tym chętniej lgnąć będą biskupi do salonów władzy świeckiej. Aż się kiedyś lud wzburzy i pogoni to tałatajstwo na cztery wiatry, dobrze, jeśli nie obije przy okazji. Ale na to trzeba jeszcze najmniej jednego pokolenia. Potem niedobitki o których Sz. P. wspomina będą mogły mówić o sobie 'kościół to my'.

Schizma to coś wyższego rzędu, raczej wynik różnic teologicznych np.Lefebryści. To co my mamy, to raczej sekta, która powstała jako produkt uboczny zbratania tronu i ołtarza. "Zbratanie" to kwitnie nam jak wiosną wiśnie, a kto nie popiera to wróg. Jednak nasza masa milczących i wkurzonych też rośnie. Nie jesteśmy wcale niedobitkami, jesteśmy raczej depozytariuszami tego co zdrowe i wyrosło ze źródeł. Nie takie zakręty Kościół przechodził i wychodził na prostą. Prośmy Boga aby czasami obecnych, choć tylko niektórych pasterzy nie spotkało to co miało miejsce ponad 200 lat temu i spotkało biskupów Kossakowskiego, Massalskiego z ówczesnym prymasem Poniatowskim, chociaż ten ostatni wywinął się sprytnie. W świetle tego faktu najśmieszniejszy okazuje się być abp Michalik przywołując tamte fakty jednak w swojej urojonej interpretacji. p.s. jestem tylko Jan bez dodatków Szanowny Pan, tak prościej jest.

I ja coraz częściej mam takie wrażenie. Bardzo trudno jest kochać kościół, który tak bardzo nienawidzi ludzi... Bardzo dziękuję za ten artykuł, właśnie dla takiego spokojnego i racjonalnego spojrzenia (bez bicia piany i szerzenia nienawiści) na to co się w Polsce dzieje Was czytam.

Czy ta analiza, przecież, jedna z wielu podobnych, ma jakiekolwiek szanse na poważne odniesienie się do niej przez kogokolwiek, kto ma jakąś władzę - kościelną, czy polityczną ? Psucie państwa, demolowanie autorytetów, stawianie murów. Ojciec Wiśniewski powiedział, że o ile stan finansów pozwoli, to program 500+ będzie wielkim plusem dla rządu. Nie jestem ekonomistą, ale coś tam, coś tam znam (jak powiedziała pani klasyk) i nie wydaje mi się, aby państwo polskie stać było na program w tej postaci (pamiętając o innych zaplanowanych i realizowanych niebagatelnych wydatkach). Mimo wszystko choć trochę wierzę, że analiza o. Wiśniewskiego będzie drążyła skałę.

Dla obecnej władzy jak widać nie ma żadnych autorytetów. Zarówno tej politycznej jak i kościelnej.... skoro przez niektórych nawet autorytet papieża jest negowany.... ALe milczenie nic nie pomoże. Trzeba pisać, trzeba mówić, trzeba skłaniać do refleksji

Do listopada 2015 byłem człowiekiem cieszącym się z możliwości zaglądania do kościoła. Miałem swoje ulubione świątynie, do których czasami zachodziłem by w ciszy pomodlić się i pomedytować. Fakt, że czyniłem to raczej wtedy, gdy nie było w nich mszy. Od kilku lat mój udział w niedzielnych nabożeństwach stopniowo stawał się coraz bardziej nieregularny, coraz mniej potrafiłem odnaleźć w nich odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i problemy, a coraz więcej rzeczy i postaw zaczęło mnie odpychać. Gdy w grudniu ub. roku demokratycznie wybrane władze mojego kraju zaczęły, łamiąc konstytucję, niszczyć demokratyczne państwo prawa, niedoskonałe, ale z takim trudem budowane, poczułem wielką potrzebę usłyszenia silnego głosu polskiego Kościoła w obronie nie tylko przecież ludzkich, ale także ewangelicznych praw człowieka - wolności, szacunku, godności. Tych praw, które przecież szanował Jezus nikomu siłą nie narzucając swojej nauki, a na każdego patrząc z miłością. Niestety polski Kościół milczał. A gdy się czasami odzywał było słychać głos tak sprzeczny z Ewangelią, głos przyłączający się do nacjonalistycznego odzierania z godności wszystkich "innych", nie zgadzających się z zachodzącą "dobrą zmianą". Przeżyłem wtedy wstrząs. Dogłębne doświadczenie, które wyryło się w mojej duszy i ciele - tak w ciele również. Poczułem wielki zawód i... strach. Strach przed Kościołem - tym pisanym z małej i dużej litery. Jestem z wykształcenia historykiem i mam swiadomość ile razy w historii chrześcijaństwa podli ludzie wykorzystywali Ewangelię do czynienia zła, by za nią ukryć własny grzech i upadek. W grudniu ub. roku poczułem, że to się znów dzieje, że polski Kościół zdradził naukę Jezusa, zdradził mnie - zwykłego chrześcijanina, próbującego po prostu żyć w zgodzie z przykazaniem miłości i własnym sumieniem. Dla sobie tylko znanych celów sprzymierzył się z ziemską władzą po to by odebrać mi wolność. Od tego czasu nie wchodzę do kościoła, nawet na krótką modlitwę - nie potrafię. Czuję strach - gdy raz spróbowałem, moje ciało, te starotestamentowe "trzewia i wątroba", krzyczało do mnie "nie wchodź, tam czeka cię zniewolenie". Mam świadomość, że to tylko moje osobiste doświadczenie. I tyle. Nic więcej. Ale dla mnie nie ma już mojego Kościoła - Kościoła Jana Pawła II, Miłości, tolerancji, szacunku do wszystkich ludzi i stworzeń na Ziemi. Teraz jest... STRACH!

Szanownemu Panu gratuluję - przede wszystkim uwolnienia się od kościelnych strachów, kleszych gróźb. Przeszedłem podobną drogę - wiem, jakie to błogosławione uczucie.

Od lat nie uczestniczę w ogóle w życiu KK, ale bacznie przypatruję się temu, jak Kościół Katolicki się zmienia. Czytam wypowiedzi księży, biskupów, czasem - streszczenia homilii. Czytuję regularnie TP. Artykuł o. Wiśniewskiego jest b. ponury, bo nie daje nawet krzyny nadziei na koniec opisywanego w tekście szaleństwa. Od lat noszę się z zamiarem apostazji. W ostatnich miesiącach decyzja, by przestać mieć cokolwiek wspólnego z KK, wykrystalizowała się i okrzepła. Nie chcę mieć NIC wspólnego, więc wystąpię z Kościoła.

Brawo Jerzy, "odważna i bohaterska" wręcz decyzja. Proponuję abyś dla podkreślenia tej decyzji kazał sobie jeszcze uciąć prawą dłoń, którą tyle lat czyniłeś znak krzyża i to na darmo. A co! Niech widzą jaki jesteś odważny. Przed tym całym aktem proponuję abyś prawdziwie zapoznał się z tym co obiecał Założyciel Kościoła tym, którzy będą do Niego przynależeć.

Hmmm... nie rozumiem, skąd szyderstwo. Niestety to typowe dla wielu polskich katolików, najbardziej dziś widocznych, nadających ton we współczesnym KK: okazywanie wyższości, pycha, brak empatii, może nawet pogarda (hmm.. dlaczego mówi Pan do mnie per Ty?!). Przez 20 lat obserwuję, co się dzieje w KK, i nie widzę w tej instytucji kontynuacji tego, co zaczął Założyciel. Doprawdy, nie wiem, co Pan rozumie pod słowami "naprawdę zapoznać się". Wolę nie wiedzieć. Chyba jednak nie chodzi Panu o Ewangelię, bo Pan o niej nie wspomina. Znak krzyża to zewnętrzna forma wyznania, a dla mnie takie formy są bez znaczenia - bez względu na religię. Troszkę więcej akceptacji dla różnorodności świata, drogi Panie - taki świat stworzył Bóg. Nie ma się co na to obrażać.

Pytanie o to "czym jest chrześcijaństwo"? Czy chrześcijanin, który widzi obok głoszone kłamstwo (czy inne zło), może milczeć? Czy milczeniem w obliczu zła przypadkiem nie dokonuje wyboru - którą drogą idzie? Gdzie jest wiara ludzi, od szeregowych parafian do członków Episkopatu?

"Po trzecie: nie ma sensu prowadzić rozmów z przeciwnikami. Z heretykami się nie dyskutuje, ale się ich nawraca." A kiedy nie dadzą się nawrócić, zabija. Pytanie kiedy w polskim Kościele przejdą do realizacji punktu drugiego? Bo wszystko zmierza w tym kierunku, znanym już z historii....

Ja nie jestem pełen nienawiści, Ty Jo.G, zakładam, że też nie. Znam jeszcze paru nam podobnych i Ty zapewne też. Jak się policzymy to będzie nas już wielu i to my stanowimy KOŚCIÓŁ. Ci co nienawidzą, to może tacy nieco intelektualnie zmęczeni, lub intelektualni inaczej. Oni tez w tym Kościele są. No, gorzej kiedy ci drudzy sprawują jakieś ważne funkcje w naszym Kościele. Tu zaczyna się problem opisany przez o. Ludwika. Kiedyś sp. o. Badeni [ też chodził w takim habicie jak o. Ludwik] patrząc na kolorowe zdjęcie członków Episkopatu w pełnej gali powiedział: O, jak to chłopstwo się poprzebierało. Myślę, że tu tkwi problem.

Kiedy dawno temu ktoś wymyślił powiedzenie"moherowe berety"-zatrzęsło z oburzenia Kościołem i niektórymi w Polsce!A może trzeba było inaczej-może trzeba było uczyć naród i te "moherowe berety"Jezusowego Kościoła ,a nie utwierdzać się w pseudokatolicyzmie i nienawiści??!!

zob.: http://paradoksydemokracji.blog.pl/2016/06/03/sukces-czy-porazka-refleksje-po-25-latach/

Bardzo odważy tekst...mocno mi zaimponował.

gott mit uns

Są takie dni jak dziś, gdy budzisz się rano i słyszysz o tym jak w nocy twój świat jest zawłaszczany. I wtedy przychodzi otucha z najmniej spodziewanego kierunku - od twojego akademickiego mentora sprzed 30 lat. I wiesz już, że nie jesteś sam, który tak myśli.

Zgadzam się w pełni z tym co o. Ludwik pisze. Obawiam się jednak, że gdy zaczną pustoszeć kościoły z powodu gorszącego zachowania wielu księży i biskupów o których tu mówimy, u ich następców może to nie spowodować refleksji. Pewnie sięgną do wypróbowanej retoryki mówiąc że nastąpił właśnie atak na kościół! Że ten nieskalany polski kościół jest (znowu) atakowany przez "lewacką zarazę" używając jakże głęboko katolickiego stwierdzenia bp Jędraszewskiego ( kazanie z okazji rocznicy powstania warszawskiego). I nic wówczas się nie zmieni. Po prostu polski kościół potrzebuje radykalnych zmian ale czy kiedykolwiek nastąpią? Inaczej to chocholi taniec... i tu zgoda. A niezgoda? Nie zamierzam występować z tego kościoła ze względu na jego Założyciela. Co najwyżej zamierzam częściej wychodzić z kazań o "lewackiej zarazie" i poczytać zamiast tego np ks Kaczkowskiego czego i innym życzę...

Polski Kościół potrzebuje pustych kościołów. Jedynie pusta taca może wypełnić olejem puste łby pod piuskami.

Opłacało się wstać rano aby takie głosy, jak te dwa ostatnie, przeczytać. Nie jest tak źle. Retoryka wielu głoszących pokrzywione, pogięte, nagięte słowo upadnie. Założyciel o to zadba. Z tą nadzieją zaczynam dzień.

...Ten Który Jest, który jest własną wolą i wszechmocą. Bóg chrześcijański, to nie nie bóg urojony na własne potrzeby ciasnej ludzkiej egzystencji. Bóg, to nie tylko "psychoteraupetyczny plasterek" na nasze mentalne i fizyczne słabości, ale przede wszystkim Zasada Istnienia, której my nie pojmujemy. Bóg Objawiony powiada: "moje drogi, nie są waszymi drogami".Fiat voluntas Tua-modlą się wszyscy chrześcjijanie. I Bóg wzywa człowieka do drogi, i to drogi przez pustynię. Bóg jest "dialektycznie" podzielony w Trójcy i w Trójcy jest zarazem zjednoczony w "małżeństwie". Małżeństwo to nie homogeniczny konglomerat indywiduów, ale dobranie się połówek dla uzupełnienia i prokreacji. Naród, tak samo jak rodzina, nie jest ideowym i funkcjonalnym homogenatem działającym w ramach jakieś ludzkiej koncepcji-rodzina kontynuuje życie, naród podąża drogą do Boga Ojca-takie jest przynajmniej chrzescijańskie wezwanie. Nie pacyfikujmy ludzkiego ducha na siłę perspektywą doraźnego dobrobytu i bezpieczeństwa-jedność chlewika nie tworzy z trzody Narodu. Jeżeli w Europie była kiedykolwiek spójna koncepcja porządku, to była to średniowieczna Christianitas. Tymczasem my, Polacy, tkwimy od setek lat pomiedzy "nowozytnymi tumorami" Moskwy i pruskiego Berlina. To oni zmietli swego czasu Polskę w imię nowego, "oświeconego" porządku. Póki jest Moskwa i Berlin, nie będzie w Polsce, ani miedzy Polakami spokoju-chyba że Niemcy wrocą do Kolonii i Akwizgranu, a Rusini do Kijowa. Albo Polacy wg lewackiego meintreamu, mentalnie zamienią się w trzodę,która chlew traktuje jak Namioty Pana. Choć trzoda jest także przeznaczona na ubój, a nie na trwanie.

Szanowny Pan zgrabnie połączył pseudoteologiczne blablabla z politykierskim manifestem, by z miejsca przejść do ideologicznego natarcia. No wypisz wymaluj Polski Katolik Wojujący AD 2016. Gratulacje, paru Szanownemu zaklaszcze. Ja jestem zniesmaczony, choć nie zaskoczony.

...tym bardziej dla tych z zasadami. Powiadają: "Jeszcze się taki(taka) nie narodził, co by wszystkim dogodził". Choć wbrew temu, panie reprezentujace najstarszy zawód świata, starają się dogodzić kazdemu klientowi; za okresloną cenę, oczywiście.

Drogi Jarosławie, chyba zbyt wcześnie wstałeś, przetrzyj mocno oczy, bo wątek tej dyskusji Ci się urwał. My tu o czym innym rozprawiamy, nikt tu nie atakuje Trójcy św a i Ty, zapewne posiadający wielką wiedzę teologiczną, tej tajemnicy nie zgłębiłeś i nie zgłębisz - chodzi o Trójcę. Może jaśniej, chociaż nieco jaśniej.

-nie czytałem komentarzy, co najwyżej rzuciłem na nie okiem. Ale z tego co zdążyłem uchwycić, to przebija się w komentarzach duch irenicznego pokoju za wszelką cenę. Mówiąc inaczej-odniosłem wrażenie (moze bardziej z treści artykułu, jak z komentarzy), że pod cnotę tolerancji podciąga się także konformizm "ciepłej kluchy", która nade wszystko ceni sobie "święty spokój". Otóż nie-pokój Chrystusowy, nie jest spokojem ustępstw dla samego spokoju. A życie, to ciagłe napięcie-nawet w sensie biologicznycm, to napięcie elektreczne(co prawda słabiutkie) w komórkach nerwowych przewodzących impulsy. Totalny spokój będziemy mieć na cmentarzu

Daleki jestem od entuzjazmu obserwując zmiany dokonywane przez ludzi związanych z Jarosławem Kaczyńskim. Jeszcze większą irytację budzą we mnie odsunięte od władzy elity, które zamiast ostro zabrać się do pracy aby odebrać Kaczyńskiemu władzę w najbliższych wyborach parlamentarnych stawiają na pielgrzymki ( jak na antyklerykałów przystało nie na Jasną Górę czy do Lourdes ale do Brukseli i do Berlina ). Ojciec Ludwik mija się z prawdą twierdząc, że "wszystkie polskie autorytety prawnicze twierdzą, że to, co czyni rząd, jest zamachem na Trybunał Konstytucyjny". Warto zapoznać się choćby z głośną sprawą profesora Zaradkiewicza. Powiedzieć, że profesor Rzepliński nie wykazuje dobrej woli to skłamać. Profesor Rzepliński prowadzi otwartą wojnę z legalnie wybranym rządem RP. Profesor Rzepliński od dawna już wykroczył poza kompetencje sędziego zapominając, że trójpodział władzy realnie istnieje tylko wtedy gdy władza ustawodawcza nie jest pozbawiana swoich kompetencji. Pomniejszanie roli władzy ustawodawczej oraz roli prezydenta ( ciała wyłonione w wyborach powszechnych ) czym z lubością w antyrządowych mediach oddaje się profesor Rzepliński jest działaniem destrukcyjnym dla polskiej demokracji.

Zgadzam się całkowicie z obrazem widzianym przez plainduncan, pod warunkiem że siedzę tuż obok niego. Nie należę do żadnej opcji politycznej i nie wytrzymałem kiedy przyrównano mnie do kupy kamieni. Ale teraz przyjmijmy takie założenie - powtarzane przez wielu, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co my obaj wtedy zobaczymy? Mimo wielu problemów gospodarczych a i politycznych nowy Sejm zabiera się najpierw do TK. Czy to nie budzi podejrzeń? Powołuje się nowych sędziów, czyli co? Obecni się nie nadają? Czy nie rodzą się kolejne podejrzenia ? Jeszcze tej nocy wiozą ich do prezydenta i w obecności Jarosława Kaczyńskiego , prezydent dokonuje zaprzysiężenia. W jakiej sytuacji zostaje postawiony ten prezydent i co on wtedy znaczy! Wreszcie kim w tek procedurze jest Kaczyński. Na miejscu prof Rzeplińskiego podejrzewałbym, że szykują jakiś zamach. I tak ta kulka się zaczęła toczyć, a teraz mamy już ogromną kulę. I tak ta kula się toczy, toczy, toczy ...... Teraz należałoby zapytać o. Ludwika z którego miejsca patrzył na to wszystko. A obecna opozycja to piaskownica, to prawda i przydałoby się aby przyszedł ktoś mocny i mądry i pogonił to towarzystwo. Myślę, że po raz kolejny będzie to wyborca. Wyborca bogatszy o doświadczenia minionych i obecnych czasów.

Było już o tym, że Jarosław zamachnął się na Barbarę, Donald na Lecha, a teraz, że znowu Jarosław wziął sobie za cel Andrzeja, profesora zresztą. No więc pan profesor boi się o swoje życie o czym nie omieszkał poinformować całego świata. Strach przed Kaczyńskim jest w Polsce dość popularny od jakichś 25 lat. Ciekawy jestem czy prezesa to bardziej martwi czy śmieszy. Mamo, mam metr pięćdziesiąt w kapeluszu a wszyscy wokół się mnie boją .....

Oczywiście, miałem na myśli "ten" zamach, a raczej liczne zamachy które Kaczyński pielęgnuje. Jego samego nikt nie widzi jako zamachowca ale ma "odważnych" ludzi, nieprawdaż? :))) Ani go to martwi, ani śmieszy ale napewno cieszy i to bardzo.

Oj boją się nas, boją i w kraju i za granicą.

Pan prezes sam się bardzo boi. Ochrona 24h. Wie że może skończyć jak Caucescu.

Różnimy się chyba co do rozumienia znaczenia tego słowa. Ojciec Ludwik z prawdą się nie mija - pominął tylko głos człowieka, który z uwagi na partykularny interes postanowił na kanwie poważnego konfliktu wypromować SIEBIE - jak donosi wczorajsza prasa został za to sowicie wynagrodzony przez "promotora" ciepłą posadką w spółce Skarbu Państwa. Osobiście nie widzę w takich postaciach ani krztyny autorytetu - jeśli nawet mają jakąkolwiek wiedzę merytoryczną, co dzisiaj nie jest wcale takie rzadkie, to wątpliwe aby umieli ją używać w sposób obiektywny i prawdziwy. Tu skupiono się na użyciu własnej inteligencji do wyszukania uzasadnienia dla tezy preferowanej przez zamawiającego dzieło - nie jest to szczególnie trudne, bo od zarania dziejów każda najgłupsza idea miała swoje uzasadnienie i zawsze jakieś uzasadnienie da się wymyślić - ale czy to świadczy o autorytecie? A swoją drogą strasznie kiepskie zaplecze ma ta nasza dobra zamiana skoro za specjalistę od prawa uznaje absolwentkę administracji a ze zdania jednego doktora czyni tarcze przeciwko całemu środowisku prawniczemu - tylko jeden dał się przekabacić?

Zdziwiły mnie komentarze, z których wynika, że niektórzy w artykule o. Wiśniewskiego znajdują uzasadnienie dla swojego wygodnictwa religijnego - przestali chodzić do kościoła. Nie zapominajmy, że należymy do wspólnoty grzesznych. Mszę zaczynamy od wyznania grzechów. W tym względzie artykuł nie jest czymś odkrywczym ale z pewnością jest świetną panoramą problemów i słabości jakie toczą polski Kościół. Niestety ze słów św. Pawła: nam została zlecona posługa jednania - niewiele sobie robimy również swoim odstępowaniem od wspólnoty.

A czy może mi Pan podpowiedzieć w jaki sposób mam jednać wspólnotę protestując przeciwko temu co "leci" z ambony? W jaki sposób mam wytłumaczyć księdzu, że oczekuję czegoś innego od polityki w Kościele?

Czy po to żeby pomimo własnej słabości i grzeszności kierować myśli i wolę ku poprawie czy po to żeby poczuć się lepszym "od tamtych celników" i napawać faktem że skoro Bóg z nami to kto przeciw nam oraz utwierdzać się w nienawiści do zboczeńców, genderów, komunistów i złodziei. Przyznaję się do wygodnictwa - po zmianie adresu było mi bardzo trudno regularnie zdążyć na mszę ale dopóki widziałam sens w tym wysiłku podejmowałam go - mobilizowałam też rodzinę. Kiedy usłyszałam kilka mądrości - zwątpiłam w sens tego wysiłku i zaczęłam chronić swoją rodzinę przed tymi mądrościami wybierając lepsze parafie. Gdzieś w okolicy dobrej zmiany zaczęła mnie prześladować myśl, że moje uczestnictwo na mszy (także tej prawdziwej nie będącej jedynie dodatkiem do politycznego ekspose) legitymizuje pozostałe działania hierarchów - i to był koniec. Nie umiem zapomnieć o tym, że moje szczere zaangażowanie religijne ma przełożenie na to się w kraju dzieje - a ponieważ tego nie popieram, nie okazuję żadnego zaangażowania. Nie przestałam wierzyć w Boga - po prostu nie udzielam się religijnie bo nie chce być członkiem takiego kościoła - jeśli on się zmieni, zmobilizuję się ponownie, jeśli nie - niech się napawa swoją wielkości beze mnie.

Wygodnictwem religijnym i moralnym skarleniem, hipokryzja i obłudą jest udawanie, że deszcz pada, gdy kapłan pluje z ambony prosto w twarz tobie i Jezusowi.

Niż polityki, oczywiście:-)

Trzeba mieć doprawdy wielkiego pecha aby regularnie trafiać na polityczne homilie w naszym Kościele katolickim. Owszem, mnie to się czasem zdarza, ale tylko czasem, wcale nie za często.

przynajmniej niektórych nie pocieszyć.Nie lękajcie się drodzy bracia i siostry, którzy robicie łaskę Panu Bogu i nie chodzicie do Kościołą, bo w swojej wielkości uznaliście, że jest on wam niepotrzebny. A ta wielkość ma imię,to wasz grzech. Grzech który po najmniejszej linii oporu chcecie scedować na innych. Na kogo? Księży, biskupów, bo to przecież nie WY, tylko ONI są winni. WY jesteście czyści, niepokalani, bez grzechu można powiedzieć. I oczywiście pałacie wielką troską o Kościół.Tak było, jest i będzie...To tak jak biblijni faryzeusze i uczeni w Piśmie, bardzo troszczyli się o prawdziwe dobro Boga, zapisane w Pismach, ale tylko na pokaz. Ilu z was to zakamuflowani sekciarze? Ja was znam, czuje nawet przez internet. Lata doświadczeń z takimi, jak wy.A zapomniałem. Miałem was, tak po katolicku pocieszyć. Wasza nadzieją są puste kościoły, te z muru, używając, waszego, pokrętnego języka. Ja w przeciwieństwie do was, jestem w Kościele i jestem z tego dumny.Jestem dumny z tego że jestem katolikiem i w tajemnicy powiem wam, że prędzej wasze kości, ulegną demineralizacji, niż wasze obłudne marzenia się spełnią.Marzenia są za darmo, to sobie marzcie. Z katolickim pozdrowieniem.

Drogi DRU gorycz przez Ciebie przemawia i nie czuję w Twoim głosie nic co chrześcijańskie, ani miłosierdzia, ani miłości, ani dobra... Postawiłeś sie w roli jedynego sprawiedliwego i dla ciebie w Kościele jest wszystko czarno - białe. Tak nie jest, jest wiele szarzyzny i my jednostki jesteśmy też szare i targają nami różne sprzeczności. Ty znasz zapewne prawdę absolutną - zazdroszczę. Wysłałeś w moim kierunku "pozdrowienie katolickie". Dobrze, że się uchyliłem bo dostałbym nim w głowę, nie chcę go. No i czuję a prawie widzę przez internet Twoje zaciśnięte pięści, a może w jednej z nich ściskasz parasolkę? Gratuluję jednak dumy z przynależności do Kościoła, ja ją też mam i to ogromną. I chociażby ani jednego księdza ani biskupa ani kardynała nie było, ja zostaję i nikt mnie stąd nie przegoni. Nawet cztery brygady nie dadzą mi rady :). Wyluzuj, bo nawet Chrystus miał duże poczucie humoru. :))))

Jakby nie było w Kościele ani jednego biskupa, kapłana, to by nie było Kościoła. Jeszcze na to nie wpadłeś? Kto by sprawował święte Sakramenty? Wszyscy odpowiesz. A w Biblii to w Wieczerniku wszyscy byli, czy ludzie konkretni, zwani apostołami? To do tłumów Jezus powiedział, idźcie na cały świat i głoście Ewangelię, wszystkim narodom? Nie. Pusty śmiech mnie ogarnia, jak czytam wypociny niektórych w tym wątku, co powiadają że nie chodzą do Kościoła( a bardzo podobno by chcieli) bo kazania księży się im nie podobają. To piszą ludzi dorośli, czy przedszkolaki? A Jezus Chrystus głosił kazania, które się ludziom podobały? Proszę mi pokazać w którym miejscu w Biblii, jest takowe?Chętnie przeczytam..... Do Kościoła na Msze, chodzi się nie po to by słuchać bardziej lub mniej dobrych księżowskich homilii, tylko po to by oddać Bogu chwałę. Ksiądz to tylko narzędzie, bardziej lub mniej zdatne. Przypominam rzecz zdawałoby się oczywistą, Judasz był apostołem a okazał się zdrajcą. A ksiądz, biskup nie może takim być? Co on jest bez grzechu? Jego szatan nie kusi? Podejrzewam że niektórzy tutaj wymagają od niektórych Bóg wie czego a sami od siebie, co wymagają? Życie uczy, że często zdecydowanie mniej, niż od tych innych. Biskupi, proboszczowie, wikarzy, też staną na Sądzie.A habit wcale nie będzie okolicznością łagodzącą. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie powiada pismo. Tak samo ciebie, mnie Bóg nie będzie rozliczał z grzechów papieży, biskupów, prałatów itd, tylko z twojego , mojego życia. Pamiętaj o tym, ja czasem być może zapominam, ale tylko czasem.

W swojej zapalczywości przypisujesz mi treści, których wogóle nie napisałem. Przeczytaj jeszcze kilka razy moją wypowiedź, chociaż jest ona niedoskonała, jak ja jestem niedoskonały i Ty jesteś niedoskonały. Uspokój się, ja na nic nie wpadam lecz piszę wtedy kiedy wiem. Piszesz banały, które biorący udział w tej dyskusji wiedzą, podzielają i nie atakują i nie najgorzej znają katechizm. Nie osądzaj, nie pouczaj, bo z Twojej wypowiedzi nie wynika, że masz prawo do tego. Rozluzuj zaciśnięte pięści, nie trzeba tak. Znasz pismo, jak powiadasz, jakie? Bo ja znam kilka, mam czas to czytam,... :)

Szanowny Pan co najmniej przesadza, jeśli nie przegina, z tą swoja argumentacją... Tak ona właśnie przedszkolna jest, bym powiedział. "Święty kościół grzesznych ludzi..." no Chryste Panie... Za każdym razem gdy tylko kolejny brud i piana szumowin coraz gęstsza z kościelnej kruchty wypływa, tym donośniej dzielni obrońcy konsekrowanego bagienka wykrzykują to usprawiedliwienie kleszej niegodziwości. A Ja Szanownemu tyle na to: wziąć bata i pogonić tych poprzebieranych w sutanny grzeszników, pysznych i obłudnych, chciwych i rozpasanych - to jest OBOWIĄZEK każdej owieczki, każdego baranka. Na to Sz. P. znajdzie w Biblii odpowiedni fragment. I nie czekać na sąd boży, jak Szanowny naiwnie sugeruje - choćby dlatego, że taki jeden z drugim łachudra w sutannie więcej szkód na tej ziemi narobi, niż mu będzie w stanie choćby i dziesięć sądów wypłacić. Księży jawnogrzeszników, bałwochwalców, świętokradcze msze odprawiających i nienawiść z ambon siejących - wypędzić z kościołów, w czorty niech idą - tam ich ojcowizna.

Korzystając z myśli jednego z piszących na forum o zaciśniętych pięściach, zastanawiam się Eddiepolo, jak możesz mimo tak zaciśniętych pięści pisać na klawiaturze? Toż to prawdziwe mistrzostwo świata. A jak tam ze szczękami, bo jak też są tak zaciśnięte, to tylko do pożywienia zostaje kroplówka. To niezbyt komfortowe....... Pod innym artykułem szanowny Eddiepolo zaproponowałem lekturę ( i zastanowienie) nad 16 rozdziałem Ewangelii św. Łukasza i ostatnim wersetem tegoż rozdziału, napisanym jakby specjalnie dla ciebie? Bo Eddiepolo lubi odnosić biblijne wersety tylko do duchownych. W KK jest jakieś 400 tysięcy księży.To spore stadko, ale zawsze ograniczone. Tymczasem biblijne wersety są dla wszystkich, czyli dla ciebie też. " (31) Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą." Ciekawe. Nieprawdaż............. Dla mnie 16 rozdział jest niezmiernie interesujący.Jako całość.I nie mam problemów z ostatnim wersetem. Dla mojej wiary nie jest potrzebne wskrzeszenie kogoś z umarłych. Lecz ja jestem człowiekiem wierzącym.

Księża to ponoć szczególna rasa: Z POWOŁANIEM od Boga samego do służby Panu i ludowi Bożemu przeznaczeni, nie z łapanki kmiotki czy kombinatorzy; do misji tej latami SZKOLENI I FORMOWANI; ŁASKĄ I BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM jakoby samego Ducha Świętego podczas ekstraordynaryjnie dla nich ustanowionego sakramentu OBDAROWANI; MODLITWAMI swych owieczek codziennie masywnie WSPIERANI. Do tego jeszcze, w pysze przez swych seminaryjnych i kurialnych mentorów utwierdzani, uważają bezdyskusyjnie, iż są DO POUCZANIA I UPOMINANIA UPRAWNIENI - no OD KOGÓŻ WYMAGAĆ JAK NIE OD NICH?.. Komu na ręce pilniej patrzeć?!.. +++ A co do zawartości pism ST i NT - może Szanowny nie zauważył, ale znaleźć w nich można wszystko, w tym skrajne przeciwności - ale także zwykłe bezeceństwa. Owocnej lektury życzę zatem, jednak najlepiej przy włączonym trybie rozumienia. W szczególności sensu i znaczenia rewolucji która była dziełem Jezusa, ale i jego wyznawców w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Z Panem Bogiem.

Strony

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Monika Szopa, Edyta Zaremba, Przemysław Wilczyński
Mariusz Sepioło, Stanisław Zasada
Ks. Alfred Marek Wierzbicki, Anna Goc, Artur Sporniak

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]