Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Człowiek imieniem Lanzmann

Człowiek imieniem Lanzmann

27.10.2010
Czyta się kilka minut
"Wielką sprawą w moim życiu była gilotyna - i generalnie kara śmierci oraz rozmaite sposoby uśmiercania" - tymi słowami Claude Lanzmann otwiera swoją autobiografię "Zając z Patagonii". Mówi w niej na dziesiątki sposobów o życiu w uporczywym sąsiedztwie śmierci.
Claude Lanzmann. Fot. Iñiro Royo, Egilea / Wikimedia
P

Przynajmniej od czasów T.S. Eliota wiemy, że nie słowu twórcy należy wierzyć, lecz jego dziełu. Lanz­mann nie ułatwia tego zadania. Nieustannie swoje dzieło zagaduje, wdaje się w liczne polemiki, przeczy własnym słowom, feruje kategoryczne sądy, niekiedy dezawuując wszystkie interpretacje.

Człowiek-Historia

Na początku lat 50. Simone de Beauvoir pisała o nim: "Wszystkim mówił »Jestem Żydem«. Nazwiska Marksa, Freuda, Einsteina budziły w nim dumę, a ilekroć dowiadywał się, że ktoś sławny był Żydem, promieniał radością. Płakał z wściekłości, mówiąc o Zagładzie". Urodzony w Bois-Colombes we Francji w 1925 roku, w czasie wojny członek ruchu oporu i młodzieżówki komunistycznej. Studiował filozofię na uniwersytecie w Tybindze, wykładał literaturę francuską i filozofię na Freie Universität w Berlinie. Po powrocie do Francji angażuje się w walkę antykolonialną przeciw wojnie w Indochinach i przeciw wojnie w Algierii. Zostaje współpracownikiem lewicowego pisma "Les Temps Modernes" założonego przez Jeana-Paula Sar­tre’a (po jego śmierci zostanie naczelnym).

W latach 60. Lanzmann koresponduje z Ahmedem Ben Bellą, współtwórcą Frontu Wyzwolenia Narodowego Algierii, który rzekomo przekazuje mu informację, że gotów jest wysłać sto tysięcy ludzi, aby wyzwolić Palestynę. Wówczas przyszły reżyser podejmuje decyzję o wyjeździe do Izraela i przewartościowuje swoją tożsamość. Obserwuje Żydów budujących własne państwo. Żeby przekonać o ich racjach, w 1970 roku kręci film "Pourquoi Israel?" ("Dlaczego Izrael?"). Lanzmann porzuca zawód dziennikarza i staje się filmowcem. Powiada, że nad artykułami i filmami pracuje w ten sam sposób, prowadząc drobiazgowe śledztwo, odsuwając się na bok, wchodząc tak głęboko w szaleństwo, kłamstwa i przemilczenia swoich bohaterów, aż osiągnie stan niemal halucynacyjnej hiperczujności, który stanowi dlań sedno wyobraźni.

Shoah

Z 350 godzin zarejestrowanego materiału Lanz­mann zmontował dziewięcioipółgodzinny film. Prace nad nim trwały ponad dekadę. Przez 25 lat, które minęły od premiery, każdy niemal komentarz o nim zaczyna się od stwierdzenia, że ­"Shoah" otworzyło nową dyskusję nad historią, pamięcią i artystyczną reprezentacją traumy. Wydaje się, że ta dyskusja wciąż trwa z udziałem coraz to nowych dyskutantów.

Do stworzenia tego obrazu artysta wykorzystał wyłącznie materiał zarejestrowany przez swoją kamerę, odrzucając wszelkie "dokumentalne" czy archiwalne materiały. Zabieg miał posłużyć nie tyle odtworzeniu, ile stworzeniu. W przedmowie do książki "Shoah" de ­Beauvoir pisze, że mimo dostępności licznych świadectw po wojnie, mimo że tak wielu je czytało, nie dowiedzieli(śmy) się niczego. Doświadczenie pozostawało niedostępne, jakby zatrzaśnięte w miejscach, przedmiotach i ludziach. "Shoah" umożliwia przeżycie tego doświadczenia w głowie, sercu i ciele, na swoiste jego włączenie we własny krwiobieg.

Lanzmann nazywa swój film fikcją, dzięki której rzeczywistość Zagłady przeżywa się na nowo. I dodaje, że "Shoah" nie jest dziełem o Zagładzie, ani jego pochodną czy produktem, ale wydarzeniem samym w sobie. Często przedstawiano film jako zapis historii mówionej. Wydaje się, że to jednak przede wszystkim zapis perfor­mance’u pamięci. Nie tylko w słowie bowiem, ale w każdym geście obecnym i nieobecnym, w barwie głosu, w spojrzeniu rozgrywa się traumatyczna przeszłość, realizuje się świadectwo. To tragiczna próba reminiscencji, w którą jako widzowie (z koniecznym opóźnieniem) zostajemy włączeni. Stajemy się uczestnikami Zagłady z perspektywy teraźniejszości, a nie przeszłości.

Amerykańska badaczka Shoshana Felman podkreśla, że "Shoah" pokazuje, jak dalece świadectwo stało się w dzisiejszym świecie niezastąpioną formą budowania relacji ze zdarzeniami, sposobem kontaktowania się z różnymi rodzajami traumy, a więc tym, co stawia opór rozumieniu, sprzeciwia się spójnej, przynoszącej ukojenie i nadającej sens opowieści, a nawet samej reprezentacji.

Bohaterami filmu Lanzmanna są Żydzi z tzw. Arbeitskommando, którzy brali udział w nazistowskiej machinie śmierci, sami twórcy Endlösung - naziści odnalezieni w zaciszu swoich powojennych biografii, polscy chłopi mieszkający blisko obozów Zagłady, tzw. "naoczni" świadkowie. Bohaterem niewątpliwie jest także sam reżyser i jego tłumaczki, zawsze kobiety. Lanzmann nie prosi o wyjaśnienia, nie pyta o przyczyny czy uczucia, ale o techniczne szczegóły, o samą materialność tamtego doświadczenia. Ile czasu trwało zatruwanie spalinami z rury wydechowej w ciężarówkach w Chełmnie? Jak układano trupy w dołach? Co to znaczy, że pociąg, który przyjeżdżał o 11.24 do Treblinki, wracał o 15.59 opróżniony i oczyszczony? Lanzmann zwodzi rozmówców, wchodzi z nimi w gry, igra z ich zaufaniem, czasami filmuje z ukrycia, załatwia transakcje i twierdzi, że wydobywa prawdę, że to, co widzimy na ekranie, to prawda w czystej postaci, prawda dotąd nieprzedstawiona, prawda wydobyta. Zasadnicza sprawa, która go interesuje, to transmisja: pytanie o to, jak przekazać prawdę, a jednocześnie uniknąć obsceniczności związanej, jego zdaniem, z samym projektem rozumienia Zagłady. To eksperyment na żywym organizmie (również widza).

A la polonaise

"Shoah" obejrzało we Francji (za pośrednictwem telewizji) ponad pięć milionów widzów, w USA emitowała go telewizja publiczna, w Izraelu projekcja filmu odbyła się podczas specjalnej sesji parlamentu, którą relacjonowała ponad 10 lat temu Anna Bikont ("A on krzyczał: »Wszyscy jesteście kapo«", "Gazeta Wyborcza"). Autorka "My z Jedwabnego" pisze, że wyemitowana w 1986 roku przez TVP wersja "Shoah" została poddana drastycznym cięciom. Wydawało się, iż jedynym tematem filmu był polski antysemityzm. Bikont opisuje też reakcje polskiej prasy. Podkreślano oburzenie i protesty społeczeństwa polskiego przeciwko wyświetlaniu filmu we Francji (ze względu na jego antypolski charakter). Przypominano z jednej strony kolaborację rządu Vichy, z drugiej zaś liczbę Żydów w UB w czasach stalinowskich. Klasyka.

Wśród tego szmeru obrazy i niezrozumienia można było usłyszeć głosy empatyczne. Na łamach podziemnego "Tygodnika Mazowsze" Jacek Kuroń tak pisał w kontekście "Shoah" o różnicy między losem polskim a losem żydowskim podczas okupacji: "ja jechałem przez getto tramwajem na basen i oglądałem po tamtej stronie muru umierających ludzi". Dla Kuronia zasadnicze znaczenie ma odwrócenie perspektywy, którego dokonał Lanzmann: kamera patrzy oczami Żyda, który wtedy patrzył na jadącego tramwajem. Uważa je za uzasadnione i zrozumiałe. Jerzy Turowicz w "Tygodniku Powszechnym", nazywając "Shoah" "dziełem wielkim", wskazywał na podporządkowanie narracji filmowej przekonaniu, że eksterminacja Żydów stanowiła kulminację chrześcijańskiego (a więc i polskiego) antysemityzmu. W tym kontekście film jawił mu się jako "nieobiektywny, tendencyjny i w ostatecznej wymowie - antypolski".

Jan Karski, który sam był bohaterem "Shoah", pisał w paryskiej "Kulturze", że "rygorystyczna konstrukcja filmu" i "bezkompromisowe ograniczenie tematu" doprowadziło do pominięcia wielu elementów jego wypowiedzi. "Dla mnie centralnym punktem wywiadu z Lanzmannem było to, że przedarłem się na Zachód, poinformowałem o tragedii i żądaniach Żydów". I to zostało pominięte. Świadectwo urwało się dokładnie tam, jak pisała Ewa Kuryluk w "New Criterion", gdzie powinno się zacząć. Herling-Grudziński w "Dzienniku pisanym nocą" ubolewał, że tematem "Shoah" nie jest Obojętność Świata - artysta sprowadził ją bowiem do Obojętności Polaków. W tekście "Życie śmierci" na łamach emigracyjnego "Aneksu" Timothy Garton Ash podkreślał, że porównując "Shoah" do symfonii czy sztuk Szekspira, Lanzmann próbuje powiedzieć: to dzieło sztuki, nie oczekujcie, że będzie wyczerpujące, wielostronne czy sprawiedliwe; ono jest wielkie. Ash wskazał zasadniczy problem: sam Lanzmann rezygnuje z roli artysty, by stać się historykiem-prokuratorem, poszukującym prawdy nie artystycznej, lecz historycznej. Te sprzeczności do dziś pozostają nierozwiązane. Wielu uważa, że unieważniają one cały wysiłek twórcy.

Wobec innych

"Shoah" traktuje się jako krytyczną refleksję nad statusem obrazu i rolą archiwum w przekazie pamięci o Zagładzie. Georges Didi-Huberman pisze, że Lanzmannowska koncepcja obrazu, archiwum i świadectwa, która jest historycznie usprawiedliwionym wyborem (wyborem formalnym i głęboką refleksją nad kinem dokumentalnym), została przekuta na dogmat, a następnie - na zasadę uniwersalną. O wiele lepiej zrobić to, co ja zrobiłem - mówi Lanzmann - podjąć wysiłek stworzenia pamięci o wydarzeniu. Mój film jest "pomnikiem", który stanowi część tego, co upamiętnia. Reżyser "Shoah" - podobnie jak Jean Luc Godard - zgadza się co do tego, że zadaniem i odpowiedzialnością, przed jaką stoi kino, jest zaświadczanie - absorbowanie traumy i przekazywanie jej radykalnej siły. To nie tylko dwie różne estetyki, ale i dwie etyki związku między obrazem a historią.

W monumentalnym kolażu wizualnym ­"Histoire(s) du cinéma" (1988-1998) ­Godard zdecydował się na gest przeciwny wobec autora "Shoah": wykorzystał jedynie znaleziony materiał filmowy, by za pomocą szczególnego montażu dowieść, że istniejąca koncepcja kina jako spektaklu poniosła fiasko - przyczyniła się jedynie do pomnożenia w świecie zła i przemocy. Wydaje się, że odrzucając "Shoah", Godard mógł nie mieć racji - historia zawiera się nie tylko w obrazach, również w ludziach, a ci ludzie, podobnie jak obrazy, kłamią. Odrzucając materiał archiwalny, Lanzmann również mógł się mylić - użycie istniejących obrazów przeszłości nie zawsze ma efekt dystansujący czy estetyzujący.

Autor "Shoah" wypowiada się niezwykle krytycznie o wszystkich innych filmach podejmujących temat Zagłady. Jak twierdzą podejrzliwi, każda krytyka to okazja, by powiedzieć dobre słowo o swoim dziele. Na cenzurowanym znalazły się przede wszystkim: amerykański serial "Holocaust. The Story of the Family Weiss" (1978), Spielbergowska "Lista Schindlera" (1993), "Życie jest piękne" (1997) Roberto Begniniego, a także "Noc i mgła" (1955) Alaina Resnais. Powściągliwe milczenie Lanzmann zachowuje jedynie wobec Marcela Ophülsa, którego wielu uznaje za jego mistrza i wielkiego poprzednika w posiłkowaniu się strategią "wydobywania świadectwa".

Ostatnio Lanzmann zabrał głos w sprawie kontrowersyjnej powieści Jonathana Littella "Łaskawe". Tym razem, komplementując pisarza, skomplementował samego siebie: "Littell jest bardzo utalentowany. Znam temat jego książki i zaskoczyła mnie przede wszystkim jej absolutna rzetelność historyczna. Wszystko się zgadza, nazwiska ludzi i nazwy miejscowe. Pomyślałem sobie, że są tylko dwie osoby, które potrafią w pełni zrozumieć tę książkę: Raul Hilberg i ja". Biorąc pod uwagę, że Hilberg zmarł kilka lat temu, Lanzmann pozostaje jedynym "prawdziwym" czytelnikiem Littella.

Między dziś a wczoraj

W latach 90. Lanzmann wraca do Izraela i kręci tam pięciogodzinny dokument "Tsahal" (1994), który uznano za "znakomity film o terrorze wojny". Nie szczędzono mu jednak krytyki. W ­"Tsahal" Lanzmann rozmawia z młodymi żołnierzami izraelskiej armii o strachu, przemocy, dezorientacji. Z niejakim przekąsem pisano, że to tak szczery materiał na temat wojny, iż sprowokował prawicowych aktywistów do obrzucenia bombami gazowymi dwóch paryskich kin wyświetlających film. "Le Monde" uznał za szokujące, że Lanzmann nie wspomniał ani słowem o masakrach w Sabrze i Szatili z 1983 roku, które odbyły się na oczach żołnierzy armii Ariela Szarona. Wytykano reżyserowi także bezkrytyczne ukazanie samego Szarona jako "sielankowego farmera" i zarzucano mu "zawstydzającą" jednostronność w sekwencjach poświęconych intifadzie.

Nakręcony trzy lata później "Un vivant qui ­passe" budził nieco mniej kontrowersji. To zapis rozmowy reżysera ze Szwajcarem, Mauri­ce'em Rosselem, członkiem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Rossel podczas wojny znalazł się w zespole dokonującym inspekcji Terezina, który funkcjonował wówczas jako obóz koncentracyjny dla szczególnie zamożnych Żydów. Lanzmann stara się pokazać w sposób dyskretny, choć niepozbawiony siły, jak łatwo zobaczyć to, co chce się zobaczyć. Przed przybyciem inspekcji Czerwonego Krzyża zamordowano pięć tysięcy więźniów, aby miejsce wyglądało na mniej zatłoczone.

Bunt i kurier z Polski

Posługując się tą samą techniką co w "Shoah", Lanzmann kręci film o buncie i ucieczce więźniów obozu w Sobiborze w roku 1943. Historię tego wydarzenia poznajemy z opowieści jego uczestnika - Yehudy Lernera. W tym trudnym do pojęcia, dlatego że udanym, buncie wzięło udział 600 więźniów. Około połowie z nich udało się dotrzeć do pobliskich lasów i wiosek, reszta została pojmana i zabita przez nazistów. Historycy podają, że z tego wydarzenia ostatecznie ocalało około 60 osób, co rzecz jasna nie umniejsza jego wagi i odwagi inicjatorów ucieczki. Lanz­mann wydaje się całkowicie zafascynowany tym odkryciem, zwłaszcza że - jak twierdzi - po tym buncie naziści zamknęli obóz i usiłowali wymazać wszelkie jego ślady. "Sobibór" (2001) to swoisty hołd oddany buntownikom i bunt filmowca przeciw nazistowskiemu wymazywaniu.

Ostatni film Lanzmanna to "Le Rapport ­Karski" (2010), jak twierdzi autor, "nieokrojony" wywiad z Janem Karskim, który zarejestrował w 1978 roku, pracując nad "Shoah". Obraz ma stanowić odpowiedź pisarzowi Yannickowi Haenelowi, autorowi książki "Jan Karski", który zarzucał Lanzmannowi nieuczciwe potraktowanie rozmówcy i zmanipulowanie jego świadectwa. To polemika z książką Haenela, szczególnie w kwestii relacji Karskiego ze spotkania z Franklinem Delano Rooseveltem. Lanzmann na nowo zmontował nagrania tak, że mowa tu głównie o amerykańskiej części misji kuriera. Podkreśla, że słuchając relacji Karskiego, "stajemy naprzeciw zasadniczego pytania: co znaczy usłyszeć i wiedzieć? Jakie wrażenie robią informacje o niewyrażalnych koszmarach?". Karskiemu nie uwierzono. A on niczym maszyna opowiadał i opowiadał. Zdaniem reżysera "Raport Karskiego" miał uzupełnić lukę, odsłonić inne oblicze misji kuriera z Polski.

Tydzień po emisji we francuskiej telewizji ­Arte tygodnik "L’Express" ujawnił fragmenty nagrania, które nie znalazły się w filmie Lanzmanna. Zapis tej rozmowy przechowuje w formie maszynopisu archiwum Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. I tym razem, jak się zdaje, "wizja artystyczna" zwyciężyła nad dokumentem, nad archiwum, a sam Lanzmann wszedł w rolę świadka, który opowiada własną opowieść.

***

"Jesteśmy dziwnym narodem - powiedział kiedyś Lanzmann - narodem, który niesie tak wielki ciężar przeszłości, wciąż obecnej, nigdy przeszłej, i musi mierzyć się z jakże cierpką teraźniejszością". Charakterystyka autora "Shoah" to zadanie wyjątkowo trudne: człowiek-historia, intelektualista kina, buntownik i awanturnik, który przejawia najsubtelniejszą i najdelikatniejszą wyrozumiałość wobec jednych i najgorliwszą pogardę wobec innych, zdolny do największej empatii, ale obdzielający nią nierówno. Ślepy na własną ślepotę wizjoner.

Mam wątpliwości, czy "Zając z Patagonii" pozwoli go lepiej zrozumieć, niewątpliwie jednak pozwoli go lepiej poznać. I być może w nieco innym świetle zobaczyć jego dzieło. "Nawet jeśli umiem patrzeć, nawet jeśli jestem obdarzony wyjątkową pamięcią wzrokową, spektakl świata czy świat jako spektakl odsyła zawsze do zubożającego, moim zdaniem, rozdzielenia, do abstrakcyjnej separacji, które uniemożliwiają zdziwienie i entuzjazm, odbierają realność zarazem przedmiotowi i podmiotowi".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]