Częstotliwość drgań

Filmowa adaptacja „Cząstek kobiety”, wystawionych w TR Warszawa, mogłaby stanowić przyczynek do rozważań o wyższości „kina w teatrze” nad „teatrem w kinie”. Ma jednak swoją moc.

11.01.2021

Czyta się kilka minut

Shia LeBeouf jako Sean i Vanessa Kirby jako Martha w filmie „Cząstki kobiety” / BENJAMIN LOEB / NETFLIX
Shia LeBeouf jako Sean i Vanessa Kirby jako Martha w filmie „Cząstki kobiety” / BENJAMIN LOEB / NETFLIX

Kornél Mundruczó wędruje nieustannie między teatrem i kinem. Węgierski reżyser z równym powodzeniem pracuje na deskach scenicznych (patrz: głośne przedstawienia TR Warszawa, jak „Nietoperz” czy właśnie „Cząstki kobiety”) i z kamerą (filmy „Delta”, „Biały Bóg” czy ostatnio „Księżyc Jowisza”). Ale kamera lubi wkradać się u niego także na scenę, służąc czemuś więcej niźli tylko uatrakcyjnieniu czy unowocześnieniu spektaklu.

We wspomnianych „Cząstkach” pierwszy akt był czymś w rodzaju „transmisji na żywo” z domowego porodu, który odbywał się w pomieszczeniu obok. Widz teatralny, przykuty do wielkiego ekranu, miał wrażenie bezpośredniego uczestnictwa i nie mógł, w przeciwieństwie do partnera rodzącej, wyjść na papierosa przez ekran-ścianę. Trafia do nas tymczasem filmowa adap­tacja sztuki Katy Wéber, napisana przez nią samą i wyreżyserowana przez Mundruczó. Mimo wielu swoich atutów mogłaby stanowić doskonały przyczynek do rozważań o wyższości „kina w teatrze” nad „teatrem w kinie”.

Dziecko, które rodzi się w pierwszym akcie, chwilę potem umiera, toteż i spektakl, i film skupiają się przede wszystkim na tym, co psychologowie nazywają pracą żałoby. Tym razem kamera pozwala zobaczyć ją w bezlitosnym zbliżeniu: jak na przestrzeni kolejnych tygodni zdziera lakier z paznokci, jak strączkuje włosy, jak nagła utrata oddziela i oddala od siebie tych, którzy teoretycznie powinni przeżywać ją wspólnie.

Bo to nie tylko Martha (gra ją nagrodzona w Wenecji Vanessa Kirby) zostaje „osierocona”. Żałobę przeżywa ojciec dziecka Sean (Shia LaBeouf), tracąca pamięć matka Marthy (Ellen Burstyn) czy siostra Anita (Iliza Shlesinger). Film nie pozwala zapomnieć również tej, którą oskarża się o śmierć noworodka, czyli położnej (Molly Parker), kierującej feralną akcją porodową w zastępstwie koleżanki. Jednakże na tytułowe „cząstki” rozpada się przede wszystkim matka dziecka, a sygnał karetki pogotowia rozdziera film na dwie pozornie nieprzystające do siebie części.

W spektaklu, przypomnijmy, część „dokumentalna”, porodowa, zderzona była z dłuższym aktem drugim, zrobionym w konwencji teatru mieszczańskiego, równocześnie rozsadzającym go od środka. Film niby stosuje ów podział, tyle że już bez cudzysłowu. No i bez cudownego tańca z szarfami w wykonaniu Marthy i Anity do piosenki „Felicità”, który lepiej niż słowa opisywał siostrzaną relację. Problemem ekranowych „Cząstek kobiety” jest bowiem ich literalizm – by posłużyć się określeniem Olgi Tokarczuk.

W świetnej sekwencji wprowadzającej włączona przez Seana muzyka, która ma złagodzić bóle porodowe, rozlewa się znienacka poza kadr, melodramatyzując scenę narodzin, uwznioślając krew, pot, łzy i wody płodowe. Tak samo w wielu innych scenach kompozycje Howarda Shore’a będą łagodzić nasze bóle. Podobny, tautologiczny wydźwięk przynoszą rozsiane w filmie wizualne metafory: te wszystkie kiełkujące nasionka, zamknięte w słojach płody, obrazy natury, która w rytm pór roku obumiera i odżywa… Lepszą robotę wykonuje sama praca kamery Benjamina Loeba, o której ktoś powiedział, że snuje się niczym zagubiona dusza, jakkolwiek potrafi także skrupulatnie inwentaryzować żałobę, skupiając się na tym, co Martha zatrzymuje na moment w swoich wewnętrznych stop-klatkach.

Wyrwę, która pojawia się w filmie wraz z rodzinną tragedią, scenariusz próbuje wypełnić dodatkowymi wątkami: niewiernością w związku Seana i Marthy, holokaustową przeszłością jej matki, wreszcie – finałowym dramatem sądowym, który mógłby przynieść zadośćuczynienie straumatyzowanej rodzinie. Dołóżmy do tego iście bergmanowską dramę z udziałem matki i córki – to bardzo dużo jak na jeden dwugodzinny film, w dodatku rozpoczęty trzęsieniem ziemi.

Mimo tych utyskiwań, wywołanych w dużej mierze zbyt świeżą jeszcze pamięcią o spektaklu, ekranowe „Cząstki kobiety” mają swoją moc. Promieniuje ona przede wszystkim od Kirby, znanej u nas m.in. jako księżniczka Małgorzata w serialu „The Crown” czy z „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland. To właśnie filmowana w wielkich planach twarz młodej brytyjskiej aktorki potrafi najskuteczniej osłabić kierowane wobec tej historii zarzuty, jak żerowanie na silnych emocjach, eksploatowanie kobiecej traumy czy finałowe „hollywoodzkie” katharsis. Dzięki Kirby niemal wszystko, co w owej historii za bardzo się przelewa, można poddać dyskusji, w której argumentem będzie indywidualna wrażliwość tudzież własne przeżycia.

Podpowiedź, dlaczego niszowy europejski reżyser nakręcił film tak bardzo „amerykański”, przynosi jego filmografia, gdzie było dotąd wiele miejsca na śmiały eksperyment, ale też na twórcze korzystanie z reguł gatunku. Świetnym tego przykładem niechaj będzie „Biały Bóg” – szarpiąca nerwy wizja totalitarnych Węgier, gorszym zaś okazał się „Księżyc Jowisza”, łączący okołouchodźczą publicystykę z tanim realizmem magicznym. Jedno jest pewne: węgierski twórca umie obsługiwać potencjometr naszych emocji.

Przy filmie Mundruczó można również kręcić nosem na całkowite pominięcie politycznych różnic, które ujawniały się w wersji scenicznej; ledwo zarysowane zostało także napięcie klasowe między wykształconą rodziną Marthy a pracującym fizycznie Seanem. Ocala się jednak to, co najistotniejsze, czyli portret kobiety na krawędzi, a zarazem kobiety pod presją. Ta ostatnia słyszy zewsząd, jak powinna swoją żałobę przeżywać, w jaki sposób opłakiwać stratę, jak „wymazać” utracone dziecko, albo wręcz przeciwnie.

Przywołany podczas obiadu u matki kaznodziejski banał, że czas leczy wszelkie rany, kilkanaście minut wcześniej znajduje celną kontrę w potocznej definicji rezonansu: nie wszystko drga z tą samą częstotliwością, dlatego most czasami może się zawalić. Tak też jest z filmem Mundruczó, którego amplituda – od realizmu do fantazji, od dosłowności do metafory, od ściśniętego gardła do słownego patosu – bywa chwilami zabójcza, lecz ostatecznie nie prowadzi do katastrofy. ©

CZĄSTKI KOBIETY (Pieces of a Woman) – reż. Kornél Mundruczó. Prod. Kanada/USA/Węgry 2020. Dostępny na Netfliksie. Spektakl TR online 30 i 31 stycznia o godzinie 19.00.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2021