Co ma Kościół do antykoncepcji

Czy jako obywatelka i katoliczka mam pokornie milczeć, gdy kontrowersyjne decyzje kościelne sprzed pół wieku próbują urządzać moje prawa w świeckim państwie?
Czyta się kilka minut
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara

„Polska na ostatnim miejscu w dostępie do antykoncepcji” – takie nagłówki powracają w lutym od kilku lat. Zawsze była gdzieś na końcu, ale od 2019 r. jest najgorzej na kontynencie. Mój kraj zajmuje ostatnie miejsce w rankingu dostępu do antykoncepcji! Próbuję sobie wyobrazić, co to właściwie znaczy. Ranking tworzy Forum Parlamentu Europejskiego ds. Praw Seksualnych i Reprodukcyjnych, biorąc pod uwagę dostęp do poradnictwa, informacji i samych leków antykoncepcyjnych. Jak źle musi być, że Polska ląduje na końcu europejskiego rankingu, za Rosją, Białorusią, Węgrami i Turcją? 

Na to składa się wszystko, do czego jesteśmy, niestety, przyzwyczajone: pełnopłatna antykoncepcja każdego typu i dla wszystkich bez wyjątku, awaryjna antykoncepcja na receptę, tabuizacja. Nie refundujemy antykoncepcji nikomu, ani nastolatkom, ani niezamożnym. W końcu to medyczna usługa dotycząca w jakimś stopniu i na długim odcinku życia tylko 52 proc. obywateli. Jesteśmy (wciąż, bo projekt ustawy ciągle w Sejmie) jedynym krajem w Europie, gdzie do zakupu antykoncepcji awaryjnej potrzebna jest recepta, a zatem wizyta u lekarza, a zatem kasa, bo wizyt awaryjnych za darmo nie dają. A przy tym zakazana jest sterylizacja w celach antykoncepcyjnych. Więc jeśli chcesz podjąć co do swojej płodności decyzję ostateczną, to państwo ci nie pozwala. Kobieta ma rodzić, a jak nie chce, to niech przynajmniej płaci, żeby się od rodzenia wykupić.

Co oferują kraje w czołówce rankingu? Niektóre – prezerwatywy dostępne bezpłatnie w aptekach dla osób między 16. a 25. rokiem życia i pigułkę „dzień po” bez recepty. Inne – darmowy dostęp do szerokiego wachlarza antykoncepcji dla osób do 31. roku życia. Poza tym po prostu usługi medyczne zgodne z najnowszą wiedzą i refundowane obywatelkom. W sumie nie tak wiele, prawda?

Ostatnie miejsce w rankingu to nie jest sprawa błaha. To znaczy, że dostęp obywatelek do nowoczesnej medycyny jest ograniczony, bo zarządzający usługami medycznymi uznają za fanaberię panowanie nad swoją płodnością, a co za tym idzie, planowanie własnego życia. Nie jest też sprawą błahą, gdy debatują o tym posłowie i posłanki, czy gdy wtrącają się biskupi, wzywając katolickich polityków, żeby stawiali opór zmianom. Podobnie, gdy niektóre bardzo katolickie portale piszą o antykoncepcji awaryjnej jak o demonicznej sile, a o Ministerstwie Zdrowia, że zamienia się w ministerstwo śmierci i dąży do anihilacji narodu polskiego.

Czy to, że mój kraj jest ostatni w europejskich rankingach, dowodzi przywiązania do katolickiej doktryny? Chciałabym myśleć, że to ogólny konserwatyzm. Albo sekretny program pronatalistyczny dla starzejącego się społeczeństwa, które jednak nawet z kiepskim dostępem do antykoncepcji skutecznie stawia opór, bo nawet nastoletnich ciąż mamy niewiele. Na mapie antykoncepcji wyraźna jest granica Wschód-Zachód, choć i religia musi mieć coś na rzeczy. Zwłaszcza że od ponad pięćdziesięciu lat Kościół katolicki ma jasne, negatywne zdanie na temat antykoncepcji. I uobecnia się politycznie, zwłaszcza gdy chodzi o ciała kobiet.

Czy można ten głos zignorować? Ponad pół wieku temu temat antykoncepcji został poddany osądowi nauczycielskiego urzędu Kościoła. Była nowinką, budziła ekscytacje i nadzieje. W watykańskich konsultacjach zignorowano jednak głosy katolickich małżeństw (słynni Crowleyowie, twórcy światowego ruchu katolickich rodzin, wyszli z procesu konsultacji zdruzgotani) i wygrała opcja mniejszościowa: zakazać! W odpowiedzi katolicy na całym świecie postanowili zignorować kościelne zalecenie. Ten stan trwa, a dwa światy spotykają się przy takich debatach w polityce, w życiu publicznym czy w Kościele. Negatywny stosunek do antykoncepcji sygnalizuje katolicką prawomyślność, więc przedstawiciele nieprzestrzeganej teorii swoim autorytetem szantażują innych katolików, w tym polityków. Milczymy więc i robimy swoje, zamiast skonfrontować się z zasadą uzurpującą sobie władzę nad życiem rodzinnym ponad miliarda katolików. Zasadą, którą ukuli mężczyźni żyjący w rzekomym celibacie, ignorując głosy katolickich małżeństw. Czy żeby być dobrą katoliczką, muszę udawać, że nie widzę w tej decyzji Kościoła mizoginii?

Jeśli odbieranie kobietom dostępu do współczesnej medycyny przez państwo jest przemocą, to czy nie są nią też próby oddziaływania Kościoła, by ten dostęp ograniczać? Czy jako obywatelka i katoliczka mam pokornie milczeć, gdy kontrowersyjne decyzje kościelne sprzed pół wieku próbują urządzać moje prawa w świeckim państwie?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Co ma Kościół do antykoncepcji