Reklama

Chwila próby Angeli Merkel

Chwila próby Angeli Merkel

27.09.2009
Czyta się kilka minut
Kontynuacja, ale również zmiana: tak można podsumować wyniki niedzielnych wyborów do Bundestagu. Angela Merkel pozostanie kanclerzem, lecz jej nowym partnerem w rządzie będą liberałowie. Ale czy znaczy to, że Niemcy zmienią kurs na bardziej liberalny np. w gospodarce? Tego nie wie nikt. Być może sama pani kanclerz...
A

Angela Merkel osiągnęła swój cel: po niedzielnych wyborach do Bundestagu to ona pozostanie kanclerzem Niemiec. I nie tylko. Co równie ważne, albo może nawet ważniejsze: Angela Merkel może utworzyć teraz rząd z liberalną partią FDP. Bo chociaż jej macierzysta formacja, tj. chadecja (CDU/CSU), uzyskała nieco gorszy wynik niż cztery lata temu, to znakomity wyników liberałów gwarantuje w nowym Bundestagu stabilną konserwatywno-liberalną większość.

Właśnie ten znakomity rezultat liberałów (prawie 15 proc. głosów) jest największą sensacją. To aż zdumiewające, że w warunkach kryzysu, gdy PKB Niemiec spada o 5 procent, gdy ludzie coraz bardziej boją się o swoje miejsca pracy, aż co szósty głosujący poparł formację, która w kampanii wyborczej kreowana była zgodnie przez wszystkie trzy partie lewicowe - zarówno przez socjaldemokratów (SPD), jak też przez Zielonych oraz populistyczną Partię Lewicy - na "czarnego luda", który, jeśli tylko wejdzie do rządu Angeli Merkel, sprowadzi na Niemcy neoliberalną katastrofę.

A może nie jest to wcale takie dziwne? Może tak właśnie być musiało w sytuacji, gdy dwie największe siły polityczne w Niemczech - chadecy i socjaldemokraci - nie tylko rządzili wspólnie przez minione cztery lata, ale w dużej mierze upodobnili się do siebie w kwestiach gospodarczo-społecznych? I to tak dalece, że złośliwi powiadali, iż w latach 2005-09 Niemcami rządziła nowa wielka formacja chrześcijańsko-socjal-demokratyczna, nastawiona na ochronę materialnego stanu posiadania własnego elektoratu.

A skoro tak było, to może jest czymś normalnym, że - nie mając alternatywy - właśnie na liberałów zagłosowała większość tzw. klasy średniej? Czyli tych ludzi, którzy pracują, zarabiają i płacą niemałe podatki - i zarazem żyją w poczuciu, że państwo te ich podatki przejada, wydając na rozbuchane systemy socjalne, zaciągając zarazem koszmarne długi, gdy grosza z podatków już nie starcza.

***

Jakkolwiek by nie interpretować tego sensacyjnego wyniku liberałów, faktem jest, że większość niemieckich wyborców uznała, iż nie chce już dłużej Wielkiej Koalicji. Co więcej: dając ponownie Angeli Merkel mandat do rządzenia, wyborcy dokonali rzeczy niezwykłej: dosłownie "zaszlachtowali" (jak ujął to jeden z komentatorów) Partię Socjaldemokratyczną.

Bo to ona jest największym przegranym. Niemieccy socjaldemokraci - najstarsza formacja lewicowa, z najdłuższymi tradycjami, z etosem i plejadą wielkich historycznych postaci (na czele z kanclerzem Willy Brandtem) - została sprowadzona do politycznej drugiej ligi. Jej obecny wynik - około 22-23 proc. głosów - to najgorszy wynik SPD w całej 60-letniej historii Republiki Federalnej (dotąd najgorzej SPD wypadła w 1953 roku, gdy chadecki kanclerz Konrad Adenauer był u szczytu popularności: dostała wtedy 28 proc.).

Dlaczego tak się stało, jest dla wszystkich oczywiste: w stosunku do swego wyniku z 2005 roku, socjaldemokraci stracili aż jedną trzecią wyborców, którzy zostali w domu albo zagłosowali na dwie inne formacje, które na każdym kroku usiłowały dowieść, że są "bardziej lewicowe" niż SPD: na Zielonych (dostali ok. 10 proc.) lub Partię Lewicy (12 proc.).

W wyborczy wieczór wszyscy politycy SPD przyznawali otwarcie, że jest to czarny dzień dla ich formacji. I wszyscy zapowiadali zgodnie, że teraz partia się zregeneruje, odrodzi ideowo i odwojuje utracone tereny - bo przecież Niemcy "potrzebują nadal myśli socjaldemokratycznej" - jak zarzekali się zgodnie się przewodniczący partii Franz Müntefering oraz niedoszły kanclerz, a do niedawna szef MSZ Frank-Walter Steinmeier.

Pytanie tylko, co to znaczy być dziś socjaldemokratą? I dlaczego ktoś ma głosować na SPD, a nie na Zielonych albo Partię Lewicy? W istocie, "odnowa" socjaldemokracji wcale nie będzie łatwa - w sytuacji, gdy w ławach opozycji zasiądą obok siebie trzy partie lewicowe. Jeden z komentatorów ujął to tak, że w ciągu najbliższych czterech lat będziemy świadkami "zawziętego wyścigu" między tymi trzema partiami o to, która z nich jest naprawdę lewicowa, która najlepiej dba o interesy "małego człowieka". Socjaldemokratom nie będzie tu lekko - zwłaszcza w konkurencji z populistami z Partii Lewicy, gotowymi przelicytować SPD w każdej kwestii. Przedsmak tego widać było w kampanii wyborczej: gdy politycy SPD postulowali wprowadzenie płacy minimalnej w wysokości 7,5 euro za godzinę, Partia Lewicy zaraz podbiła stawkę do 10 euro za godzinę. Nieważne, że byłoby to całkowicie nierealne.

Może być zresztą i tak, że - jeśli Angeli Merkel powinie się noga - za cztery lata ów "wyścig" skończy się w ten sposób, iż SPD, Zieloni i Partia Lewicy zdobędą wspólnie większość i utworzą rząd?

Dziś taki sojusz byłby niemożliwy: politycy SPD zapowiadali twardo, że nawet gdyby wszystkie trzy formacje zdobyły większość mandatów, to oni nie wejdą w koalicję z Partią Lewicy - nawet już nie dlatego, że ma postkomunistyczne korzenie (tj. wywodzi się z partii komunistycznej, która 20 lat temu rządziła w Niemczech Wschodnich), ale ponieważ ma nieodpowiedzialne postulaty w sferze polityki zagranicznej (np. natychmiastowe wycofanie Bundeswehry z Afganistanu) oraz gospodarczej i socjalnej.

Tak mówili dzisiaj. Ale w ciągu najbliższych czterech lat wiele może się zmienić. Także Partia Lewicy, jeśli zechce poważnie pomyśleć o rządzeniu.

***

W tej chwili jednak takie rozważania schodzą na plan dalszy.

Dziś najważniejsze pytanie, jakie stawiają sobie Niemcy, brzmi: jaki będzie ten nowy "czarno-żółty" rząd kanclerz Angeli Merkel? (przyjęło się, że czarny - to kolor partyjny chadeków, zaś żółty - liberałów). Jak będzie wyglądać jego program? Czy Angela Merkel zgodzi się na takie programowe postulaty FDP, jak np. obniżka podatków - i to w środku kryzysu?

Tylko czy ci niemieccy liberałowie rzeczywiście są aż tak neoliberalni, jak twierdzili ich konkurenci? Pytany w wyborczy wieczór o to, czego chce dla Niemiec, przewodniczący FDP Guido Westerwelle odpowiedział po sokratejsku, zupełnie jak nie-liberał: "I gospodarczego rozsądku, i bezpieczeństwa socjalnego". Także Angela Merkel unikała klarownych deklaracji: zamiast tego mówiła ogólnikowo, że będzie walczyć z kryzysem, tworzyć nowe miejsca pracy, dbać o systemy socjalne... "Jestem sobą, nie zmieniłam się w ciągu jednego dnia" - tak skontrowała atak jednego z polityków lewicy.

W istocie, jeszcze podczas kampanii wyborczej Angela Merkel jak ognia unikała wszelkich reformatorskich deklaracji, które mogłyby - nazwijmy to - zestresować niemieckiego wyborcę, i tak już zestresowanego nienajlepszymi perspektywami ekonomicznymi. Najwyraźniej trafiała tym w oczekiwania społeczeństwa, obawiającego się drastycznych zmian.

***

Mówiąc inaczej: w niedzielę 27 września niemieccy wyborcy wysłali do swoich polityków sygnał dość ambiwalentny - że chcą kontynuacji i doceniają Angelę Merkel jako kanclerza, ale że zarazem chcieliby jakiejś zmiany. Tylko - no właśnie, jakiej?

Można by więc powiedzieć nieco przewrotnie, że choć Angela Merkel jest bez wątpienia zwycięzcą niemieckich wyborów, to zarazem nadchodzi dla niej teraz trudny czas. I że następne cztery lata będą dla niej trudniejsze niż miniona kadencja: to na niej (oraz na liberałach) spoczywa teraz wyłączna odpowiedzialność - za to, co zrobi oraz za to, czego zaniecha. Sytuacja ekonomiczna, społeczna i demograficzna Niemiec wymaga zmian - i to nie zmian wyłącznie kosmetycznych bądź polegających na dalszym wydawaniu pieniędzy publicznych, pozyskiwanych poprzez zaciąganie nowych długów.

"W tych kolejnych latach trzeba będzie rządzić tym krajem, a nie tylko nim administrować" - powiedział w wyborczy wieczór prof. Kurt Biedenkopf. Ten ekonomista i polityk CDU (wieloletni premier landu Saksonia), dziś na politycznej emeryturze, uważany był zawsze nie tylko za tęgi umysł, ale również za postać niekonwencjonalną, wyłamującą się z "partyjnego tłumu". Teraz, zamiast przyklaskiwać, Biedenkopf ostrzegał: w następnych czterech latach konserwatywno-liberalna większość w Bundestagu musi udowodnić, że potrafi rządzić.

Ale choć Biedenkopf tego już nie powiedział, to samo dotyczy Angeli Merkel: musi ona wkrótce udowodnić, że potrafi podejmować ryzykowne decyzje. "Chcę być kanclerzem wszystkich Niemców" - mówiła stara-nowa pani kanclerz w wyborczy wieczór. Brzmi to dobrze, ale na dłuższą metę tak się nie da. Zwłaszcza gdy będzie musiała stanąć twarzą w twarz wobec całej lewicy - choć między sobą skłóconej, to zjednoczonej jako opozycja.

Tak naprawdę, minione cztery lata były tylko przymiarką. Prawdziwa godzina próby dla Angeli Merkel zaczyna się teraz.

Na razie pewne jest jedno: będzie ciekawie.

***

A co to wszystko znaczy dla Polski? Czy coś się zmieni w relacjach polsko-niemieckich po tym, jak ministrem spraw zagranicznych zostanie zapewne Guido Westerwelle? Że tak będzie, jest bardzo prawdopodobne: w przeszłości w koalicjach chadeków i liberałów to właśnie ci ostatni zwykle obsadzali stanowisko szefa MSZ. A skoro dziś pozycja liberałów jest tak mocna, Westerwelle zapewne otrzyma tę tekę, jeśli tylko jej sobie zażyczy. Chyba że zdecyduje się postawić na resorty gospodarcze.

Niezależnie od tego, który z tych wariantów się sprawdzi, najkrótsza odpowiedź brzmi: jeśli w najbliższych latach coś się zmieni, na lepsze lub gorsze, w relacjach Warszawa-Berlin, to stanie się to bez związku ze zmianą rządu w Berlinie, lecz z jakimiś innymi okolicznościami. Nowy gabinet Angeli Merkel będzie kontynuować dotychczasową politykę zagraniczną - odnośnie jej założeń między wszystkimi partiami panuje dość powszechna zgoda.

Wyjątek to oczywiście Partia Lewicy - ale tutaj jej głos nie będzie się liczyć.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]