Reklama

Buchenwald. Historia poczwórna

Buchenwald. Historia poczwórna

06.05.2007
Czyta się kilka minut
Dla Niemców komunizm był drugą dyktaturą w XX w. Na ile można porównywać oba systemy? Jak umiejscowić w pamięci zbiorowej terror "brunatny i "czerwony? Takie pytania Niemcy zadają sobie do dziś. A miejscami, w których stawia się je szczególnie ostro, są dawne obozy hitlerowskie, które po 1945 r. pracowały dalej jako obozy NKWD.
B

Była połowa lat 80., gdy zakład robót drogowych z Weimaru otrzymał zlecenie wykonania prac ziemnych obok dawnego obozu w Buchenwaldzie. Wtedy, w NRD, tworzył on kompleks muzealny: miejsce pamięci i "antyfaszystowskie mauzoleum". Nagle, podczas pracy, łyżka koparki trafiła na ludzkie kości. Co było dalej? Relacje rozbiegają się: jedni twierdzą, że władze kazały przerwać prace i zasypać rów. Inni, że robotnikowi nakazano kontynuowanie robót. Obie wersje zgadzają się, że "z góry" przyszło zalecenie: milczeć.

Sprawa kości nie miała ciągu dalszego aż do 1990 r.

Pod dębem Goethego

Zbudowany na zboczu góry Ettersberg, 8 km od Weimaru, miał nosić inną nazwę: "Obóz koncentracyjny Ettersberg". Stał tu słynny, chroniony jako zabytek przyrody oraz kultury, "dąb Goethego", pod którym poeta flirtował z hrabiną Charlotte von Stein. Jednak powstający w 1937 r. obóz nazwano inaczej, gdyż zaprotestowała organizacja kulturalna NSDAP z Weimaru: argumentowała, że adres pocztowy "KL Ettersberg/Post Weimar" fatalnie by się kojarzył, bo Ettersberg związany był z niemiecką klasyką. Heinrich Himmler, szef SS, zgodził się i obóz nazwano "Buchenwald" (dosł. Bukowy Las). Ale skojarzenie z klasyką i tak miało towarzyszyć tym, którzy przeszli przez Buchenwald. Bo miejsca związane z Goethem i Schillerem były symbolem tego, co w niemieckiej kulturze najlepsze.

W 1937 r. "dąb Goethego" znalazł się na terenie kacetu. Autor książek religijnych Ernst Wiechert i więzień siadywał pod nim wieczorami. Inny pisarz Joseph Roth tak konstatował w 1939 r. na paryskim bruku: "Nigdy symbolika nie była tak tania jak w dzisiejszych czasach. Mniej więcej w połowie drogi między obozową pralnią a kuchnią stoi pomnik natury, dąb hrabiny von Stein i Goethego. I obok tego dębu przesuwają się codziennie pensjonariusze kacetu. To znaczy: są obok niego przesuwani".

"Jedem das Seine" (Każdemu to, co mu się należy) - taki napis widniał na bramie obozu, będącego trzecim tzw. centralnym obozem koncentracyjnym (po Dachau i Sachsenhausen) na terenie Niemiec - centralnym, to znaczy mającym szereg podległych mu podobozów. Do 1945 r. przeszło przez niego i "podobozy" ćwierć miliona ludzi z 30 krajów. Zginęło, wedle różnych danych, od 43 do 56 tys. ludzi, zabitych terrorem, głodem, chorobami, wyniszczającą pracą. Co nie znaczy, że pozostali przeżyli: wielu wysłano do zagazowania w Auschwitz, wielu zginęło w "marszach śmierci" w 1945 r.

W obozie działał ruch oporu, głównie komunistyczny. Gdy pod koniec 1938 r. władze obozowe wykryły nadużycia (korupcję i kradzieże), dokonywane przy współpracy ze strażnikami przez opanowaną wówczas przez więźniów-kryminalistów wewnętrzną hierarchię więźniarską - rodzaj quasi-samorządu, stworzonego przez SS dla utrzymania w obozie lepszej dyscypliny - komuniści postanowili opanować tę strukturę i związane z nią funkcje, co im się udało. Później, w miarę napływu więźniów innych narodowości, powstawały też inne grupy oporu, narodowe. Ale komuniści, silni wpływami w hierarchii obozowej, pozostali najistotniejsi.

W kwietniu 1945 r. SS zaczęła "ewakuację" obozu, wyprowadzając 30 tys. więźniów (25 tys. z nich zginęło w drodze). Wtedy ruch oporu rozpoczął sabotowanie dalszej "ewakuacji" - aż do 11 kwietnia, gdy pod Weimar podeszła amerykańska 3. Armia - a następnie przejął kontrolę nad obozem, w którym znajdowało się jeszcze 21 tys. ludzi.

Tak wyglądała historia Buchenwaldu w latach 1937-45, opowiedziana w skrócie, bez wielu odcieni, które nie od razu były znane i na światło dzienne wychodzić zaczęły wprawdzie w RFN zaraz po wojnie, lecz w NRD czekać musiały pół wieku, by można było o nich mówić. Ale nawet w RFN mówienie o tych innych aspektach nie było oczywiste; swoje piętno na pamięci zbiorowej i polityce historycznej RFN wywierała "zimna wojna".

Przypadek sprawił jednak, że historia obozu z lat 1937-45 została symbolicznie zamknięta nie w roku 1945 ani nawet nie w maju 1995 r., gdy odsłaniano nową, zmienioną wystawę. Oto w 1997 r., podczas remontu poddasza krematorium, znaleziono 701 urn z prochami więźniów, zmarłych przed 1945 r. Na wieczkach niektórych widniały nazwiska, wiele polskich. Urny spoczywały tu przez pół wieku. Zostały pochowane, na południowym stoku Ettersbergu, w obecności duchownych: katolickiego, ewangelickiego, prawosławnego i żydowskiego.

Niemiecki GUŁ-ag

Naziści zwłoki palili. Skąd więc kości, na które trafiła koparka? Skąd nakaz milczenia? Odpowiedzi znało wielu, choć na ich otwarte wyartykułowanie trzeba było jeszcze poczekać.

Historia Buchenwaldu nie skończyła się wraz z wyzwoleniem. W sierpniu pojawili się tu funkcjonariusze NKWD i ministerstwa spraw wewnętrznych ZSRR, pełniący teraz rolę Sowieckiej Administracji Wojskowej w Niemczech. Wkrótce Buchenwald - oraz 10 innych obozów ponazistowskich - zaczęło pracować na nowo. W barakach "Obozu Specjalnego nr 2" (tak NKWD nazwała Buchenwald) znalazły się znów tysiące więźniów.

Kiedy Gerhard Finn trafił do buchenwaldzkiego "specobozu" w sierpniu 1945 r., miał 15 lat. Sowieci zarzucili mu, że należał do Wehrwolfu, tej bardziej legendarnej niż rzeczywistej organizacji, która miała walczyć na tyłach Armii Czerwonej. Finn siedział trzy lata, bez śledztwa i procesu. Nigdy nie postawiono mu zarzutów, pewnego dnia został zwolniony. Wyjechał do RFN, zaczął zbierać relacje ludzi, którzy przeszli przez "specobozy" i w 1958 r. opublikował pierwszą książkę na ten temat: "Więźniowie polityczni strefy sowieckiej". Do Buchenwaldu wrócił w latach 90., jako przewodniczący rady więźniów sowieckiego "specobozu" przy buchenwaldzkim muzeum.

W latach 1945-50 przez "specobozy" NKWD przeszło 160 tys. osób, w tym 123 tys. Niemców. Większość była w NSDAP, ale jako "płotki": funkcjonariusze średniego lub niskiego szczebla czy urzędnicy. Na ogromnej większości z nich nie ciążyły zbrodnie. Patrząc po ludzku: to, co ich spotkało, było niewspółmierne do ich odpowiedzialności.

Natomiast, w zależności od obozu, mniej więcej połowa do jednej piątej więźniów z nazizmem nie miała nic wspólnego - za to zostali uznani za przeciwników komunizmu. Różne proporcje wynikały stąd, że o ile w Buchenwaldzie 85 proc. stanowili członkowie NSDAP, a przeciwnicy komunizmu mniejszość, to udział tych ostatnich w obozach Sachsenhausen i Budziszyn był większy. Przeciwnicy komunizmu - czyli socjaldemokraci i przedstawiciele innych niekomunistycznych partii, które próbowały organizować się w strefie sowieckiej (wśród nich także członkowie ruchu oporu przeciw Hitlerowi); "wrogowie klasowi" (przedsiębiorcy, arystokraci), nastolatkowie, którzy zakładali organizacje antykomunistyczne, osoby z innych względów dla nowej władzy niewygodne. A także przypadkowe: np. mężczyzna, który trzy lata spędził w "specobozie" jako "oficer SS" (niem. SS-Bannführer), po czym okazało się, że ten maszynista miejskiej kolejki (niem. S-Bahn-Führer) padł ofiarą błędu językowego NKWD.

W 1950 r., po powstaniu NRD, "specobozy" rozwiązano. Więźniów Sowieci wywieźli do ZSRR, zwolnili lub przekazali do NRD-owskich więzień. A ilu zginęło? Przed 1990 r. szacunkowe dane mówiły o 85 tys., później skorygowano je w dół. Dokładnej liczby być może nie uda się ustalić nigdy. W Buchenwaldzie zginęło ok. 7 tys. osób (co czwarty więzień).

Sowieci traktowali denazyfikację jako element budowania komunizmu, a służący temu system "spec­obozów", funkcjonujący w latach 1945-1950 w strefie okupacyjnej ZSRR, obejmował obozy i liczne areszty śledcze. Przetrzymywano w nich głównie dwie kategorie osób. Pierwszych nazywano "internowanymi" (ogromna większość z nich nigdy nie stanęła przed sądem). Władze sowieckie dokonywały "internowań" dowolnie; zatrzymywano wszystkich, których podejrzewano o "działalność antysowiecką". Zmarłych w "specobozach" chowano w masowych grobach, odkrywanych stopniowo od 1990 r. Dlaczego umierali? Wprawdzie więźniowie nie musieli pracować, prawie nie byli mordowani przez strażników (poza egzekucjami skazanych na śmierć) i w zasadzie byli pozostawieni sami sobie, ale ginęli proporcjonalnie równie licznie, jak w latach 1933-45: zwłaszcza z głodu, chorób, zimna. W Buchenwaldzie zmarłych chowano najpierw przy płocie w papierowych workach, później bez worków w pobliskim lesie na stoku Ettersbergu.

Druga kategoria więzionych to skazani przez sowieckie sądy wojskowe; tu kwestia winy z lat 1933--45 traktowana była jeszcze bardziej dowolnie. Byli to nie tylko zbrodniarze czy obciążeni funkcjonariusze nazistowscy, ale także przeciwnicy komunizmu. Sądy były surowe: regułą były wyroki długoletniego więzienia lub śmierć.

"Specobozy" nazywano "Schweigelager", obozami milczenia. Określenie miało podwójny sens. Raz: ich więźniowie byli odcięci od świata, rodziny nie były informowane o miejscu pobytu, ani nawet, czy osadzeni żyją. Dwa: po zwolnieniu, o ile zostali w NRD, musieli milczeć przez pół wieku.

W służbie ideologii

Gdy w 1950 r. Sowieci przekazywali Buchenwald władzom NRD, decyzją Biura Politycznego SED został on prawie całkiem wyburzony. Kiedy kilka lat później władze zmieniły zdanie i postanowiły urządzić tu narodowy pomnik NRD, odtwarzano nie tylko prycze, ale nawet "kozły" do bicia więźniów. Historyk Manfred Overesch (w 1995 r. opublikował książkę "Buchenwald i NRD") twierdzi, że władze postanowiły zająć się obozem dopiero, gdy pojęły, że społeczeństwo potrzebuje nie tylko ideologii, ale też jakiejś własnej historii ułatwiającej identyfikację i konkretnego miejsca, które nowemu państwu nadawałoby legitymizację.

Uroczystości otwarcia mauzoleum w 1958 r. zainscenizowano jako "bojową demonstrację na rzecz rozbrojenia i zakazu broni atomowej, na rzecz stworzenia w Europie strefy bezatomowej, przeciw atomowym zbrojeniom bońskiej Bundesrepubliki" (Overesch). Otwierający "Miejsce Pamięci i Przestrogi" premier NRD mówił: "Uczcimy najlepiej naszych wielkich zmarłych, nie tylko stając po stronie socjalizmu, ale z całych sił walcząc o zwycięstwo socjalizmu w NRD". Ale choć zaznaczał, że "zbudowanie w sercu Niemiec takiego pomnika, wyrażającego naszą cześć i szacunek, jest zobowiązaniem całego [sic!] narodu niemieckiego", to w istocie - pisze Overesch - także w Buchenwaldzie Niemcy zostały podzielone: starania o pokój, postęp i pamięć o ofiarach hitlerowskiego kacetu zostały "ustawione" po "właściwej", tj. NRD-owskiej stronie, a po stronie RFN znalazły się: militaryzm, reakcja i nazistowscy oprawcy.

Mauzoleum gloryfikowało komunistyczny ruch oporu. Na zboczu Ettersbergu stanęła wielka dzwonnica, której dzwony oddzwaniały każdą pełną godzinę. Tu, na "Golgocie ruchu robotniczego", co roku w rocznicę wyzwolenia odbywały się akademie, podczas których "walczono o pokój" i potępiano "militarystów z RFN". Buchenwald stał się miejscem, które państwu powstałemu z woli Moskwy dostarczać miało legitymizacji historycznej i etycznej (jako krajowi, w którym mieszkają "lepsi Niemcy"). W latach 80. Buchenwald odwiedzało rocznie 360 tys. osób, w tym sporo młodzieży, klas szkolnych.

Podobnej instrumentalizacji władze dokonywały też na terenie innych obozów, uznanych za miejsca pamięci NRD: Sachsenhausen i Ravensbrück.

Ale konflikt Wschód-Zachód wpływał na postrzeganie i instrumentalizację historii nie tylko w NRD, lecz także w RFN. O ile w ideologii NRD okres

III Rzeszy prezentowany był jako zdegenerowany etap w rozwoju kapitalizmu, to w Republice Federalnej na nazizm patrzono do końca lat 60. przez pryzmat konfliktu z komunizmem. Perspektywa ta zmieniać zaczęła się w latach 70. Wtedy to w społeczeństwie RFN także obozy sowieckie z lat 1945-50 stały się z czasem obiektem swoistego przemilczenia, które wynikało po części z braku zainteresowania, a po części z przekonania, że mówienie o nich może być relatywizowaniem zbrodni niemieckich.

Na kilkadziesiąt lat interpretacja przeszłości stała się także funkcją konfliktu niemiecko-niemieckiego czy szerzej: konfliktu Wschód-Zachód.

Pamięć skłócona

Tabu było absolutne, tym bardziej gwałtowne było więc to, co ruszyło na początku 1990 r. W NRD był to czas chaosu, okres przejściowy między jesienną rewolucją 1989 r. a marcowymi wolnymi wyborami, które sformalizowały proces włączania NRD w organizm RFN. "Ludzie władzy" starali się pokazać jako demokraci, a dotyczyło to także mediów, dotąd upartyjnionych. Jako pierwsze zakaz mówienia o "specobozach" złamały właśnie lokalne gazety z Turyngii i Saksonii: w lutym 1990 r. ukazywać zaczęły się w nich artykuły, których autorzy zadawali pytanie: co działo się po 1945 r. w Buchenwaldzie i innych obozach w sowieckiej strefie?

Wywołały one lawinę: gdy o tych publikacjach napisały centralne gazety, w NRD i w RFN, odzywać zaczęli się dawni więźniowie. A że był to czas, gdy w całej NRD jak grzyby po deszczu powstawały rozmaite organizacje, szybko zaczynają się organizować także ci, którzy przeszli przez "specobozy". W miastach, gdzie działały "specobozy", powstały inicjatywy obywatelskie, które (razem z władzami, jeszcze starymi) rozpoczynają ekshumacje. Także w Buchenwaldzie tworzy się inicjatywa obywatelska; chce wyjaśnić losy więźniów "specobozu". Przy płocie, gdzie, jak już wiadomo, chowano trupy, pojawiają się krzyże i płoną świece (potem odnaleziono drugie miejsce pochówku, zwane "leśnym cmentarzem", bo położone w lasku bukowym; tam na miejscu masowych grobów postawione zostaną metalowe stele). I tak jak w całej NRD, również w Weimarze tworzy się "komisja antykorupcyjna". Nazwa jest myląca, gdyż nie tylko bada działalność lokalnych władz, ale interesuje się też Buchenwaldem - i stwierdza, że tamtejsza wystawa jest "historycznie jednostronna".

Od razu rusza spór: czy w obozach NKWD siedzieli niewinni? Dopiero w kolejnych latach historycy będą mogli stwierdzić, jakie były proporcje. Ale że byli więźniowie "specobozu", którzy działają teraz publicznie, najczęściej byli ofiarami niewinnymi (to kwestia wieku: roku 1990 dożyli najmłodsi), zaczynają domagać się godnego upamiętnienia dla swych cierpień.

I tak w Buchenwaldzie dochodzi do starcia ofiar komunizmu i nazizmu: czy oficjalne wspomnienie - także w formie symbolicznej (ekspozycji, pomnika) - o ofiarach obozu sowieckiego ma mieć charakter równorzędny ze wspomnieniem o obozie nazistowskim, czy też ma być mu "podporządkowane"? W tle debaty do głosu dobijają się "nostalgicy" po NRD (czasami tożsami z komunistami), dla których NRD-owskie mity pozostały żywe. Krytyka "nostalgików" i komunistycznych stowarzyszeń więźniarskich towarzyszyć będzie nawet nowej wystawie, upamiętniającej ofiary hitlerowskiego kacetu, otwartej w 1995 r. (nowej dyrekcji muzeum zarzucono, że zlikwidowała w większości to, co pozostało z czasów NRD). A gdy zaczyna krystalizować się koncepcja uczczenia ofiar "specobozu", przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Buchenwald--Dora, Pierre Durand - zaproszony na posiedzenie komisji Bundestagu ds. badania historii NRD, która obradowała wyjazdowo w Buchenwaldzie - zanim demonstracyjnie opuści jej posiedzenie, oświadczy, iż on i jego Komitet nie będą współpracować ze stowarzyszeniami więźniów "specobozu": "Nie może być mowy o współpracy między nami a obrońcami naszych katów". Komitet (zbliżony do środowisk komunistycznych) zbojkotuje też otwarcie drugiej wystawy - poświęconej "specobozowi" - w maju 1997 r.

W miarę, jak spór eskalował, na scenę wkroczyły jeszcze dwie grupy, niemające z Buchenwaldem nic wspólnego, ale gotowe dokonywać jego ponownej instrumentalizacji: neonaziści i anarchiści (zwący się też antyfaszystami). Pierwsi odwiedzali Buchenwald, by fotografować się w uniformach imitujących mundury SS. Drudzy, wyznawcy tezy, że faszyzm to forma kapitalizmu, przybywali do Buchenwaldu, by profanować cmentarz ofiar "specobozu" i urządzać "antyfaszystowskie" demonstracje. W kwietniu 1997 r. - przed otwarciem wystawy poświęconej "specobozowi" - grupa anarchistów przyjechała do Buchenwaldu, by na stele, upamiętniające miejsca pochówku z lat 1945-50, ponaciągać żółte plastikowe worki.

Dlaczego akurat Buchenwald wywoływał takie emocje? Po pierwsze, był jednym z najsłynniejszych hitlerowskich kacetów, a potem jednym z największych "specobozów". Po drugie, władze NRD głównie z Buchenwaldu uczyniły miejsce "świeckiego kultu" i fundament ideologii, manipulującej historią. Po trzecie, w latach 90. Buchenwald stał się jednym z czterech najistotniejszych miejsc pamięci dla społeczności żydowskiej, obok Oświęcimia, Holocaust Memorial w Waszyngtonie i Yad Vashem. Państwo niemieckie i opinia publiczna nie mogły być obojętne wobec tego, jaki kształt przybierze to miejsce.

Na razie jest początek lat 90. i między różnymi grupami ofiar trwa spór. Oczywiste jest tylko, że trzeba coś zrobić z NRD-owskim mauzoleum. Ale co? Koncepcji jest tyle, ilu protagonistów debaty. Mniej oczywiste jest już, kto powinien kierować buchenwaldzkim miejscem pamięci w nowym kształcie. Po 1990 r. muzeum długo nie ma szczęścia do dyrektorów. Dopiero po dwóch nieudanych próbach, w 1994 r., dyrektorem zostaje historyk Volkhard Knigge. Równolegle fundacja (która jest teraz formalnym opiekunem Buchenwaldu), dyrekcja muzeum i władze szukają sposobu na doprowadzenie do konsensu między grupami ofiar.

W 1992 r. landowe ministerstwo powołuje komisję historyków; jej zadaniem jest opracowanie nowej koncepcji muzeum. Historycy uznają, że oba miejsca pamięci - o hitlerowskim kacecie i "specobozie" - należy "przestrzennie wyraźnie rozdzielić". Konkretnie, że powinno się zorganizować dwie osobne wystawy: jedną wewnątrz obozowego ogrodzenia z drutu kolczastego, poświęconą kacetowi; drugą poza terenem obozu, na uboczu, obok masowych grobów. Oba obozy "miały inne przyczyny i służyły różnym celom". Komisja uzna też, że powinna powstać także trzecia wystawa, obrazująca instrumentalizowanie Buchenwaldu w NRD.

Więźniowie "specobozu" nie są zadowoleni. Niezadowoleni są także więźniowie z lat 1937-45, zrzeszeni w organizacjach o profilu komunistycznym. Spory uwidaczniają się najbardziej podczas corocznych obchodów wyzwolenia w 1945 r.: przemawiający tradycyjnie Durand (francuski komunista, były więzień) konsekwentnie pomija milczeniem okres po 1945 r. A więźniowie "specobozu" demonstrują swe zniecierpliwienie; np. w kwietniu 1992 r. stają z transparentem: "1945-1950. Także my jesteśmy ofiarami".

Dynamika takich publicznych sporów uczy, że ich rozwiązanie możliwie jest w dwojaki sposób. Albo istnieje struktura, w ramach której możliwe będzie skanalizowanie emocji i posadzenie protagonistów przy jednym stole, albo pojawi się ktoś o silnej osobowości, kto podejmie się niewdzięcznej roli pośrednika. W przypadku Buchenwaldu struktury nie było. Pojawił się natomiast ten "ktoś": dyrektor Knigge, ze "starej" Republiki Federalnej, z wykształcenia historyk i psychoterapeuta. Był między młotem a kowadłem: z jednej strony więźniowie-komuniści zarzucali mu, że "buduje pomnik nazistom"; z drugiej, gdy ogłosił wyniki badań historyków (mówiące, że około czterech piątych więzionych w latach 1945-50 stanowili "mali i średni funkcjonariusze" reżimu hitlerowskiego), przedstawiciel Związku Ofiar Stalinizmu z Turyngii złożył na niego doniesienie do prokuratury, zarzucając mu profanowanie pamięci zmarłych (prokuratura śledztwo umorzyła).

Za swe zadanie Knigge uznał "dekonstrukcję pamięci": przezwyciężenie mitów, którymi otoczone było buchenwaldzkie muzeum. A statystyki zwiedzających to miejsce zdawały się wskazywać, że coś się zmieniło; że udało się odbudować zaufanie, nadwątlone po upadku komunizmu, i ujawniono nadużycia, których dokonały tu władze NRD. O ile w 1990 r. do Buchenwaldu przybyło 267 tys. osób, to w 1996 r. odwiedzających było 400 tys., więcej niż w NRD. I w większości byli to zwiedzający indywidualnie, a nie jak w NRD zorganizowane grupy. Pod koniec lat 90. liczba ta jeszcze wzrosła.

Także dzięki staraniom Kniggego pod koniec 1997 r. muzeum mogło zaprosić na prezentację dzieła pod tytułem "Skamieniała pamięć" - antologii, poświęconej historii Buchenwaldu w czasach NRD i "antyfaszystowskiemu" mauzoleum (postanowiono go nie wyburzać, ale zachować jako świadectwo historii). Muzeum przygotowało też katalog, poprzedzający otwarcie w 1999 r. trzeciej już wystawy, której tematem miała być tym razem historia obozu w czasach NRD. Było to, rzec można, "przezwyciężanie" przez muzeum nie tyle własnej przeszłości, ale sposobu, w jaki w NRD w tym miejscu "przezwyciężano przeszłość".

Knigge należał także do zespołu 26 historyków z Niemiec i Rosji, którzy w latach 90. badali m.in. rosyjskie archiwa. Efektem była kilkutomowa edycja "Sowieckie obozy specjalne w Niemczech 1945-1950". Mimo że materiały były niekompletne, a Rosjanie nie udostępnili np. archiwum KGB, można było sformułować jakieś wnioski. Nie udało się jednak ostatecznie odpowiedzieć na pytanie o zakres winy konkretnych więźniów - na to materiały okazały się za skąpe. A było to pytanie kluczowe i budzące emocje: czy byli eksnazistami, czy ofiarami sowieckiej polityki budowania nowego systemu władzy. Ustalono jedynie, że do 1948 r., w zależności od "specobozu", od 50 do 85 proc. stanowili członkowie NSDAP (w tym chłopcy z Hitlerjugend czy członkinie kół kobiecych NSDAP), w ogromnej większości niskiej rangi. Niemal nie było SS-manów; tych Sowieci wywozili do obozów w ZSRR.

Historycy nie znaleźli dokumentu, który potwierdziłby tezę popularną w środowiskach byłych więźniów, że Sowieci realizowali planową strategię wyniszczenia aresztowanych. Za główną przyczynę wysokiej śmiertelności w "specobozach" (35 proc.) skłonni byli uznać "przesadnie scentralizowaną, kafkowską, otępiałą wobec aspektów prawnych i humanitarnych sowiecką maszynerię administracyjną", która okazała się niewydolna bądź niezainteresowana, gdy zaczął się głód i choroby.

Sprawą najtrudniejszą pozostawało: jak ma wyglądać wystawa, poświęcona okresowi 1945-50? I choć została w końcu otwarta w maju 1997 r., nie udało się osiągnąć konsensu między stowarzyszeniami więźniów. Jedni i drudzy mówili o "kompromisie"; Międzynarodowy Komitet Buchenwaldzki zbojkotował uroczystość.

Także podczas samej uroczystości, w której wziął udział szereg polityków, doszło do polemiki między Gerhardem Finnem (tym, który miał 15 lat, gdy znalazł się w "specobozie", a w latach 90. był szefem federacji grupującej stowarzyszenia ich ofiar) a odpowiedzialnym za koncepcję wystawy historykiem Eberhardem Jäckelem. Finn mówił, że jedynie z "pewną satysfakcją" staje przed budynkiem wystawy, który został zaprojektowany z takim "brakiem stylu", że gorzej być nie mogło. Jäckel replikował, że "specobóz" mógł powstać tylko dlatego, że wcześniej istniał tu hitlerowski kacet i nie można "zamazywać różnic między nimi".

Z tym ostatnim zdaniem Finn zapewne by się zgodził. Co nie zmienia faktu, że trudno mu było zaakceptować fakt, iż "jego" wystawa została zaprojektowana tak, że aby do niej trafić, zwiedzający nie wchodził w ogóle na teren obozu, ale przed bramą musiał skręcić i iść wzdłuż płotu drogą, która prowadziła do bukowego lasu (tego, w którym znaleziono groby); w końcu dochodził do budynku, który - takie wrażenie odniósł pewien zwiedzający - "wciska się w zbocze, jak gdyby musiał się ukryć". Muzeum tłumaczyło, że kierowano się zaleceniami komisji historyków, by punkt ciężkości spoczywał na hitlerowskim kacecie, a wspomnienie o "specobozie" było mu "podporządkowane". A Jäckel "podporządkowanie" uzasadniał tym, iż "specobóz" nie był obozem zagłady i śmiertelność wynikała nie z planu unicestwienia więźniów, lecz z chaosu i zaniedbań administracji sowieckiej; tak miała wyglądać "brutalna banalność" zgonów w "niemieckim GUŁ-agu".

Co z kolei doprowadzało ekswięźniów do furii - bo czy fakt, że w archiwach rosyjskich nie znaleziono dokumentu, który dowodziłby zamiaru wyniszczenia ludzi trzymanych w "specobozach" był dowodem, że Sowieci nie chcieli, aby zostali oni w tak "naturalny" sposób "wyeliminowani"? Zwłaszcza, że byli więźniowie, którzy wzięli udział w uroczystości w 1997 r., pod koniec lat 40. mogli mieć najwyżej 18 lat. A więc byli to ci, którzy do obozu trafili za udział w konspiracji antysowieckiej lub członkostwo w Hitlerjugend.

Konsensusu więc nie osiągnięto. Dla ludzi, których biografie związane były z tym miejscem, atmosfera wokół Buchenwaldu miała pozostać pełna nieporozumień i ciężkich słów. Mimo to (a może dlatego?) w Buchenwaldzie uczyniono dużo, by zbadać i upamiętnić całą historię tego miejsca. W ten sposób, do końca pierwszej dekady po zjednoczeniu, Buchenwald stał się jedynym miejscem pośród "specobozów", gdzie - by użyć tego niemieckiego pojęcia - "przezwyciężano" całą jego przeszłość. W innych "specobozach" uczyniono to dopiero w kolejnych latach.

A "konflikt pamięci" i pytanie, jak mówić i o zbrodniach narodowosocjalistycznych, i komunistycznych, miały nadal towarzyszyć debatom. W następnych latach nieraz prowadziły do ostrych sporów. Niechciana "konkurencja ofiar" jest na trwałe wpisana w niemiecką pamięć.

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]