Reklama

Brygada "Leopardów"

Brygada "Leopardów"

02.11.2003
Czyta się kilka minut
Spory o wojnę w Iraku, awantura o pomysł “Centrum przeciw Wypędzeniom", różne zdania w sprawie projektu europejskiej konstytucji... Stosunki polsko-niemieckie - i to zarówno na szczeblu najwyższym, rządowym, jak i najniższym, społecznym - nie wyglądają najlepiej, a polska prasa od 1989 r. nie pisała tak źle o Niemcach. Jest jednak pewna sfera relacji między Polską a Niemcami, która od wielu lat rozwija się świetnie, choć w cieniu polityki i wielkich sporów: to współpraca między armiami obu krajów.
Z

Za pięć euro Peter Struck mógłby co najwyżej pójść na piwo razem ze swym polskim kolegą Jerzym Szmajdzińskim, choć na dwa duże jasne raczej już by nie starczyło. Tyle minister obrony Niemiec zainkasował za pięć myśliwców Mig-29, które pod koniec września przyleciały z bazy Luftwaffe do Polski. I tyle - po jednym euro za sztukę - wynosi “cena" za 29 takich samolotów. Republika Federalna odziedziczyła je po NRD; w najbliższych miesiącach zasilą polskie lotnictwo, na miejsce muzealnych Migów-21, zanim pojawią się pierwsze amerykańskie F-16.

To nie pierwsza taka dostawa na wielką skalę sprzętu Bundeswehry dla Wojska Polskiego. Od kilku miesięcy 10. Brygada Kawalerii Pancernej jeździ na 116 niemieckich czołgach typu “Leopard". Czołgi kosztowały więcej niż Migi, ale w obu przypadkach cena była tak symboliczna, że niemiecki odpowiednik Najwyższej Izby Kontroli uznał za stosowne zauważyć, iż niemiecki budżet na tym stracił, gdyż sprzęt można było sprzedać w świecie po cenie komercyjnej. Jednak rząd Niemiec zastrzeżenie zignorował: w obu przypadkach nie chodziło o interes, ale decyzję polityczną.

Z imieniem Maczka

Choć wydaje się, że to prowincjonalna, leśna głusza, kilkadziesiąt kilometrów od Odry, zmiany historyczne widać tu może lepiej niż gdzie indziej. Gdy po 1945 r. ziemia ta stała się częścią Polski, dawne koszary Wehrmachtu zajęła “zaprzyjaźniona" Armia Radziecka. Kiedy odeszła z Polski, zdewastowany teren przejęło polskie wojsko.

Dziś w Świętoszowie żołnierze Bundeswehry uczą Polaków strzelać z niemieckich czołgów, a w czasie wolnym oficerowie polscy i niemieccy grają razem w piłkę. I tak Świętoszów stał się oczkiem w głowie, wizytówką stosunków polsko-niemieckich - wojskowych.

Wszystko poza armią jest tu jakby przy okazji. Nieliczne sklepy funkcjonują dzięki skromnym żołdom szeregowców, ławki w kościele zdominowane są przez mundurowych. Nawet poranny PKS z Żagania wiezie cywili tylko jako dodatek (oni zresztą też jadą do pracy w jednostce). Dwie trzecie mieszkańców Świętoszowa - małej miejscowości koło Bolesławca i Żagania - to żołnierze 10. Brygady Kawalerii Pancernej.

Centrum jednostki tworzy wielki plac defiladowy - tu odbywało się transmitowane przez telewizję pożegnanie polskich żołnierzy wyjeżdżających do Iraku (w Babilonie służy jeden batalion z 10. Brygady). Na szczęście dopiero z pewnej wysokości widać, że kostka brukowa na placu ułożona jest w kształt swastyki. Plac zbudowali jeszcze Niemcy, po 1945 r. maszerowali po nim żołnierze radzieccy. Teraz chodzą po nim Polacy - i Niemcy z 7. Dywizji Pancernej z Düsseldorfu, która współpracuje ze świętoszowską brygadą. Także dlatego jednym z emblematów na placu jest Springendes Ross - czerwony, stający dęba rumak, godło niemieckiej dywizji.

Brygada ze Świętoszowa należy do Korpusu Sił Szybkiego Reagowania NATO. W ramach tego Korpusu podlega operacyjnie niemieckiej 7. Dywizji Pancernej. Przekazanie Polsce niemieckich czołgów było więc - także - krokiem praktycznym, ułatwiającym np. wspólne ćwiczenia.

Był to także gest polityczny. I symboliczny: 10. Brygada Kawalerii Pancernej swoje tradycje wywodzi z 29. Pułku Piechoty (z 2. Armii Ludowego Wojska Polskiego), który wiosną 1945 r. walczył nad Nysą Łużycką i pod Budziszynem, ponosząc tam wielkie straty.

I nosi imię generała Stanisława Maczka - we Wrześniu 1939 r. legendarnego dowódcy jedynej wówczas polskiej jednostki pancernej (10. Brygady Zmotoryzowanej), który następnie walczył na Zachodzie: w 1940 r. we Francji, a w 1944-45 r. na froncie zachodnim; ostatnią bitwą 1. Dywizji Pancernej Maczka było zajęcie w maju 1945 r. wielkiego portu wojennego w Wilhelmshaven.

Zanim przyjechał "Leo"

Rosjanie wyjechali stąd w 1992 r. - Nie było to dla nich nic przyjemnego, Świętoszów to był lepszy świat - mówi podpułkownik Dariusz Pawłowski, dowódca batalionu czołgów. Armia Radziecka koszary zostawiła w opłakanym stanie. Ów stan wyjaśnia dyplomatycznie porucznik Franciszek Nanowski: - Po prostu nie przykładali wagi do remontów, ładnego wyglądu...

Tak naprawdę Rosjanie, dowiedziawszy się o rychłej wyprowadzce, zdewastowali wszystko, co się dało; odkręcali nawet kaloryfery. Po ich odejściu nie było ani elektryczności, ani wody. - Młodzi żołnierze świeżej kadry byli przerażeni, brakowało wszystkiego, włącznie z oknami - wspomina Nanowski.

Także dlatego w Świętoszowie - gdzie na fali kolejnych reform w wojsku zakwaterowano początkowo 120. Husarski Pułk Zmechanizowany - mało kto chciał służyć. Jednostka miała złą opinię: prowincja, pijaństwo, samowolne oddalenia, kłopoty z dyscypliną. Często zmieniali się dowódcy. Nikt nie przypuszczał, że Świętoszów będzie kiedyś w centrum zainteresowania.

Latem 1995 r. kolejna reforma stworzyła 10. Brygadę Kawalerii Pancernej. Trzy lata później jej dowództwo objął gen. Bogusław Samol - i “twardą ręką" (jak mówią niektórzy) zmienił oblicze jednostki. Musiał zmienić: brygadę zaliczono teraz do tej “lepszej" części armii, która miała stać się równorzędnym partnerem przyszłych sojuszników z NATO.

Dziś koszary są wyremontowane (salę kinowo-widowiskową z czasów Rosjan przebudowano na kościół garnizonowy). Obok hala sportowa, korty tenisowe i boiska, lepiej utrzymane niż w niejednym klubie piłkarskim. Czołgi stoją w nowoczesnych garażach z systemem osuszania i ogrzewania.

Większość jednostki stanowią żołnierze zawodowi lub kontraktowi (podpisujący umowę na kilka lat). Służą, bo chcą. Uczą się obsługi “Leo" (tak pieszczotliwie nazywają czołgi Niemcy), szkolą się w eksploatacji, dowodzeniu i logistyce. Prócz czołgistów do Niemiec jeżdżą też na ćwiczenia oddziały saperskie i przeciwlotnicze (gen. Samol: - U nas wysoki poziom ma obrona przeciwchemiczna. Kiedyś do naszego sapera podszedł niemiecki pułkownik z upominkiem. Mógłby być jego ojcem; mówił, że takiego dobrego fachowca jeszcze nie widział). Z kolei żołnierze Bundeswehry odwiedzają często Świętoszów.

Świętoszowscy żołnierze uczestniczyli w dwóch misjach w Kosowie. Byli chwaleni. - Zakończone sukcesem konwoje, duża ilość skonfiskowanej broni i żywe albańskie niemowlę, znalezione przez nas w śmietniku - wymienia porucznik Nanowski.

Teraz trzystu z nich służy w Iraku. W Świętoszowie zostawili rodziny. Nanowski: - To było trudne rozstanie. Pomagamy rodzinom, jak możemy. Mają do dyspozycji internet, opiekę psychologiczną i nasze wsparcie.

Dziś brygada ze Świętoszowa jest jedną z tych jednostek polskiej armii, w których jest więcej chętnych do służby niż miejsc.

O historii tak, o polityce nie

Ze współpracy z Niemcami porucznik Nanowski jest dumny. I świadomy zmiany, w jakiej uczestniczy. Druga wojna światowa to dla niego historia jego rodziny, nie mgliste wspomnienie. - Mój dziadek walczył w obu wojnach światowych, zginął podczas walki z bandami UPA na Wołyniu - wspomina Nanowski.

Żołnierzami II wojny światowej byli także obaj dziadkowie generała Samola.

Dziś ich brygada jest częścią NATO, współpracuje z Niemcami, jeździ na ich czołgach. Ale od historii uciec nie sposób. Podpułkownik Pawłowski: - Rozmawiamy z Niemcami o tamtej wojnie jak żołnierze z żołnierzami. Na przykład o bitwie stalingradzkiej: mówili, że klęska była rezultatem fatalnych błędów niemieckiego dowództwa. Dowódca poznał

w Niemczech wielu starych dziś ludzi, którzy byli w armii okupacyjnej i brali udział w walkach w Polsce: - Na poligonie w Bergen rozmawiałem z człowiekiem, który podczas II wojny światowej służył w Świętoszowie. Obyło się bez cienia wzajemnej niechęci.

Na uroczyste przekazanie “Leopardów" zaproszono do Świętoszowa polskich weteranów II wojny światowej. Niektórzy reagowali emocjonalnie. Jednemu przypomniała się jesień 1944 r., kiedy pod Chełmem koło Lublina przejmował czołgi

T-34 od Rosjan. Inny weteran wyznał porucznikowi Nanowskiemu z zachwytem: - Doskonałe czołgi. Szkoda tylko, że niemieckie.

A z czym określenie “niemiecki czołg" kojarzy się żołnierzom ze Świętoszowa?

Generał Samol: - Z najazdem na Polskę. I z solidnością. Dzisiaj nie da się wygrać wojny bez dobrego lotnictwa i dobrych czołgów.

Podpułkownik Jan Rydz: - Z zaawansowaną techniką. Są sprawdzone.

Podpułkownik Pawłowski: - Z »Tygrysem« z czasów II wojny, wówczas to były świetne czołgi. Dopiero w drugiej kolejności z »Leopardami«.

Polskich czołgów porównywać do “Leopardów" w Świętoszowie nie chcą. Może dlatego, że - jak słychać w wielu rozmowach - ten temat dotyczy już polityki (przejęcie “Leopardów" wywołało także kontrowersje; związki zawodowe twierdziły, że będzie to mieć złe skutki dla polskiego przemysłu), a o polityce wojskowi mówić nie chcą. Zaznaczają, że dyskusje wokół przemysłu zbrojeniowego czy spory w stosunkach politycznych z Niemcami to sprawy dla polityków. Generał Samol: - Od tego są minister i premier. Ja jestem dowódcą. Profesjonalizm polega także na wykonywaniu rozkazów, bez względu na układy polityczne.

Profesjonaliści

Według generała Samola żołnierz-profesjonalista powinien być także człowiekiem wykształconym. Nie tylko w rzemiośle wojskowym. Sam generał skończył studia podyplomowe na wydziale prawa UAM w Poznaniu. - Dla żołnierza ważne jest, aby uczył się także od cywilnych profesorów - zaznacza. - Cenne jest ich spojrzenie na świat. No i teraz, gdy prowadzę jednostkę, nawet prawo budowlane się przydaje. Szkoła oficerska nauczyła mnie walczyć, ale nikt tam nie mówił, jak administrować jednostką.

Na biurku najmłodszego polskiego generała słownik polsko-angielski. Generał wymaga znajomości języka również od żołnierzy. Energiczny, uśmiechnięty. Mówi się, że łączy twardą rękę z życzliwym podejściem do podwładnych: - Tu służą młodzi ludzie. Nic nie osiągnie się przymusem czy wrzaskiem. Trzeba ich rozumieć.

Samol uważany jest za dowódcę nowoczesnego. Lubi pograć w piłkę; zresztą w całej jednostce uprawianie sportów to wymóg. - Grywamy z Niemcami mecze towarzyskie, z różnym skutkiem: raz oni wygrywają, raz my - mówi Nanowski.

Generał mówi, że dla niego ważne jest również, by między niemieckimi i polskimi żołnierzami nawiązywały się przyjaźnie. Wyjazdy za Odrę to nie tylko szkolenia, ale także wspólnie spędzane weekendy: wycieczki, grill, piwo.

W ubiegłym roku brygadę uznano za najlepszą jednostkę w polskich wojskach lądowych.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]