Acqua alta

4 miliardy euro. A może będzie więcej, faraońskie projekty mają to do siebie, że zasysają coraz więcej, zwłaszcza pod koniec.

18.11.2019

Czyta się kilka minut

 / PAWEŁ BRAVO
/ PAWEŁ BRAVO

Pada argument, że tyle pieniędzy już poszło w błoto, w piach czy w beton, że szkoda byłoby zmarnować roboty, nie dosypując paruset milionów na ostatnie niezbędne prace. ­Faraon tutaj pada nieprzypadkiem, bowiem mowa o „Mojżeszu”, systemie wielkich grodzi i śluz, który ma docelowo zatykać ujścia do laguny weneckiej w chwilach, gdy nadchodzi większa fala przypływu. Tylko fakt, iż realizujące pomysł konsorcjum „Venezia Nuova” wiele lat temu sfinansowało konkurs, w ramach którego Josif Brodski napisał „Znak wodny”, ratuje jego kierownictwo przed wiecznym potępieniem w piekle. Jeśli chodzi o kary doczesne, to trzydziestka menedżerów siedzi w pudle za łapówki i malwersacje.

Morze to oddychający stwór, jego brzuch regularnie się unosi i opada. Miłośnicy Dębek czy Międzywodzia nie miewają okazji porządnie zaznać, co to znaczy przypływ, ale dobrze wiedzą o tym choćby ci, którzy plażowali nad Atlantykiem. Tabelka pływów jest tam bardziej niezbędna od prognozy pogody. Podobnie w Wenecji, zwłaszcza w zimie, kiedy silny wiatr z południa nagania wielkie masy wody do zamkniętego kąta górnego Adriatyku. Jeśli się wybieracie za dwa miesiące na karnawał, sprawdzajcie wykresy acqua alta. Powyżej dziewięćdziesięciu centymetrów – na plac Świętego Marka nie wejdziecie suchą nogą, ale pomosty zapewnią wam wygodne przejście. Powyżej stu dwudziestu – na pewno zmokniecie po kostki, nie wkładajcie paradnych butów. Tyle pociechy, że to wszystko trwa krótko. Po wydechu następuje wdech, brzuch bestii się kurczy.

Te dramatyczne, pełne grozy migawki z telewizji i portali z zeszłego tygodnia trzeba brać właśnie w tym kontekście. To nie był wielki, niespodziewany cios, lecz zjawisko oczywiste i spodziewane. Tyle że w skrajnie intensywnej postaci, wzmocnionej przez wiatr i ulewy. Wody przyszło ciut więcej niż zwykle, ale to „ciut” uczyniło istotną różnicę. Wpiszcie do wyszukiwarki YouTube hasło „Creepy flood warning in the streets of ­Venice”, czyli „upiorny sygnał ostrzegawczy przed powodzią”. To tylko pół minuty, o tyle uwagi was proszę. Wysokość fali miejski system alarmowy przekłada na liczbę tonów podawanych przez syreny – od jednego do czterech. Na tym wideo usłyszycie ich aż cztery, i jest to progresja harmoniczna godna porządnego kompozytora. Nawet z syreny ostrzegawczej potrafią tam uczynić znak piękna. Ktoś, kto nazwał nagranie creepy, musiał być szczególnie tępy, nic tam nie ma upiornego, jest tylko majestat jerychońskiej trąby. Chyba że się boicie zobaczyć prawdziwe syreny, takie z ogonem, nagrane dźwięki każą się spodziewać spotkania z nimi za następnym rogiem.

Ja się nie boję. Gdyby nie obowiązki redaktorskie, popędziłbym do swojego miasta-z-wyboru, które kiedyś może było kluczowym ośrodkiem handlu, polityki i kultury, ale dziś istnieje tylko po to, żeby na nie patrzeć. Rola ciekawskiego widza nie przynosi tam ujmy, jak np. bycie gapiem powodzi w bardziej normalnym miejscu. „Wenecjanin pada na kolana tylko żeby się modlić” – głosi lokalne powiedzenie, ale jest w nim, oprócz taniego patosu, podkład praktycznej zapobiegliwości, jaką przez stulecia wykazywała się Republika w zapewnianiu sobie świętego spokoju. Sprowadzała inżynierów z najdalszych zakątków Holandii, dbała systematycznie o udrażnianie kanałów, potrafiła przez stulecia utrzymać delikatny system hydrologiczny chroniący miasto przed skrajnościami morza i rzek, które zasilają non stop lagunę. Ale dziś ludzkość potrzebuje zapanować nad przyrodą raz a dobrze. Staromodne wybieranie mułu, koszenie wodorostów, odświeżanie zastawek i mnóstwo równie nieefektownych czynności ciśnięto w kąt i wszystkie pieniądze poszły na „Mojżesza”.

A potem kiwamy głową, że kataklizm i do tego wina globalnego ocieplenia. Kryzys klimatyczny zaczyna nam nieraz służyć za rodzaj apokaliptycznego alibi: dzieje się źle, no bo „człowiek popsuł planetę”, i dopóki nie zadziałamy na skalę globalną (a wiadomo, że nie zadziałamy), to nic się nie da zrobić. Wenecja będzie tonęła. Szlag mnie od takiego gadania trafia, ręce się trzęsą, aż mi się w zeszłą środę risotto przypaliło i zaciąłem sobie palce, zdejmując błony z wołowych policzków na obiad. Wolę myśleć, że coś się jednak da, tak jak trwamy przez każdy kolejny dzień, od pierwszego łyka wody rano po ostatni kęs wieczornej szarlotki, a nasze życie faluje w nieustannym wdechu i wydechu. Sami możemy być własnym Mojżeszem, prowadząc się na drugi brzeg. ©℗

Dzwoniłem do dwóch ulubionych weneckich lokali, nie zalało ich, są położone w wyższych partiach miasta, tych akurat mniej turystycznych. Żeby się trochę oderwać od tych obrazów, pocieszałem się w weekend łatwymi i szybkimi bułeczkami scones, o których pisałem kiedyś w wersji deserowej – ale teraz zacząłem je przyrządzać na słono-słodko. Są na tyle proste, że można je zrobić na śniadanie, wstając tylko pół godziny przed domownikami. 450 g mąki (może być częściowo pełnoziarnista) mieszamy z 6 płaskimi łyżeczkami proszku do pieczenia i łyżeczką soli. Wcieramy w to palcami 75 g pokrojonego na kawałki zimnego masła. Wkrajamy 125 g pokruszonego niebieskiego sera i dwie garści suszonej żurawiny. Wlewamy 300 ml maślanki. Całość mieszamy płaskim nożem. Kiedy ciasto zacznie się łączyć, przenosimy masę na oprószoną stolnicę i krótko zagniatamy. Szybko formujemy placek o wysokości 2,5 cm. Wycinany z niego krążki o średnicy ok. 7 cm. Resztki po wycięciu znowu formujemy w placek i dalej wycinamy krążki. Pędzlujemy je maślanką i pieczemy w 200 stopniach ok. 15 minut, aż bułeczki się zrumienią i postukane od spodu, będą wydawać głuchy odgłos.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Zawodu dziennikarskiego uczył się we wczesnych latach 90. u Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet, po czym po kilkuletniej przerwie na pracę w Fundacji Batorego powrócił do zawodu – najpierw jako redaktor pierwszego internetowego tygodnika książkowego „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2019