Zaczynając od Ewy

Najbardziej zdumiewającym zjawiskiem jest od kilku dni zachowanie kolejnych dziennikarzy reagujących na informację, że Ewa Milewicz z "Gazety Wyborczej" nie zamierza składać żadnego oświadczenia zapewniającego o jej niewinności politycznej, ponieważ uważa to za żądanie upokarzające. Dla normalnie myślącego człowieka jej reakcja jest czymś oczywistym w swojej normalności właśnie - tymczasem oświadczenie to wywołało oburzenie i zgorszenie. "Postawiła się ponad prawem" - zaczęli ze zgrozą wołać jeden po drugim redaktorzy, publicyści, felietoniści z prawicowych mediów. A krzyk ten wspierają prawicowi politycy. Niepoddanie się obowiązkowi lustracji będzie oznaczało niewiarygodność dziennikarza - deklaruje symboliczny wręcz dla tradycji solidarnościowej poseł z Torunia. Nie ma znaczenia biografia Ewy ani fakt, że z góry akceptuje ona konsekwencje prawne swojej decyzji (zwolnienie z pracy? zakaz publikowania przez dziesięć lat? co jeszcze proponuje wchodząca w życie 15 marca ustawa, już zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego, więc być może niebawem w ogóle nieaktualna?). Dziennikarzom jakby nie wystarcza, że sami jeden przez drugiego składają deklarację, jak to się natychmiast zlustrują. Nie do zniesienia okazuje się fakt, że ktoś pojedynczy i na własny rachunek zachowa się inaczej. I nie wystarcza im także samo zgłoszenie dystansu do takiej postawy. Trzeba jeszcze sięgnąć po odpowiednie natężenie tonu dezaprobaty, po przymiotniki i epitety. Solidarność zawodowa, braterstwo broni z dawnych czasów ulatuje jak majak. Chyba, że złym snem jest właśnie to, na co patrzymy...
Czyta się kilka minut

Ale pozwolę sobie zauważyć, że oburzeni koledzy-dziennikarze zatrzymują się w pół drogi. Nie wystarczy wywierać presję, aby nikt nie uchylił się od owej wymarzonej wspólnoty lustracyjnej. Rzecz trzeba najpierw domyśleć,

a potem doprowadzić do końca. Po deklaracjach (obejmujących, jak słychać, grubo ponad pół miliona osób urodzonych przed 1972 r.) nastąpi przecież etap weryfikacji oświadczeń, dokonywanej systematycznie przez IPN. Weryfikacja potwierdzi albo nie potwierdzi moralną czystość deklarujących. Dokona się zasadniczy podział społeczeństwa - trwały, jak mniemam, bo inaczej po cóż by było go podejmować? Ale kto będzie o tym wiedział? Chodzi przecież - tak twierdzi ustawa - o osoby z zawodów zaufania publicznego, więc i informacja o ich statusie moralnym winna być publiczna, ogólnie dostępna i trwała. Wiem, obiecuje się nam ipeenowskie listy winnych w internecie. Winnych na różny sposób. Czy to jednak dostatecznie wyodrębni niewinnych? Samo nieustanne sięganie do internetu to też kłopot. Czy nie lepiej wprowadzić oznakowanie niewinnych? Jakiś rodzaj anielskich skrzydełek wręczanych przez IPN razem z zaświadczeniem, takim do wpinania w klapę ubrania, żeby każdy z nas wiedział od pierwszego rzutu oka, z kim ma do czynienia? W sądzie i kancelarii, w urzędzie miejskim i na uniwersytecie, a także, gdy czyta gazetę (telewizje miałyby znaczki w rogu ekranu, zmieniające się razem z redaktorem prowadzącym).

Zapomniałam tylko o jednym: przepastność zbiorów IPN każe przewidywać, że orzeczenie weryfikujące może się zmienić wraz z którąś następną kwerendą... I co wtedy? Wydawać zaświadczenia z krótką datą ważności? A drugi kłopot, o którym zgorszeni prawicowi dziennikarze jakby całkiem zapomnieli, polega na tym, że niewiarygodność pełnionego zawodu może się przydarzyć także komuś urodzonemu tak późno, że PRL-u w ogóle nie pamięta. Nie trzeba być aż TW, wystarczy dziennikarska nieuczciwość, może nawet podłość. Na pewno nie zdarzy się już nigdy i nikomu, gdy ukończymy lustrację?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 11/2007