Zabawa w umieranie

Kirsten Johnson, twórczyni filmu, i jej ojciec, jego bohater, pokazują język śmierci – ale też swoim widzom.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Dick Johnson nie żyje” / MATERIAŁY PRASOWE
Kadr z filmu „Dick Johnson nie żyje” / MATERIAŁY PRASOWE

Istnieje przesąd, że jeśli pogłoska o czyjejś śmierci okaże się przedwczesna, to pochopnie uśmiercony żył będzie jeszcze długo. Podobne zaklinanie rzeczywistości zdaje się uprawiać twórczyni dokumentu „Dick Johnson nie żyje”. Amerykańska reżyserka Kirsten Johnson już w tytule, brzmiącym niczym złowróżbna fraza z „Zagubionej autostrady” Davida Lyncha, wielokrotnie uśmierca swego sędziwego ojca, przygotowując w ten sposób na nieuchronne siebie, bliskich i jego samego. Przed kamerą rozgrywa się współczesna ars moriendi.

Wszyscy – reżyserka, ojciec i jej dzieci – mają przy tym sporo śmiechu. Dlatego podczas oglądania filmu Johnson rzuca się w oczy przede wszystkim jakże odmienne kulturowo podejście do spraw ostatecznych. Zdecydowanie bardziej halloweenowe niż w klimacie naszych Zaduszek. Raczej z urną na kominku niż ze zniczem na cmentarzu. Choć może po prostu Dick, emerytowany psychiatra z Seattle, i jego córka, od lat pracująca w przemyśle filmowym, posiadają podobny, nieco błazeński temperament. I bardzo czarne poczucie humoru. Na przestrzeni kilku lat Kirsten organizuje w rodzinie swoiste warsztaty umierania, inscenizując przed kamerą kolejne śmierci ojca. Ten przystaje na jej pomysły ochoczo, jakkolwiek można by zapytać, na ile decyduje o tym on sam, a na ile jego postępująca demencja, która wcześniej dotknęła również jego żonę. Oglądamy więc kronikę mniej lub bardziej wymyślnych upadków i wypadków, w których prawie 90-letni wdowiec entuzjastycznie odgrywa swoje role. Czasami robi to z pomocą wynajętych kaskaderów. Wiadomo jednak, że za którymś razem nikt go w tej roli nie zdoła zastąpić ani ochronić. Pytanie tylko, kiedy to nastąpi. I czy zdążymy się zorientować, że to już naprawdę koniec?

Twórczyni filmu i jego bohater pokazują język śmierci, ale też swoim widzom. Niby łatwo rozpoznać, że tabletki w dozownikach są autentyczne w przeciwieństwie do lejącej się obficie sztucznej krwi. Są jednak chwile, kiedy nie bardzo wiadomo, czy ukazywane w zbliżeniu oczy Dicka szklą się od prawdziwych łez. Wreszcie: czy kamera Johnson drży od nadmiaru rzeczywistych emocji, czy mamy do czynienia li tylko z filmowym efektem, mającym uwiarygodnić daną scenę.

Podobnych konfuzji jest na ekranie sporo, jak przystało na film dokumentalny, który co i raz zawadiackim gestem próbuje rozpychać swoje granice. Elementy czysto kreacyjne – wszystkie te ustawienia, kolaże, stylizacje na musical i tani horror, na slapstickową komedię i nieme kino – próbują być w kontekście wiodącego tematu czymś więcej niż filmową atrakcją. „Dick Johnson...” bywa wzruszający w swoich wysiłkach oswojenia bądź przechytrzenia śmierci. Zużyta metafora kamery jako machiny posiadającej moc unieśmiertelniania nabiera tu nowego sensu. Nie tylko sam akt filmowania, ale i wspólne fantazjowanie o śmierci spełniają funkcję czegoś na kształt podwójnego bajpasa, który – jak się dowiadujemy – został kiedyś wszczepiony Dickowi. Film też ma za zadanie przedłużyć mu życie, przynajmniej to świadome i aktywne.

Johnson traktuje zatem swój dokument terapeutycznie, chwytając się narzędzi różnego rodzaju i kalibru. Stąd owo zapętlenie w umieraniu, które bohater porównuje do przygód bohatera „Dnia świstaka”. Stąd dosłowne „przymierzanie się” do trumny i zaaranżowany wyjazd Dicka do Kalifornii, gdzie spotyka swoją miłość z czasów studenckich oraz współwyznawców z Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Córka zafunduje mu także zmaterializowaną wizję prywatnego nieba – z górami popcornu, strumieniami czekolady i ożywionymi podobiznami gwiazd filmowych. Sceptyk powie, że wszystko zostało sfingowane jedynie w ramach efektownego projektu, podczas gdy sympatyk zobaczy w tym po prostu spełnienie czyichś przedśmiertnych (i pośmiertnych) życzeń. Równocześnie w dokumencie Johnson pojawiają się zupełnie inne materiały filmowe – te z rodzinnego archiwum Johnsonów, a wśród nich domowe wideo z nieżyjącą matką reżyserki. Zapewne autentyczne. Główny bowiem paradoks „Dicka Johnsona...” polega na tym, iż sam będąc dokumentem, na każdym kroku przypomina, że każdy film to zawsze mniejsze lub większe oszustwo.

„Prawdziwe życie jest ciekawsze niż wymyślone” – odpowiada reżyserka na pytanie ojca, czemu właściwie została dokumentalistką. Portfolio ma zresztą wielce prestiżowe: prócz osobistego „Cameraperson” (2016) znajdziemy tam nazwisko Michela Moore’a czy głośny dokument ­„Citizenfour” o Edwardzie Snowdenie – Johnson to przede wszystkim uznana operatorka filmowa. Jej nowy autorski projekt, będący niewątpliwie listem miłosnym do odchodzącego ojca i próbą uporania się z własną stratą, imponuje głównie na poziomie oryginalnego konceptu, w mniejszym zaś stopniu jest wyrazem dokumentalnej wrażliwości. Przynajmniej klasycznie rozumianej. Nie przypadkiem na festiwalu ­Sundance „Dick Johnson nie żyje” zdobył nagrodę za „nowatorstwo w opowiadaniu ­non-fiction”, po czym trafił do dystrybucji na największej platformie ­streamingowej, zbiera zewsząd przychylne recenzje i… chwilami aż nadto czuje się w nim to myślenie Netfliksem czy przyszłymi Oscarami.

Reżyserka w podobny sposób traktuje dokumentalną narrację, co fabularyzowane wstawki. Rzadko kiedy pozwala ojcu po prostu być przed obiektywem albo przebić się przez piętrowy scenariusz. Zbyt rzadko otwiera się na nieprzewidywalne i na niewymuszoną intymność. Zanadto swoją opowieść sentymentalizuje. Może jednak mało kto poszukuje dzisiaj w kinie dokumentalnego puryzmu. Zwłaszcza teraz, kiedy realne stało się tak bardzo dotkliwe. O wiele silniejsza, o wiele bardziej naturalna jest potrzeba zwykłego-niezwykłego pocieszenia. W tym akurat wypadku przybiera ono postać brawurowej zabawy w umieranie. ©

DICK JOHNSON NIE ŻYJE (Dick Johnson Is Dead) – reż. Kirsten Johnson. Prod. USA 2020. Dostępny na Netfliksie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2020