Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Z widokiem na Skawinę

Z widokiem na Skawinę

12.04.2011
Czyta się kilka minut
Historia współczesnego ruchu ekologicznego w Polsce zaczyna się wraz z Solidarnością. Polski Klub Ekologiczny jest jej rówieśnikiem.
O

Oglądany po ponad 60 latach czerwony banknot 1000-złotowy (emisja 15 stycznia 1946 r.) wygląda jak symbol całej epoki: ogromne kominy kłują niebo, czarny dym wydobywa się z nich kłębami. Postęp, industrializacja i dwieście procent normy; nieustanny nacisk na rozwój przemysłu ciężkiego; rok pracy nadrabia dziesięciolecia zaległości... Niedługo po emisji banknotu władze PRL zatwierdziły pierwszy plan gospodarczy, tzw. "trzylatkę". Cel: odbudowa przemysłu. Po "trzylatce" przyszła "sześciolatka", a z nią sztandarowe budowy socjalizmu: Skawina, Nowa Huta, Żerań, Kędzierzyn. Po niej nastąpiła pierwsza "pięciolatka" (rozwój przemysłu ciężkiego), po pierwszej przyszła druga (znów przemysł ciężki).

Jednocześnie we wszystkich szkołach podstawowych całym klasom wręczano legitymacje członkowskie reaktywowanej po wojnie Ligi Ochrony Przyrody. Prof. Adam Guła, wówczas dziecko, w latach 80. jeden z najaktywniejszych działaczy Polskiego Klubu Ekologicznego, wspomina: - LOP był raczej listkiem figowym władzy komunistycznej w kwestii ekologii. Owszem, mogli zajmować się żabkami i motylkami, co miało i nadal ma znaczenie. Ale kwestii zasadniczych, takich jak szkodliwe oddziaływanie przemysłu, zanieczyszczenie powietrza i wód, nie podnosili.

Rozwój przemysłu ciężkiego, pospieszny, chaotyczny, często prowadzony na glebach najwyższej klasy, zmienia polski krajobraz.

Przykładem Kraków: PRL bierze go dosłownie w kleszcze, od wschodu zamykając Hutą im. Lenina, a od zachodu hutą aluminium w Skawinie. - Pamiętam, że powietrze w mieście było okropne - wspomina ojciec Stanisław Jaromi, franciszkanin, który przyjechał do Krakowa w 1984 r. na studia z podkarpackiego Jarosławia. - Utrzymywał się tu nieustanny smog. Nie było czym oddychać. Nikt się nie dziwił, że w zimie, przy temperaturze -30 stopni, Wisła płynie sobie spokojnie, nie zamierza nawet zamarzać. Była tak zasolona, że mróz się jej nie imał.

Byli też tacy, którzy zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Środowisko krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej już od lat 50. pozyskiwało dane na temat zagrożeń i dewastacji środowiska. Organizowano seminaria, prowadzone przez słynnego prof. Walerego Goetla, poruszające problem ekologii.

- Ludzie Akademii dostrzegali, że należy bić na alarm - mówi dr inż. Feliks Stalony-

-Dobrzański, naukowiec AGH od początku zaangażowany w tworzenie Polskiego Klubu Ekologicznego. - Zagrożenie stwarzało przede wszystkim złe używanie techniki. Powstała koncepcja zakładająca, że to, co zepsuła technika, można naprawić także przy jej pomocy. Jeśli broń palna dostanie się w ręce człowieka, który nie wie, jak poprawnie jej używać, to wydarzy się tragedia. Podobnie jest z techniką. Nieumiejętnie użyta może dokonać niezmiernych zniszczeń.

Naukowcy z AGH prowadzili niezależne badania, próbowali je publikować. Bezskutecznie. W rezultacie ich szuflady zapełnione zostały raportami i opisami zniszczeń, czekającymi na lepsze czasy.

- Ktoś, kto chciał mówić o tych rzeczach publicznie, był bez wahania nazywany wrogiem ludu - dodaje dr inż. Stalony-Dobrzański. - To było po prostu niepoprawne politycznie. Nawet dziś takie osoby bywają nazywane hamulcowymi postępu, po to, aby wytłumaczyć nieudolność w przygotowywaniu decyzji inwestycyjnych.

Pod Gruszką

W 1980 r. sytuacja się zmieniła. Wybuchła Solidarność. To podziałało jak zapalnik dla wielu inicjatyw społecznych. Także na AGH.

- Na fali Solidarności - wspomina prof. Guła - powstał Polski Klub Ekologiczny. Ta idea była żywa już od pewnego czasu, teraz mogła przekształcić się w realne działanie. Już we wrześniu, z inicjatywy wybitnych dziennikarzy, artystów, lekarzy, przedstawicieli różnych dziedzin nauki i grona wówczas młodych zapaleńców jak ja, zaczęły się rysować ramy organizacyjne Klubu. Trzeba tu koniecznie przywołać nazwiska ludzi, którzy nas wówczas prowadzili: red. Stefana Maciejewskiego, red. Michaliny Białeckiej i pana Krystiana Waksmundzkiego. Był to na swój sposób ruch elitarny.

Pierwsze spotkania odbywały się w krakowskim Klubie pod Gruszką. Niemała sala zapełniała się po brzegi. Przychodziło wielu entuzjastów, sporo specjalistów i liczni ciekawscy. Byli lekarze, od lat zaniepokojeni wynikami badań swoich pacjentów, wyraźnie cierpiących na choroby spowodowane zanieczyszczeniem środowiska. Zjawiali się też mieszkańcy Skawiny, przerażeni szkodliwym działaniem huty. Każdy miał strzępy informacji, wyniki ukradkiem prowadzonych badań, obserwacje. Z tych strzępów wyłaniał się obraz: jest źle.

Pod Gruszką miejsc siedzących zabrakło, stojące też się kończyły. Spotkania przeniosły się do budynków AGH, do auli.

Od razu też stworzono strukturę ogólnopolską. Jako pierwszy przyłączył się Wrocław, potem Gdańsk. Najwięcej działo się w Małopolsce. - Serce Klubu to był jednak Kraków i AGH - mówi dr inż. Stalony-Dobrzański. - Organizowaliśmy kolejne tematyczne Fora Dyskusyjne. Na tych spotkaniach zbierało się mnóstwo ludzi. Wydawaliśmy zielone zeszyty, które były zapisem tych dyskusji, potem rozsyłaliśmy to władzom, wojewodzie, prezydentowi miasta. Aby pokazywać problemy i ukazywać ich znaczenie.

W tym samym czasie ekologią zaczynali zajmować się także franciszkanie. Tutaj jednak nie było tłumów. Pierwsze spotkania - to wyjazdy kilku duchownych na szkolenia, gdzieś na terenach parków narodowych.

Ekolog też opozycjonista

Jesień roku 1980 była momentem współdziałania wielu środowisk. Wydawać się może, że w tych siermiężnych czasach, kiedy wszystkiego brakowało - na czele z podstawowymi produktami spożywczymi, a co dopiero mówić o poszanowaniu dla środowiska - bycie ekologiem było sporą ekstrawagancją. Jednak ekolodzy nie działali na poboczu wydarzeń politycznych. Przeciwnie: byli w samym ich centrum.

- Klub Ekologiczny to był dla nas ruch protestu, a zarazem konstruktywnych propozycji - wspomina prof. Guła. - To był protest przeciw tamtemu systemowi. Podważaliśmy tabu - nieprzemyślaną, nieracjonalną industrializację, próbowaliśmy mówić o rzeczach najistotniejszych.

Pierwszy rok działania Klubu był czasem wzmożonej pracy, ale też okresem optymistycznym, dającym nadzieję, że jego działania będą miały wpływ na decyzje władz. Początkowo wiele wskazywało, że te marzenia mogą się ziścić. - Część ludzi u władzy, tych świadomych, trzeba to przyznać uczciwe, zaczęła korzystać z naszej pracy - podkreśla dr inż. Stalony-Dobrzański. - Jedną z najważniejszych rzeczy było rozpowszechnianie pojęcia ekorozwoju. Była też grupa świadoma konieczności połączenia zagadnień ekonomii, ekologii i etyki - i tak, równolegle powstała wspólnota ekologów przy kościele oo. Reformatów w Krakowie. Tam organizowaliśmy sympozja pod hasłem 3 x E, z udziałem takich osób jak prof. Stefan Kozłowski czy prof. Maria Gumińska. Dzięki nim powstawało myślenie o zrównoważonym rozwoju.

Bezpieczny dach klasztoru

Aż do stanu wojennego działaniom Klubu towarzyszyło poczucie niezwykłej wolności. Zdawano sobie sprawę, że na spotkaniach zawsze jest "wysłannik" władz. Ale to niewiele zmieniało. Całe dnie upływały na pracy. - To była prawdziwa pasja - wspomina prof. Guła. - To była wspaniała, autentyczna praca społeczna. My się w tym realizowaliśmy. Pracowaliśmy całe noce, przepisywaliśmy nasze raporty na starych maszynach do pisania. To był ten najjaśniejszy czas.

Były pierwsze sukcesy i powody do radości. Jeden z największych: huta w Skawinie została zamknięta.

- To, co widziałem w Skawinie, uczestnicząc w komisji interwencyjnej z ramienia Klubu, było przerażające - opowiada Stalony-Dobrzański - Była tam chociażby kobieta, która nie mogła wstać z łóżka, ponieważ jej kości były tak słabe na skutek zmian chorobowych wywołanych fluorozą. To były prawdziwe tragedie, spowodowane faktem, że huta od początku działała bez zabezpieczeń. Cały fluor dostawał się do atmosfery. Zakład został zamknięty. Klub nie był sprawcą tej decyzji, ale ją wspomógł.

Skrzydła PKE podciął stan wojenny. Wtedy zbawienne okazały się kontakty z franciszkanami. - Znaliśmy się dobrze już wcześniej - wyjaśnia o. Jaromi, działający w Ruchu Ekologicznym Świętego Franciszka z Asyżu. - Lubiliśmy się z ludźmi z PKE. Działaliśmy razem. Pracy było tyle, że dla każdego starczyło. W stanie wojennym franciszkanie udzielili bezpiecznego schronienia w klasztorach. To my organizowaliśmy spotkania, w których często uczestniczyli tylko świeccy.

Ekolodzy wciąż się spotykali, teraz pod dachami kościołów. Tutaj rodziło się wiele nowych grup. Spotkania odbywały się regularnie, choć oczywiście środowisko było infiltrowane przez SB. Stanowczego zakazu działalności jednak nie było. Ale nie można porównać tego okresu do roku 1980, kiedy wiatr dmuchał z zapałem w żagle Klubu Ekologicznego. Owszem, podnoszono problemy elektrowni jądrowej w Żarnowcu, mówiono o Czarnobylu, ale już nie z taką energią. Inicjatywę przejął złożony z młodych i radykalnych działaczy ruch "Wolność i Pokój", który jako pierwszy w naszej części Europy wyszedł z hasłami ekologicznymi na ulice.

- Trwaliśmy tak aż do roku 1989 - mówi ojciec Jaromi. - Potem tak ścisła współpraca się zakończyła. Ekolodzy zaczęli działać samodzielnie, wyszli z klasztornych murów, mogli już zakładać własne, niezależne organizacje. Wtedy się okazało, że większość grup kościelnych przestała istnieć, ponieważ składała się z samych świeckich. Ruch Ekologiczny Świętego Franciszka z Asyżu jest jedną z niewielu organizacji funkcjonujących do dziś.

Reprezentanci Polskiego Klubu Ekologicznego uczestniczyli w wydarzeniach roku 1989. Byli obecni przy Okrągłym Stole w podzespole do spraw ekologii.

Prościej jednak było wydrukować nowe banknoty, z imponującym drzewem na rewersie (milion starych złotych, z Reymontem), niż naprawić ogromne zniszczenia lat PRL. Są takie grzechy, których już nie da się cofnąć.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]