„Wszyscy piszą...”

Tak brzmiał temat tygodnia w poprzednim numerze "TP". Ściślej ? połowa tematu. Większą troskę i uwagę skierowali redaktorzy na katastrofę pod tytułem "Nikt nie czyta".
Czyta się kilka minut

Bezdyskusyjną mimo swojej wymowy, bo co począć z ludźmi, dla których książka oznacza po prostu coś niepotrzebnego? Za to zjawisko pod tytułem "wszyscy piszą" wydaje mi się i ekscytujące, i zagadkowe. Po pierwsze: skąd się bierze? A po drugie: czy jest groźne, czy pocieszające? I czy to z niego miałaby wynikać ta zdiagnozowana sytuacja zaniku czytania?

Nawiasem warto chyba dodać, że sami zatroskani o książkę zwykle na jej niebyt pracują, jeśli również piszą, tworząc wszystkie formy pośrednie lektury, w tym tak ważną jak publicystyka periodyków. Nawet wiernemu czytelnikowi książek niełatwo dać sobie radę, jeśli co tydzień i co miesiąc ma do czynienia z coraz obfitszymi ? i ważnymi ? pismami opinii. Które zresztą z jednej strony walczą o przetrwanie i osłabienie konkurencji przez likwidowanie działu przeglądów prasy, z drugiej same zalecają blogerską twórczość własnych piszących...

Właśnie. Tu chodzi chyba o to, że bardzo i coraz bardziej pragniemy wszyscy być słyszani. Każdy z nas. I dostaliśmy takie możliwości. A przykład idzie z góry. Osoby publiczne mówią z mediów coraz więcej, a zjawisko przerywania sobie, a także mówienia równoczesnego urosło już wręcz do normy. Redaktorzy programów elektronicznych zapraszają gości, ale najchętniej i najwięcej mówią sami. Programy przewidujące głosy słuchaczy prosperują. Reagowanie na uwagi w internecie przenoszone do dyskusji publicznych (a także na sale sądowe...) dowartościowuje ten rodzaj komunikacji. To, co kiedyś stanowiło uciążliwość towarzyską: notoryczne gadulstwo, które nie słucha i nie reaguje na to, co mówi ktokolwiek inny, tylko czeka, by samemu mówić, przeniesione na masowe środki przekazu zamienia nadzieje na dialog i rozmowę w masowy harmider głosów niedających się przełożyć na rzeczywiście racjonalną opinię publiczną. Wyznaję: ja nie wiem, co to pojęcie dziś naprawdę znaczy.

Ale może i sami jesteśmy winni? Może lekarstwem byłoby przypominanie sobie, że w ogóle odzywamy się za często i za wiele? Może nie trzeba mieć setki stron co miesiąc, pół setki stron (z dodatkami) co tydzień, może także niejedna okazja wypełniana autorsko mogłaby wyręczać się cytatem ze starego mędrca raz jeszcze przywołanego, zamiast na siłę produkować nowe słowa? Liturgia Kościoła jest taką siłą duchową także dlatego, że w niej udział doraźnej twórczości ogranicza się do homilii, a reszta jest skupionym powtarzaniem tego, co wciąż ma niewyczerpany ciężar gatunkowy. I jeszcze wspiera się chwilami milczenia. Wspólnego milczenia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 32/2010