Wiara i wina

Na taki list katolicy - zresztą nie tylko katolicy, ale wszyscy ludzie dobrej woli nad Dunajem i Cisą - czekali od dawna.
Czyta się kilka minut

Dotychczas ukazywały się dokumenty na ogół pełne komunałów, może z wyjątkiem poświęconego rodzinie listu sprzed paru lat. Zdziwienie budził fakt, że Kościół nie reagował na niektóre poczynania władz; biskupi milczeli np., gdy ośmioklasistom w niektórych stołecznych podstawówkach rozdawano pigułki antykoncepcyjne i prezerwatywy.

Od upadku komunizmu kluczową kwestią dla Kościoła stało się odzyskanie nieruchomości skonfiskowanych przez państwo. Kłopot w tym, że po wojnie pracowało na Węgrzech 3900 księży diecezjalnych i 1400 zakonnych, a dziś wszystkich kapłanów jest tylko ok. 2500, w większości wiekowych i chorych. Zastraszający jest brak powołań: w seminariach diecezjalnych biskupi święcą rocznie kilku księży bądź żadnego. Dlatego odzyskane budynki świecą pustkami albo niszczeją. Wielu duchownych stawia pytanie, co ważniejsze: budynek czy ludzie? Bo na potrzeby człowieka często brak czasu.

Wyjątkiem są jezuici, którzy po wojnie uciekli do USA i Kanady, a po upadku reżimu wrócili na Węgry. Towarzystwo Jezusowe nie domagało się zwrotu wszystkich skonfiskowanych dóbr, ale w zamian za rezygnację z kilku obiektów, zażądało - i otrzymało - były dom wczasowy Komitetu Centralnego i rezydencję Jánosa Kádára wraz z domem jego obsługi w Dobogókő, czyli w urokliwych wzgórzach Pilis niedaleko Budapesztu. Dziś działa tam znany dom rekolekcyjny "Manréza".

Tymczasem Węgrzy oczekiwali, że Episkopat przeprosi Boga i naród za kolaborację z komunistami. Wymownym przykładem pozostaje fakt, że podczas Soboru Watykańskiego II wszyscy - oprócz jednego - węgierscy uczestnicy obrad byli tajnymi współpracownikami bezpieki. Większość z nich wprawdzie nie doczekała upadku reżimu, ale Węgrzy, odzyskawszy niepodległość, mieli do czynienia z Episkopatem niemal

in corpore skompromitowanym współpracą z komunistami.

Teraz wreszcie biskupi opublikowali list: pełen troski, piękny i - co ważne - krótki, datowany na 1 stycznia 2006. Episkopat postawił w nim trafną diagnozę: "Naród nasz jest w wielkim nieszczęściu, tylko miłosierdzie Boże może nas ocalić. Ciężarem kładzie się na nas pasmo tragedii i niepowodzeń minionych stuleci i dziesięcioleci. Przelana krew i upokorzenia. Nieufność wewnątrznarodowa, dramatyczny brak solidarności: jest to rana, która przyniosła nam Mohacz". To aluzja do klęski

z 1526 r., gdy wskutek wewnętrznych waśni Węgrzy nie potrafili stawić czoła Turkom. Co gorsza, rana "nie zagoiła się do dziś. Obciąża nas także grzech beznadziei i pokusa zwątpienia. W porównaniu do innych narodów naszego regionu, u nas szybciej zaczęły się realizować postawy przeciwne rodzeniu dzieci. Władza nie mogła wprawdzie zapewnić dobrobytu, ale dopuszczała aborcję, co masowo aprobowali także chrześcijanie. Dlatego nie było dane narodzić się około sześciu milionom Węgrów".

Biskupi wskazali na skutki Powstania 1956 r., przede wszystkim poczucie narodowej niemocy i bezradności, "ucieczkę w prywatność", a także "nieufność wojenną, zgorzknienie, rozpamiętywanie krzywd i strach". Episkopat zaznaczył, że i dziś wielu Węgrów charakteryzuje "brak jedności, brak nadziei, zmaterializowanie, szukanie doraźnych sukcesów i karierowiczostwo, brak przyszłości i depresja". Zresztą "nie tylko trudności materialne, zewnętrzne okoliczności będące obciążeniem dla rodzin, ale też myślenie niemające perspektyw jutra sprawiają, że liczba ludności naszego kraju gwałtownie spada i stajemy wobec zjawiska klęski demograficznej".

Tymczasem, przypomniał Episkopat, "Jezus powołał nas nie ku zwątpieniu, ale do nadziei". Dlatego biskupi wezwali wiernych, aby rok 2006 był rokiem modlitwy za rodziny, życie i potrzebujących wsparcia. Podkreślili przy tym, że "człowiek nie jest tylko producentem lub konsumentem, nie jest tylko elementem działania społecznego, ale jest jego celem". Polecili naród opiece Maryi, Wielkiej Pani Węgier oraz świętych patronów kraju.

List spotkał się z krytyką prasy lewicowej i władz (na Węgrzech rządzą postkomuniści premiera Ferenca Gyurcsányi'ego; od 10 grudnia 2005 r. szef rządu nie znalazł czasu, by spotkać się z przedstawicielami trzech największych Kościołów: katolickiego, ewangelicko-reformowanego

i ewangelicko-augsburskiego). W obronie dokumentu stanął natomiast przewodniczący Synodu kalwińskiego, bp Gusztáv Bölcskei. Na łamach dziennika "Magyar Nemzet" napisał: "Przeczytałem list i niezależnie od różnic dogmatycznych, doszedłem do wniosku, że zawiera on - może nie szczegółową, ale właśnie dlatego do przyjęcia przez każdego trzeźwo myślącego człowieka - zrozumiałą analizę sytuacji". I dodał, że "jest czymś dziwnym mieć za złe któremukolwiek z Kościołów, że wierzy w moc i siłę modlitwy".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2006