W sidłach Glapińskiego

Prezes NBP wciągał Polaków w pułapkę kredytową, obiecując niskie stopy procentowe. Obecnie prowadzi zupełnie odwrotną politykę. To złamanie umowy społecznej.

21.02.2022

Czyta się kilka minut

Konferencja prasowa prezesa NBP, Warszawa, 5 stycznia 2022 r. / ANDRZEJ IWAŃCZUK / REPORTER
Konferencja prasowa prezesa NBP, Warszawa, 5 stycznia 2022 r. / ANDRZEJ IWAŃCZUK / REPORTER

Na początku lutego Rada Polityki Pieniężnej po raz piąty podwyższyła stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego. W efekcie stopa referencyjna wzrosła do 2,75 proc., choć jeszcze pięć miesięcy temu wynosiła 0,1 proc. A na tym najpewniej nie koniec. RPP pragnie wyższymi stopami zahamować inflację, jednak ich wpływ na ceny będzie ograniczony i odsunięty w czasie. Za to skutki dla kredytobiorców hipotecznych są właściwie automatyczne i bardzo daleko idące. Odczują je w postaci comiesięcznych, dużo wyższych rat.

Polacy mają prawo być zawiedzeni, gdyż sygnały płynące z NBP w ubiegłym roku niczego takiego nie zapowiadały. Wręcz przeciwnie, cała polityka państwa skłaniała do zaciągania kredytów hipotecznych. Teraz to samo państwo wystawia za to słony rachunek. A tysiące gospodarstw domowych, które uwierzyły w trwałą politykę tanich kredytów, straci co miesiąc przynajmniej kilkaset złotych, a w wielu przypadkach nawet tysiąc.

Idźcie i zadłużajcie się

Przez lata ze stopami procentowymi NBP nic się nie działo. Jeszcze na początku 2020 r. obowiązywały stopy ustanowione niemal pięć lat wcześniej, w czasie kadencji Marka Belki, a większość RPP, powołana już za czasów PiS, uznawała tę politykę za słuszną. Mało tego. W związku z pandemią oraz zamrożeniem gospodarki, RPP pod przewodnictwem Adama Glapińskiego zadecydowała o bezprecedensowym obniżeniu stóp procentowych do niewidzianych w Polsce poziomów. W zaledwie dwa miesiące stopa referencyjna spadła do 0,1 proc. Miało to na celu pobudzenie gospodarki poprzez obniżenie kosztów kredytów dla przedsiębiorstw. A także chronienie gospodarstw domowych, którym spadły dochody. Oba te cele zostały osiągnięte. Gospodarka poradziła sobie podczas pandemii całkiem nieźle. Według Eurostatu, w 2020 r. obciążenie kosztami mieszkaniowymi najbiedniejszych gospodarstw domowych w Polsce spadło z 34 do 32 proc. dochodu rozporządzalnego.

Problem w tym, że działania te miały jeszcze jeden, chyba nie do końca przewidziany skutek – napędziły do banków tabuny chętnych do zaciągnięcia kredytu hipotecznego.

W Polsce panuje potężny głód mieszkań. Według Eurostatu aż dwie trzecie osób w wieku 18-34 lata mieszka z rodzicami. W zawężonej grupie 25-34 lata jest niewiele lepiej – prawie 50 proc. wciąż żyje w domu rodzinnym. To o ponad połowę więcej niż średnio w UE i od lat ten wskaźnik niemal się nie zmienia. Na dodatek 80 proc. z tych ludzi pracuje, więc chciałoby się usamodzielnić i przestać okupować pokoje dziecięce. Niestety, ceny mieszkań sprawiają, że tylko nieliczni nie muszą korzystać z kredytu. Według NBP w III kwartale 2021 r. za średnie wynagrodzenie mogliśmy kupić nieco ponad 0,7 metra kwadratowego. Jeszcze w 2016 r., czyli przed hossą na rynku mieszkaniowym, za średnie wynagrodzenie mogliśmy nabyć prawie 0,9 m kw.

Co gorsza, państwo niewiele robi, żeby zażegnać ten kryzys. PiS w 2016 r. co prawda zaprezentował z pompą swój przełomowy projekt „Mieszkanie plus”, mający zapewnić tani dach nad głową setkom tysięcy rodzin, ale skończyło się na ledwie kilku tysiącach. Stało się tak m.in. z powodu oporu spółek Skarbu Państwa oraz agend rządowych, które niechętnie chciały oddawać grunty pod inwestycje, co zdradził sam Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla tygodnika „Sieci”. W zapowiadanym od poprzedniej wiosny Polskim Ładzie rządzący postanowili więc odejść od idei budownictwa publicznego, skupiając się na udostępnieniu ludziom tańszych kredytów hipotecznych. Od maja 2022 r. będzie można zdobyć taki kredyt bez wkładu własnego. Zapowiedziano także spłaty części długu w razie narodzin dziecka. Można powiedzieć, że rządzący obwieścili wtedy obywatelom: nie zbudujemy wam mieszkań, ale banki zapewnią kredyty każdemu chętnemu.

W tę narrację rządu idealnie wkomponował się wówczas szef NBP Adam Glapiński. Jego narracja z pierwszej połowy ubiegłego roku nie tylko nie zapowiadała podwyżki kosztów kredytów hipotecznych, ale wręcz przekonywała, że będą one niskie jeszcze przez długie lata. W styczniu 2021 r. podczas konferencji prasowej Glapiński stwierdził: „Od dłuższego czasu nie rozumiem, skąd takie ogromne zaniepokojenie niektórych obserwatorów rzekomą groźbą wybuchu inflacji. Żadne dane tego nie potwierdzają. Ani perspektywy rozwoju gospodarczego, ani kształtowanie się cen światowych”. A skoro inflacji nie będzie, to i stopy nie powinny rosnąć. Co zresztą Adam Glapiński potwierdził w marcu 2021 r. podczas wideokonferencji, gdy przekonywał, że „nadal prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych w czasie obecnej kadencji Rady Polityki Pieniężnej wynosi zero”. A skoro szef banku centralnego zapewnia, że stopy nie wzrosną, to trudno mu nie wierzyć – przecież to on jako przewodniczący RPP ma na nie największy wpływ.

Głód mieszkaniowy, prokredytowa polityka rządu, „gołębia” narracja banku centralnego oraz obniżenie kosztu pożyczanego pieniądza prawie do zera – skłoniły tysiące osób do zaciągnięcia wysokiego długu. To, co się działo na rynku kredytów mieszkaniowych w III kwartale ubiegłego roku, przyprawiało o zawrót głowy. Według danych NBP, w samym III kwartale 2021 r. wartość udzielonych kredytów hipotecznych sięgnęła prawie 24 mld złotych. To najwyższy wynik w historii naszego kraju, ale nikt nie dostrzegł w tym niczego niepokojącego, choć w analogicznym okresie 2020 r. wartość udzielonych kredytów wyniosła „jedynie” ok. 14 mld zł.

Według danych Biura Informacji Kredytowej, w całym 2021 r. udzielono kredytów hipotecznych na łączną wartość 89 mld zł. To także rekord wszech czasów. Poprzedni ustanowiono w czasie szaleństwa kredytów frankowych w 2008 r., gdy suma udzielonych hipotek sięgnęła 70 mld zł.

Hossa i czołowe zderzenie

Setki tysięcy osób ruszyło do banków w przekonaniu, że państwo odstąpiło od programu budowy mieszkań, ale zadba przynajmniej o niskie raty. Niestety, ta niepisana umowa społeczna została jednostronnie wypowiedziana. Zaczęło się w październiku 2021 r., gdy RPP po raz pierwszy podniosła stopy procentowe. Na początku delikatnie, do 0,5 proc. Można było mieć jeszcze nadzieję, że RPP po prostu przywróci stan sprzed pandemii. Jednak już w grudniu stopa referencyjna została podniesiona do 1,75 proc., czyli przebiła poziom sprzed epoki koronawirusa. Po decyzji RPP z lutego stopa referencyjna osiągnęła już 2,75 proc., a to oznacza, że jest najwyższa od czerwca 2013 r. Mamy więc do czynienia z niezwykłym tempem podnoszenia stóp procentowych, które nie zostało w żaden sposób wcześniej zapowiedziane.

Tymczasem narracja szefa NBP kompletnie się odmieniła: z gołębiej na jastrzębią. Na lutowej konferencji Glapiński stwierdził (niepomny tego, co mówił przez lata), że stopy na poziomie 4 proc. nie powinny mieć negatywnego wpływu na gospodarkę. Możemy więc przypuszczać, że już niedługo, wczesną wiosną, osiągną taki właśnie poziom. Niektórzy analitycy są wręcz zdania, że z czasem mogą dojść do 4,8 proc.

Podwyższenie stóp procentowych NBP wpływa bezpośrednio na kluczowy dla kredytów hipotecznych WIBOR. Już 4 lutego 6-miesięczny WIBOR sięgnął 3,59 proc. Według symulacji przeprowadzonej przez Marka Chądzyńskiego z portalu „300gospodarka.pl”, po ostatniej decyzji RPP raty kredytów wzrosną o ok. 40 proc. W przypadku kredytu wartego 350 tys. i udzielonego na 25 lat, rata wzrośnie z 1567 zł do 2232 zł. Jeśli ­WIBOR zgodnie z prognozami wzrośnie do 4,8 proc., rata tego kredytu sięgnie aż 2476 zł. Mowa więc o różnicy ponad 900 złotych. A przecież nie chodzi o nabywców drogich apartamentów, gdyż obecnie za 350 tys. zł można kupić ledwie 32-metrowe nowe mieszkanie w Krakowie. Pozostając przy przykładzie z tego miasta: rata kredytu udzielonego na pół miliona złotych – czyli na przeciętny 45-metrowy nowy lokal w stolicy Małopolski – już teraz wzrośnie o prawie tysiąc złotych, a według prognozy nawet o 1,3 tys.

Utrata przez nieprzesadnie zamożną rodzinę ponad tysiąca złotych miesięcznie oznacza dla niej ogromny wysiłek finansowy. Podwyżki stóp nie dotkną natomiast najzamożniejszych, którzy traktują kupno mieszkania jak lokatę kapitału – oni nabywają nieruchomości za gotówkę. Na kredyt kupują je Polacy, dla których mieszkanie to miejsce do życia. I teraz to zrealizowane marzenie stanie się dla nich kulą u nogi.

Przed serią podwyżek stóp wskaźnik kredytów zagrożonych niespłacalnością był jeszcze bardzo niski – według NBP wynosił zaledwie 2,5 proc. Jednak w najbliższym czasie to się zmieni. Według BIK, jeśli RPP będzie kontynuować obecną politykę, zdolność kredytowa przeciętnego Polaka spadnie o prawie połowę. Kolejne podwyżki stóp procentowych wpędzą więc tysiące rodzin w tarapaty finansowe. Dodajmy, niezawinione.

Ale nie tylko to jest dramatem. Po raz kolejny okazało się bowiem, że pokładanie ufności w polskim państwie jest inwestycją nadzwyczaj chybioną. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 9/2022