Reklama

Ukraińskie paradoksy

Ukraińskie paradoksy

27.03.2007
Czyta się kilka minut
Autorka, która - jak mówią wtajemniczeni - o Ukrainie wie wszystko, pomaga nam zrozumieć zarówno jej historię, jak i współczesność. Patrzy z perspektywy ne tej czy innej prezydentury, ale głębszych procesów.
G

Gdy pogubimy się już w kolejnych politycznych zwrotach w Kijowie i kolejnych "zdradach ideałów Majdanu", warto sięgnąć do publicystyki Bogumiły Berdychowskiej. Zdaniem dziennikarzy zajmujących się Europą Wschodnią, Berdychowska o Ukrainie wie wszystko. Patrzy na naszego wschodniego sąsiada z perspektywy nie tej czy innej prezydentury, ale głębszych, podskórnych procesów. Dlatego czasem pobłażliwie się uśmiecha, proszona o komentarz do wypowiedzi jakiegoś ukraińskiego polityka, będącej właśnie kilkudniową sensacją.

W nowej książce Berdychowskiej nie znajdziemy ani sensacyjnego tonu, w jakim zazwyczaj prezentuje się u nas życie społeczne nad Dnieprem, "ukraińską kuchnię polityczną" czy "setki tysięcy zmarzniętych rewolucjonistów" na Majdanie, ani tym bardziej wzdychania do "polskiego Lwowa". "Ukraina: ludzie i książki" to zbiór tekstów, które autorka opublikowała w minionej dekadzie (czasem tylko we fragmentach) między innymi na łamach paryskiej "Kultury", kijowskiej "Krytyki" czy "Tygodnika Powszechnego". Są to teksty różne, dotyczące nieraz odległych od siebie spraw. Wszystkie jednak składają na obraz dwudziestowiecznej Ukrainy. "Ludzie" to między innymi ks. Antin Nawolski, Myrosław Marynowycz, Wiaczesław Briuchowiecki, Wasyl Stus czy Nadia Surowcowa. "Książki" - to choćby prezentacja ciekawych dyskusji na łamach "Krytyki" czy tyleż błyskotliwa co bezlitosna rozprawa z wydawaną w Kijowie serią "Ukraiński portret". I choć przyjemnie się czyta o tak wspaniałych i sympatycznych ludziach jak Marynowycz i o ich walce z reżymem, chciałem zatrzymać się właśnie przy tym projekcie wydawniczym.

W tekście "Chorążowie nie takiej złej (przecież) przeszłości" Berdychowska próbuje odpowiedzieć na pytanie, co kierowało pomysłodawcami i realizatorami serii, Iwanem Draczem i Witalijem Ablicowem? "Już sama nazwa serii sugeruje - pisze autorka - że jej twórcy mają wcale niemałe ambicje. Prezentowane w ramach serii sylwetki i teksty wybitnych osobistości ukraińskiego życia kulturalnego mogą być interpretowane przynajmniej dwojako: jako próba pokazania tego, co według autorów serii w ukraińskich losach najbardziej typowe, lub (nie kryję, że ta interpretacja wydaje mi się bliższa prawdy) jest to próba stworzenia czegoś na kształt współczesnego panteonu ukraińskiego. (...) Jeżeli tak, to zaiste przedziwny wzorzec ukraińskiemu czytelnikowi proponują twórcy »Ukraińskiego portretu«".

Szczególnie, zdaniem Berdychowskiej, dziwić mogą tomy poświęcone pieśniarzowi Dmytrowi Hnatiukowi i pisarzowi Ołesiowi Honczarowi (1918-1995). "Obaj - pisze autorka - w swojej dziedzinie byli znanymi i uznanymi twórcami, ich płyty i książki osiągały w czasach radzieckich imponujące nakłady; obaj byli członkami wysokiej nomenklatury partyjnej i republikańskiej, obaj doświadczyli łask ze strony władzy, obaj też demonstrowali przywiązanie do kultury ukraińskiej, nawet w najgorszych dla niej czasach". Czyli krótko: konformiści, którzy od czasu do czasu podnosili jednak głowę, za co spotykała ich, jak Honczara, okresowa niełaska u partyjnych bonzów. Kontrapunktem dla tych sylwetek mógł­by być tom poświęcony Iwanowi Dziubie, opozycjoniście i czołowej postaci tak zwanych szestydiesiatników, gdyby nie to, że w książce jemu poświęconej właściwie nie ma ani odwołań do tego ważnego nurtu ukraińskiej literatury, ani dysydenckich epizodów życiorysu Dziuby.

Wróćmy jednak do Hnatiuka i Honczara. Pierwszy wspomina czasy świetności: "Stalinowi śpiewam, Mao Tse-tungowi śpiewam"; "dla mnie Chruszczow zrobił wiele dobrego, przyjemnego, i tytuł [Ludowego Artysty Związku Radzieckiego] i śpiew mój szanował", a w kilka lat po rozpadzie ZSRR stwierdza: "Rozumiecie, pomimo wszystko, kiedy występuję jako zwyczajny artysta, nie niosę takiej odpowiedzialności. Kiedy jestem Ludowym Artystą, powinienem śpiewać jak najlepiej". Właściwie jedynym zmartwieniem śpiewaka było, że przez długi czas nie mógł zostać członkiem partii komunistycznej. Za to duma z sowieckich tytułów i ze znajomości z przywódcami nieistniejącego już Imperium uniemożliwia Hnatiukowi trzeźwe spojrzenie na świat, a przede wszystkim na własną biografię. Dzieje się tak dzięki "wybitnej pomocy" prowadzących rozmowę Dracza i Ablicowa.

Honczar był postacią bardziej skomplikowaną. Bo choć czerpał liczne korzyści z wychwalania armii radzieckiej (mieszkanie, dacza, delegacje) i poparł wykluczenie Iwana Dziuby ze Związku Pisarzy, to potem pisał w jego obronie listy. Napisał też tłumaczoną u nas kiedyś powieść "Sobór" - dzieło, które w programowo ateistycznym państwie narażało go na nieprzyjemności. Mimo zaangażowania na rzecz ukraińskiej kultury pozostał jednak, jak pisze Berdychowska, "w niewoli sowieckich stereotypów i przyzwyczajeń". Jeszcze w 1995 r. zarzucał swojemu niegdysiejszemu literackiemu mistrzowi, emigrantowi Jurijowi Szerechowi-Szewelowowi, zdradę ojczyzny - oczywiście radzieckiej. Można było Honczara przedstawić jako "modelowego pisarza i działacza sowieckiego albo uczynić z niego nieomalże dysydenta". Jednak rozmówcy wdowy po pisarzu Walentyny Honczarowej, czyli Dracz i Ablicow, wybrali pierwszą opcję: Honczar jako budowniczy pomnika radzieckiej ojczyzny. Walentyna Honczar mówi o mężu: "nie mógł ignorować prawideł społeczeństwa, w którym żył. A zresztą, czy wszystko wtedy było takie złe?".

Nawet jeśli niewiele nam mówią przywołane wyżej nazwiska, warto za pośrednictwem Berdychowskiej przyglądać się takim zjawiskom jak seria "Ukraiński portret". Tłumaczą one wiele. Bo jeśli dopowiemy, że Iwan Dracz to prawdziwy ukraiński demokrata, a słowo wstępne do tomu poświęconego Ludowemu Artyście Dmytrowi Hnatiukowi napisała "pomarańczowa księżniczka" Julia Tymoszenko, łatwiej jakoś zrozumieć, dlaczego Ukraina, pomarańczowa czy niebieska, wciąż tkwi w poradzieckim błotku. Niektórym, zauważa Berdychowska, wystarczy konstatacja, że Moskwa była zła, i wtedy można już bez problemów zachwycać się tym, że Szczerbicki - ukraiński przywódca partyjny - "przepięknie mówił po ukraińsku", a Chruszczow lubił ukraińskie pieśni, i proponować wznowienie dzieł wszystkich Ołesia Honczara, "aby i nowe pokolenia Ukraińców mogły zachwycać się wyzwolicielskim marszem armii radzieckiej, pod mądrym dowództwem rosyjskich oficerów".

Inni zaś mogą dzięki temu ciepło wspominać komsomolską przeszłość i kultywować dawne przyzwyczajenia. Nawet gdy dziś głoszą hasła ultrademokratyczne.

Bogumiła Berdychowska, "Ukraina: ludzie i książki", Wrocław 2006, Kolegium Europy Wschodniej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Publicysta, dziennikarz, historyk, ekspert w tematyce wschodniej, redaktor naczelny „Nowej Europy Wschodniej”. Wieloletni dziennikarz, a obecnie współpracownik „Tygodnika”. Autor i...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]