Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Trzy warunki powstania Izraela

Trzy warunki powstania Izraela

04.06.2018
Czyta się kilka minut
Gdy w maju 1948 r. podpisywano Deklarację Niepodległości nowego państwa, nie było wcale pewności, że Izrael przetrwa pierwszych kilka lat. Co działo się 70 lat temu?
Radość na ulicach Tel Awiwu: 14 maja 1948 r., dzień proklamacji państwa Izrael. AFP / EAST NEWS
Ś

Świat potrzebuje państwa żydowskiego i z tego powodu ono powstanie. (...) W państwie żydowskim młode pokolenie odkryje świetlaną przyszłość wolności i godności. Nawet jeśli w naszej ziemi obiecanej będziemy mieć długie krogulcze nosy, nawet jeśli zapuścimy czarne czy rude brody i chodzić będziemy na krzywych nogach, nie będziemy wystawieni na kpinę i pośmiewisko. Wreszcie będziemy żyć tam jako wolni mężczyźni i kobiety, i umierać będziemy w pokoju w naszej ojczyźnie” – taki zapisek znaleziono wśród dokumentów ocalałych z łódzkiego getta. Wiadomo, że powstał w 1941 r.; nie jest podpisany (przywołuje go w swojej książce o historii Izraela Konstanty Gebert).

Tych kilka zdań dobrze pokazuje, dlaczego Żydzi chcieli mieć swoje państwo. Dramatyczny czas i miejsce, w którym je napisano, są też wymownymi dowodami, że rzeczywiście musiało ono powstać.

Nie wiadomo, kto był autorem tego tekstu. Nie wiadomo więc także, czy przeżył II wojnę światową i doczekał przełomowego roku 1948.

Bo choć debaty o tym, co zrobić z Palestyną trwały od dawna, to właśnie po zakończeniu II wojny światowej – w sytuacji gdy setki tysięcy europejskich Żydów szukały dla siebie nowego domu – rozwój wypadków musiał przyspieszyć.

Wszystkie wyjścia wydawały się wtedy równie niemożliwe i ryzykowne. Najbardziej może właśnie to polegające na ogłoszeniu niepodległego państwa żydowskiego.

Brytyjczycy, którzy zarządzali wtedy Palestyną – dawną prowincją Imperium Osmańskiego, która po przegranej przez Turcję I wojnie światowej stała się brytyjskim protektoratem – ostatecznie postanowili, że opuszczą ją 15 maja 1948 r. Ale wycofywali się, pozostawiając chaos. Od kilku miesięcy na terenie ich protektoratu trwała już de facto żydowsko-arabska wojna. Ginęli ludzie. Ktoś musiał podjąć jakąś decyzję – bez gwarancji na powodzenie.

14 maja 1948 roku

Dzień wcześniej artysta Otte Wallish – imigrant z Czechosłowacji, który przybył do Palestyny jeszcze w latach 30. XX w. – otrzymał nietypowe zlecenie. W muzeum w Tel Awiwie miał przygotować aulę na ceremonię ogłoszenia niepodległości. Sekretarz rządu Zeev Szaref określił warunki: sala musi być gotowa w 24 godziny, zlecenie nie może kosztować więcej niż 450 dolarów. Oraz, oczywiście, sprawa jest ściśle tajna.

Czas miał zasadnicze znaczenie: Żydzi musieli zdążyć z Deklaracją nie tylko przed wycofaniem się Brytyjczyków (co miało nastąpić o północy, w nocy z 14 na 15 maja), ale też przed zachodem słońca 14 maja. Ze względu na szabat po zachodzie słońca tekstu Deklaracji nie podpisałby żaden z żydowskich przywódców religijnych.

Do dekoracji sali Wallishowi udało się zdobyć portret Teodora Herzla (uważanego za ojca syjonizmu) oraz dwie syjonistyczne flagi. Okazały się jednak zbyt brudne, musiał je oddać do pralni. W panice starał się też zdobyć pergaminowy zwój odpowiedniej jakości, na którym zostanie zapisana Deklaracja Niepodległości.

Byłby zapewne jeszcze bardziej zestresowany, gdyby wiedział, że sam tekst nie jest jeszcze gotowy, i że nawet nie wiadomo, jak przyszłe państwo będzie się nazywać. Wśród propozycji były Judea, Syjon, Państwo Żydowskie. Ostatecznie przyjęto Izrael. Lub raczej, jak zwraca uwagę Gebert: Państwo Izraela. Dyskusję – dwugodzinną, więc rekordowo krótką, biorąc pod uwagę emocje i zagadnienie – wywołała też kwestia, czy i jak Deklaracja powinna odwoływać się do Boga. Ostatecznie udało się uzgodnić zwrot, który można przełożyć jako „Opoka Izraela” – taki, który każdy mógł rozumieć na swój sposób.

15 maja o godzinie piętnastej tekst Deklaracji był gotowy, choć jeszcze nie został przepisany na czysto. Przepisywania dopilnowywał Zeev Szaref, który nie miał jak potem dojechać na czas do Muzeum. Gebert przytacza historię o tym, jak zdesperowany Szaref zatrzymał przypadkowy samochód, jednak kierowca spieszył się do domu – bo chciał wysłuchać w radiu ogłoszenia Deklaracji Niepodległości – i nie chciał go zabrać. „Jak mnie nie podwieziesz, to nie wysłuchasz, bo ja mam jej tekst w ręku” – miał powiedzieć Szaref.

Podróż nie odbyła się bez dalszych problemów: pędzące auto zatrzymała policja. Policjanta przekonał jednak argument, że opóźnia powstanie państwa. Szaref dotarł na czas.

Po dwu tysiącach lat

Deklaracja Niepodległości została odczytana przez 61-letniego Dawida Ben Guriona – urodzonego na ziemiach polskich weterana i przywódcę ruchu syjonistycznego – w obecności ponad 200 zaproszonych gości. Zdjęcia w tej ważnej chwili zrobił mu słynny fotoreporter Robert Capa.

Podpisy na zwoju złożyli członkowie Rady Ludowej, tymczasowego parlamentu. Dla tych, którzy przebywali wtedy w oblężonej przez Arabów Jerozolimie, pozostawiono puste miejsca.

Na 37 podpisów tylko dwa należały do kobiet – do przyszłej premier Goldy Meir oraz do Racheli Cohen, pochodzącej z Odessy pierwszej posłanki parlamentu (Knesetu), wybranej z listy Międzynarodowej Syjonistycznej Organizacji Kobiet.

Ceremonia zakończyła się dokładnie o godzinie 16.38. Podpisany zwój złożono w sejfie bankowym – obawiano się, aby dowód powołania państwa nie został zniszczony w ewentualnych walkach.

Na ulicach Tel Awiwu powiewały biało-niebieskie flagi. Ludzie świętowali, cieszyli się. Ben Gurion wspominał potem, że miał jednak mieszane uczucia: wiedział, że zmasowany atak na nowe państwo jest zapewne kwestią godzin. „Znowu byłem żałobnikiem wśród świętujących” – zapisał. Poprzednio czuł się tak w listopadzie 1947 r., gdy ludzie świętowali przyjęcie przez ONZ rezolucji o podziale Palestyny na część żydowską i arabską.

Stanisław Aronson – polski Żyd, podczas niemieckiej okupacji żołnierz AK, weteran powstania warszawskiego – służył już wtedy w żydowskiej organizacji paramilitarnej Hagana (wkrótce miała stać się fundamentem powstającej armii). Wspominał, że siedział z kolegami ze swego oddziału przy radiu w kibucu Naan: „Słuchaliśmy Deklaracji i wszyscy byliśmy szalenie podekscytowani. Dowiedzieliśmy się już wcześniej, że Ben Gurion będzie przemawiał przez radio, ale do końca nikt nie był pewny, czy ogłosi niepodległość, i nikt nie wiedział, jak to nowe państwo będzie się nazywało. Dopiero w czasie przemowy dowiedzieliśmy się, że to będzie Izrael”.

Po 2000 lat żydowskie państwo znów stało się faktem.

Dzień później

Tak jak spodziewał się Ben Gurion, niemal od razu po ogłoszeniu Deklaracji Niepodległości zaczęła się regularna wojna. Jeszcze przed świtem bomby spadły na lotnisko i elektrownię w Tel Awiwie. Armie pięciu państw arabskich – Egiptu, Syrii, Transjordanii (późniejsza Jordania), Libanu i Iraku – zgodnie przystąpiły do ataku. Niektóre, jak np. armia syryjska, nie czekały zresztą na izraelską Deklarację. Już dzień wcześniej padł broniony desperacko kibuc Kefar Ecjon – niemal wszyscy jego obrońcy i mieszkańcy zostali zamordowani. Ale Izraelczycy mieli też sukcesy: arabska Jaffa została zajęta bez strat, podobnie jak pozycje opuszczone przez Brytyjczyków w Jerozolimie.

Jednocześnie nowe państwo musiało rozpocząć swoje funkcjonowanie.

Odnotowano, że pierwszym, którego aresztowała nowa izraelska policja, był złodziej, który włamał się do księgarni. Zaczęły też działać sądy: pierwsza sprawa dotyczyła trzech funtów, które jeden sąsiad był winien drugiemu. Szybko pojawiły się też pierwsze znaczki pocztowe – zaprojektowane przez wspomnianego już Otte Wallisha. Pracując nad nimi, nie wiedział jeszcze, że państwo będzie nazywało się Izrael, więc te pierwsze, które trafiły do użytku już w niedzielę 16 maja, zostały oznaczone tylko jako znaczki „Poczty Hebrajskiej”.

Wcześniej

Niespełna pół roku wcześniej, 29 listopada 1947 r., Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję nr 181, decydującą o podziale Palestyny na dwa państwa: żydowskie i arabskie (przy czym Jerozolima i Betlejem miały pozostać pod kontrolą międzynarodową). Granice państw zostały precyzyjnie określone, ale były niezwykle skomplikowane i trudne do obrony – jak „dwa węże splecione we wrogim uścisku”.

Dla Arabów propozycja ONZ była nie do przyjęcia. Żydzi ją zaakceptowali. Choć daleka od ich oczekiwań, dawała im podstawy prawne do utworzenia państwa, i – co było wtedy szczególnie ważne – możliwość przyjęcia uchodźców z Europy. Jeszcze przed II wojną światową Brytyjczycy blokowali imigrację żydowską i nie zmienili tej polityki nawet podczas wojny.

Po 1945 r. sprawa żydowskich imigrantów stała się szczególnie paląca: setki tysięcy ocalałych Żydów nie miało się gdzie podziać, wielu tkwiło w beznadziejnych warunkach w obozach dipisów (z ang. displaced persons, osoby przemieszczone). Teraz, po grozie Zagłady, mogli mieć własny kraj, co przekonało do syjonizmu nawet tych, którzy przed wojną do idei żydowskiego państwa podchodzili sceptycznie.

Przyjęcie rezolucji ONZ wywołało wybuch radości w żydowskiej społeczności w mandacie brytyjskim. Ludzie wyszli na ulice, bawili się. Wśród nich Aronson. Wspominał: „Nie wiem, co ludzie wtedy myśleli, czy zdawali sobie sprawę, że ta rzecz nie przejdzie u Arabów spokojnie. Przecież mieli już doświadczenie z ich reakcjami przez ostatnich 20 lat... Sam byłem świeżym emigrantem, który przybył do Palestyny zaledwie kilka miesięcy wcześniej i słabo orientowałem się w krajowej polityce, ale inni się tu urodzili i świetnie znali tę materię”.

Rzeczywiście, wkrótce tę falę optymizmu miała zakłócić przemoc – już następnego dnia arabskie bojówki zabiły ośmiu Żydów (uważanych za pierwsze ofiary wojny o niepodległość). Starcia żydowsko-arabskie stały się codziennością, wymykając się spod kontroli i doprowadzając do zbrodni, popełnianych także przez Żydów na arabskiej ludności cywilnej. Niechlubnym symbolem tego okresu pozostaje wymordowanie przez żydowskie organizacje paramilitarne Irgun i Lehi arabskiej wioski Dajr Jasin.

Brytyjczycy starali się jak najmniej angażować w skomplikowaną sytuację. Nie zamierzali też w żaden sposób pomagać Żydom – przygotowywali się do ewakuacji, która miała nastąpić w maju 1948 r., w dniu wygaśnięcia mandatu.

„W mojej rodzinie zawsze były rozmowy o państwie żydowskim, ale nikt specjalnie nie wierzył, że Brytyjczycy tak łatwo oddadzą tę – jak uważaliśmy – bardzo strategiczną placówkę. Ale Brytyjczycy byli zwyczajnie zmęczeni wojną, i to był pierwszy krok do likwidacji imperium – wspominał Aronson. – Myśmy do ostatniej chwili nie wierzyli, że oni nie będą szukać jakiegoś pretekstu, jak na przykład ta wojna domowa, żeby odwołać ewakuację. Jak się jednak okazało, myśleli inaczej, chcieli pozbyć się tego kłopotu, który nazywał się Palestyna, i to zrobili”.

Ów kłopot, czyli mandat brytyjski, rzeczywiście od początku był źródłem konfliktów i napięcia – już pod koniec lat 20. XX w. Arabowie zaczęli atakować żydowskie osiedla, potem zaś, w latach 30., wybuchło arabskie powstanie.

W czasie II wojny światowej wydawało się, że jest możliwy sojusz Żydów z Brytyjczykami, wielu palestyńskich Żydów zaciągało się do brytyjskiej armii. Ale i to porozumienie okazało się nietrwałe w związku z blokowaniem przez władze mandatowe żydowskiej imigracji.

Wszystkie strony konfliktu uciekały się do przemocy, bezwzględności i terroru. Stawało się jasne, że utrzymanie status quo jest niemożliwe. Rezolucja ONZ z listopada 1947 r., przyjęta po długich negocjacjach i debatach, także nie zapewniła pokoju.

Ale też chyba nikt się go nie spodziewał.

Bój o przetrwanie

Choć Deklarację Niepodległości opracowywano w pośpiechu, to była pewna sfera powstającego państwa, gdzie przygotowania trwały od dawna – siły zbrojne.

Dla Żydów było oczywiste, że w chwili wycofania się Brytyjczyków Arabowie – nieakceptujący podziału Palestyny ani wedle rezolucji ONZ, ani wedle żadnej innej zasady – uderzą.

I że tym razem nie będą to potyczki z palestyńskimi oddziałami partyzanckimi, lecz z regularnymi armiami sąsiednich państw. Gdy doszło więc do starcia, okazało się, że liczebnie siły izraelskie i arabskie są wyrównane: uczestniczące w walce armie arabskie liczyły ok. 27 tys. żołnierzy, a Hagana ok. 30 tys. żołnierzy. Ale Arabowie mieli lepsze uzbrojenie. Żydzi od lat starali się zdobywać broń, omijając zakaz jej importu, lecz brakowało im artylerii oraz innego ciężkiego sprzętu.

Żydowskie lotnictwo właściwie nie istniało. Wiele zawdzięczano Czechosłowacji, która za gotówkę sprzedała broń i amunicję, a ostatecznie także samoloty typu messerschmitt, ze zdobyczy na Niemcach (dzięki tym samolotom Izraelczycy zatrzymali egipski marsz na Tel Awiw).

Problemem był też brak doświadczenia bojowego żydowskich imigrantów z Europy. Nie znali również hebrajskiego – języka używanego przez dowódców.

W pierwszej chwili była to więc armia ludzi słabo uzbrojonych i słabo wyszkolonych, którzy jednak przewyższali wroga determinacją. Dla Izraelczyków – i tych świeżo przybyłych, i tych urodzonych w Palestynie – była to wojna o przetrwanie.

Ben Gurion już wcześniej, podczas walk poprzedzających Deklarację Niepodległości, wydał rozkaz utrzymania każdej piędzi żydowskiej ziemi przyznanej przez ONZ. W praktyce oznaczało to dramatyczną walkę za wszelką cenę – do ostatniego obrońcy, w pozostających często w izolacji kibucach.

Z każdym dniem izraelskie siły zbrojne jednak krzepły – po zakończeniu mandatu brytyjskiego otworzyły się drzwi dla żydowskich imigrantów, czyli także dla rekrutów, oraz na dostawy broni. Istniejące organizacje paramilitarne, jak Hagana czy Irgun, zostały zjednoczone w Siłach Obronnych Izraela (Cahal).

Triumf dla jednych, katastrofa dla innych

Była to pierwsza z wielu wojen, które miały potem nadejść.

Jej koszt dla Izraelczyków był olbrzymi: zginęło w niej ponad 6 tys. żołnierzy, czyli jedna piąta całej armii (był to zarazem jeden procent ówczesnej żydowskiej populacji Izraela). Wzięło w niej udział wielu z tych, których nazwiska miały wpisać się później w historię kraju – jak Icchak Rabin czy Ariel Szaron.

Szaron brał udział m.in. w ciężkich walkach o Latrun: wioskę kluczową dla kontrolowania drogi między Tel Awiwem i Jerozolimą. Został tam poważnie ranny. Przyznawał później, że doświadczenie Latrun zostawiło na nim ślad. To wtedy miał przyjąć sobie zasadę, że musi zabierać wszystkich swoich rannych z pola walki, bez względu na koszty.

Po latach w rozmowie z Uri Danem powiedział coś znaczącego: „Podczas wojny o niepodległość mieliśmy zwycięstwa i dotkliwe porażki. Niemniej, mimo ciężkich strat, nigdy nie doświadczyłem najmniejszego poczucia rozpaczy czy bezsilności. Nawet przez chwilę nie miałem wątpliwości i myślę, że inni czuli tak samo”.

Ta pewność siebie i swoich racji miała znaczenie, gdyż była to wojna również w znacznym stopniu psychologiczna: Izrael prężył muskuły, przekonując przeciwników (z powodzeniem), że jest silniejszy niż w rzeczywistości. Takie psychologiczne znaczenie miało np. zbombardowanie Damaszku – pokazanie, że Izraelczycy są w stanie nie tylko się bronić, ale też atakować na terytorium wroga.

Natomiast to, co dla Izraelczyków było triumfem, torującym drogę do utrzymania własnego państwa, dla ludności arabskiej zamieszkującej Palestynę było tragedią. Arabowie do dziś nazywają tę wojnę Nakba, co znaczy Katastrofa (pisana wielką literą, bo traktowana jak nazwa własna).

Już w okresie poprzedzającym Deklarację Niepodległości, a potem podczas wojny, siły żydowskie zmuszały arabskich cywilów do opuszczenia swoich domów. Liczbę wypędzonych ocenia się na 750 tys. – to szacunki ONZ.

Wygnańcy i ich potomkowie

Proces ten, przez niektórych historyków określany jako czystka etniczna, obfitował w akty przemocy wobec cywilów – i dał początek nierozwiązanemu do dziś problemowi uchodźstwa palestyńskiego. Dziś liczbę żyjących jeszcze wygnańców oraz ich potomków szacuje się na 5 mln; półtora miliona z nich żyje wciąż w obozach dla uchodźców (obecnie to prawie miasta czy osiedla, ale nadal tak nazywane).

Jednym z najbardziej drastycznych przykładów ówczesnych wypędzeń był los arabskich mieszkańców miast Lydda i Ramle w lipcu 1948 r. Arabowie z Lyddy musieli opuścić miasto pieszo. Niektórzy z nich zmarli po drodze, nie wytrzymując długiego marszu w upale. Jeden z żydowskich dowódców – Icchak Rabin, późniejszy premier – miał potem napisać, że psychologicznie była to dla niego jedna z najtrudniejszych akcji podczas tamtej wojny.

Co roku 15 maja, w rocznicę Nakby – ich Katastrofy – Palestyńczycy gromadzą się i symbolicznie przynoszą klucze, które wciąż zachowują, domagając się powrotu do swoich domów.

Izraelczycy

Wojna o niepodległość zakończyła się w 1949 r. Młodziutkie państwo izraelskie nie tylko przetrwało, ale też znacznie poszerzyło swoje terytorium w stosunku do tego, co ustaliła ONZ. Jego istnienia nie można już było podważyć.

Wojna okazała się także momentem przełomowym w kształtowaniu się narodu izraelskiego. Do walki przystąpili wtedy młodzi ludzie, którzy urodzili się już w Palestynie, i którzy bronili swoich własnych domów. Obok nich walczyli imigranci z Europy, ocaleni z Holokaustu, którymi kierowała determinacja i może nawet rozpacz – wiedzieli, że nie mogą już na nikogo liczyć, że muszą sami wywalczyć swoje miejsce na ziemi. Wszyscy ci ludzie mieli różne doświadczenia i przekonania, mówili różnymi językami. Jednak z tej najkrwawszej z izraelskich wojen wyszli zjednoczeni. Jako naród polityczny.

Żeby zbudować państwo, muszą pojawić się polityczna wola i determinacja. Potrzebna jest też siła militarna, która państwo ochroni. Ale przede wszystkim potrzebny jest naród – rozumiany nie tylko w sensie etnicznym czy religijnym, lecz politycznym.

Po wojnie o niepodległość Izrael spełniał już te trzy warunki. ©℗

Korzystałam m.in. z książek: Konstanty Gebert „Miejsce pod słońcem. Wojny Izraela”, Patrycja Bukalska we współpracy ze Stanisławem Aronsonem „Rysiek z Kedywu. Niezwykłe losy Stanisława Aronsona”, Uri Dan „Ariel Sharon. An Intimate Portrait”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]