Tak się broni Republika

W obyczajach parlamentarnych Francji to rzadkość: tę samą ustawę poparła - obok partii rządzącej - także największa formacja opozycyjna. W miniony wtorek ustawa o chustach została przyjęta w Zgromadzeniu Narodowym 494 głosami za, przy 36 przeciw i 31 wstrzymujących się.

22.02.2004

Czyta się kilka minut

 /
/

Manifestacja jedności narodowej? Zdecydowanie tak. W kraju o tak silnie zakorzenionych tradycjach laickich kwestia ustawowego zakazu symboli religijnych w szkole nie mogła znaleźć innego rozwiązania. Pokazuje to zresztą nastawienie opinii publicznej: za zakazem opowiada się blisko 70 proc. Francuzów, w tym aż 75 proc. nauczycieli publicznych liceów i gimnazjów.

Chusty jako problem

Napisałem “ustawa o chustach", chociaż ani nazwa, ani dosłowna treść nowego prawa na to nie wskazują. W istocie chodzi jednak właśnie o nakrycia głowy, w których pewna liczba islamskich uczennic przychodzi do szkoły, wywołując czasem zaciekawienie, a częściej konsternację władz szkolnych.

Zaczęło się pod koniec lat 80. Próbowano próśb i gróźb, negocjując z uczennicami i ich rodzicami. Próbowano interpretować i uzupełniać istniejące przepisy, czasem usuwając ze szkoły najbardziej oporne dziewczęta. Na próżno. W 1989 r. Rada Stanu wydała orzeczenie interpretujące stan prawny, w r. 1994 ówczesny minister edukacji François Bayrou ogłosił stosowny okólnik ministerialny. Orzeczenie Rady stwierdzało, że “noszenie przez uczniów znaków, przez które pragną oni zamanifestować przynależność religijną, nie jest samo w sobie nie do pogodzenia z laickością (...) stanowi przejaw wolności wyrażania i okazywania wierzeń religijnych". Ograniczenie tej wolności może nastąpić tylko, gdy dochodzi do naruszenia porządku szkolnego, takie zaś naruszenie może być spowodowane tylko przez noszenie symboli religijnych mających charakter “ostentacyjny". W podobnym duchu utrzymany był okólnik ministra Bayrou.

Mimo wszystko problem narastał. Może nie tyle problem samych chust (statystyki pokazują lekki spadek liczby noszących je dziewcząt w ostatnich latach), ile poglądów radykalnej frakcji ich zwolenników. Tu pojawia się słowo communautarisme, mające w laickiej Francji posmak niemal obelgi. Communautarisme to postawa zamykania się w kręgu własnej kultury (religii), gdy to, co specyficzne, swojskie, stanowi w życiu jednostki wystarczający punkt odniesienia. Komunotarysta to ktoś, dla kogo normy życia społecznego wywiedzione z własnej kultury są ważniejsze niż normy kultury obywatelskiej, np. muzułmanin, żyd lub chrześcijanin, który żyjąc w Republice jak gdyby nie zauważa jej praw, a w relacjach z innymi kieruje się wyłącznie tym, co nakazuje mu religia.

W historii Francji właściwie nie było problemów z obywatelskim nieprzystosowaniem żydów, a Kościół katolicki również od dobrych kilkudziesięciu lat jest pogodzony z laickim państwem. Natomiast nie potrafią (czy nie chcą) pogodzić się z nim muzułmanie. Stąd uchwalona właśnie ustawa ma tak naprawdę na celu walkę z muzułmańskim komunotaryzmem.

Islam jako anty-Republika

Francja ma kłopot. Za chustami często kryją się postawy, które śmiało można nazwać niszczeniem ustalonego porządku społecznego - nie tylko procedur demokratycznej kultury politycznej, ale i fundamentalnych wartości, którym te procedury służą. Bywa, że uczennice odmawiają uczestniczenia w lekcji biologii, ponieważ naucza się tam np. o anatomicznej budowie mężczyzny i kobiety, a pobożnym muzułmankom takich rzeczy słuchać się nie godzi. Ale może to być także lekcja historii, bo tam naucza się o wyjątkowości Shoah, a tego - ponoć - nie godzi się słuchać nie tylko pobożnym muzułmankom, ale i pobożnym muzułmanom. Dalej: bywa, że nauczycieli i uczniów nie dość skłonnych do przyjęcia muzułmańskiego punktu widzenia, np. na problem ewolucji gatunków, spotykają pogróżki. Bywa też - i to jest może najbardziej dramatyczny aspekt toczącego się konfliktu - że z noszeniem chusty łączy się nieludzka dyskryminacja młodych kobiet, aż do dysponowania ich życiem osobistym (wymuszane małżeństwa). Bardzo często chusta to znak niższej pozycji kobiety, zatem jej noszenie jest zewnętrznym wyrazem zgody na podporządkowanie mężczyźnie: ojcu, bratu, kuzynowi czy wujkowi.

Poza szkołą nie jest lepiej. W szpitalu muzułmanki odmawiają czasem poddania się badaniu przez lekarza-mężczyznę. Właściciel pewnego supermarketu przestał sprzedawać alkohol i mięso wieprzowe, uznając, że jako pobożny muzułmanin powinien takie ograniczenie narzucić wszystkim klientom. Zdarza się też, że Francuzki-muzułmanki poddawane są operacji usunięcia łechtaczki, co ma chronić te z natury niewierne istoty przed grzesznym pożądaniem obcych mężczyzn.

Francja naprawdę ma kłopot. Nie można go redukować - jak niestety czyni to większość polskich komentatorów - do sporu “odzieżowego". Myśląc tak, dojdziemy nieuchronnie do wniosku, że Francuzi zwariowali. W takiej Ameryce każdy chodzi ubrany, jak mu się podoba i państwo się od tego nie rozpada, a Francuzi, przesiąknięci jakobińską tęsknotą do społecznej homogeniczności, robią problem z niczego i w konsekwencji ograniczają wolność religijną młodych muzułmanek... Rozumując w ten sposób, popełniamy podwójny błąd. Po pierwsze, odmawiamy Francji prawa do odmienności form jej demokracji, wynikającej ze szczególnej historii, choć sami w analogicznych sytuacjach domagamy się uznania polskiej odmienności (np. zrozumienia dla szczególnej roli katolicyzmu). Po drugie, nie dostrzegamy, że francuska laickość zagrożona przez komunotaryzm, broni w istocie nie form, ale najwyższych wartości, takich jak godność człowieka.

Ustawa jest więc próbą uporania się z poważnym problemem: pogodzenia wojującego islamu z Republiką - takie założenie wydaje mi się tym minimum, którego w dobrej wierze nie można Francuzom odmówić. Reszta, naturalnie, jest kwestią do dyskusji.

Wylewanie dziecka z kąpielą

Mimo wielkiej zgodności na finiszu, ustawę uchwalono nie bez namysłu. Pracowała nad nią specjalna komisja parlamentarna, którą kierował przewodniczący Zgromadzenia Jean-Louis Debré oraz powołana przez prezydenta Jacquesa Chiraca komisja, której przewodził były minister Bernard Stasi. Początkowo zdania były podzielone, ale w miarę postępów prac (ogromną rolę odegrały tu - nierzadko dramatyczne - zeznania świadków przed obiema komisjami) coraz więcej polityków przechodziło na stronę zwolenników zakazu. Spośród liderów politycznych w sprzeciwie wobec ustawy do końca wytrwali tylko Marie-George Buffet (liderka komunistów), François Bayrou (były minister, przewodniczący centrowej UDF) i Alain Madelin (były minister, poseł proprezydenckiej UMP). Wstrzymał się od głosu były premier Eduard Balladur (UMP), a przeciwny ustawie minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy głosował “za" tylko z racji politycznej solidarności z kolegami z rządu.

Końcowe porozumienie polityków i poparcie opinii publicznej dla ustawy to jedno, a długa, poważna debata publiczna to drugie. W trakcie tej debaty ujawniły się głosy zdecydowanych przeciwników zakazu.

Wolno przypuszczać, że wśród przeciwników są muzułmańscy integryści, ale ci nie wypowiadali się publicznie. Przeciw są też muzułmanie pogodzeni z Republiką, tacy jak przewodniczący Francuskiej Rady Kultu Muzułmańskiego Dalil Boubakeur - ci mówią o groźbie społecznego napiętnowania dziewcząt w chustach, ale zaraz dodają, że będą pomagać rozwiązywać sytuacje konfliktowe. Zaniepokojeni są katolicy. Charakterystyczne dla sytuacji wyznaniowej we Francji, że dla wzmocnienia swojego głosu w tej dyskusji Kościół katolicki wydał oświadczenie razem z protestantami i prawosławnymi. Chrześcijanie uważają, że zakaz może stanowić zagrożenie wolności religijnej, a nadto spowodować regres w poprawnych od wielu dziesięcioleci stosunkach między tymi Kościołami a państwem.

Niektórzy członkowie komisji Stasiego (m.in. historyk René Remond i socjolog Alain Tourain) dają wyraz rozczarowaniu, że spośród licznych przygotowanych przez komisję propozycji kompleksowego rozwiązania problemu deputowani przyjęli tylko jedną, mającą - siłą rzeczy - charakter restrykcyjny.

Alain Madelin przypomniał, że w pionierskim okresie laicité, kiedy Kościół zwalczał prawa człowieka i wolność religijną, stawką było przekonanie uczniów katolickich do tych wartości i nikomu nie przychodziło wtedy do głowy wyrzucanie małych katolików ze szkoły.

Profesor filozofii z Lille, Bruno Mattei, nawiązując do pierwotnego znaczenia pojęcia laicité, zwraca uwagę, że gmach Republiki jest laicki o tyle, o ile umie zintegrować pod swoim dachem wszystkich obywateli, zaś zakaz piętnujący odmienność nie będzie temu celowi sprzyjać.

Socjolog Edgar Morin powiada: “Należałoby przestać pasjonować się sprawami drugorzędnymi, a zająć tym, co istotne: chodzi o przekroczenie opozycji pomiędzy komunotaryzmem a homogenizacją i znalezienie formuły odpowiadającej specyfice francuskiej sytuacji. Czynienie [imigrantów - RG] Francuzami nie powinno niszczyć różnic, ale integrować je we wspólnocie".

Filozofowie Monique Canto-Sperber i Paul Ricoeur uważają, że zakaz będzie formą nadużycia władzy, ponieważ wolność religijna może zostać ograniczona tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Nie można jej ograniczać z powodu potencjalnego zagrożenia, a jedynie w wypadku rzeczywistych szkód (taką szkodą byłaby np. odmowa uczestniczenia w zajęciach). Nota bene takie stanowisko zajął w debacie parlamentarnej były premier Edouard Balladur, który zaproponował utrzymaną w takim duchu poprawkę do ustawy (poprawkę odrzucono). Canto-Sperber i Ricoeur zwracają też uwagę na kwestię skuteczności zakazu w stosunku do oczekiwań ustawodawcy: “Czyżby szkoła nie była miejscem, w którym te młode dziewczęta [noszące chusty - RG] mogą przeżyć doświadczenie równości z chłopcami? To jedno wystarczy, aby przekonywać, że jest tym bardziej konieczne, aby kontynuowały naukę, jak inne dzieci". I to jest, chyba, najmocniejszy argument przeciwników ustawy: dziewczęta w chustach wykluczone ze szkoły dostaną się pod jeszcze większą władzę mężczyzn w muzułmańskich rodzinach i stracą, być może bezpowrotnie, szansę emancypacji.

***

Republika broni się przed religijnym fundamentalizmem. Wolno pytać, czy nie broni się nieco na oślep, bez rachunku zysków i strat. Wszyscy są zgodni, że zakaz nie rozwiąże wszystkich problemów i jest tylko pierwszym (dobrym lub złym) krokiem, za którym muszą pójść decyzje polityczne przyspieszające proces rzeczywistej integracji. Francja zmarnowała 30 lat i teraz musi nadrobić stracony czas.

Integracja to, oprócz obyczaju, także kwestia równości szans w edukacji czy zatrudnieniu. Już to jest kolosalnym wyzwaniem. Jak to zrobić, nie wiadomo. Jak sfinansować ten ambitny plan? Jak nie popaść w pułapkę polityki “kwotowej", w której kryterium merytorycznej przydatności może być zastępowane przez kryterium rasy?

A wreszcie, czy sam model laicité może dziś, we Francji pięciu milionów muzułmanów, pozostać w swojej oryginalnej postaci z przełomu XIX i XX wieku?

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 08/2004