Śmierć dziennikarza

Potrzeba było ponad 18 lat, aby środowisko dziennikarskie zaczęło się głośno domagać wyjaśnienia sprawy tajemniczego zaginięcia poznańskiego reportera Jarosława Ziętary.
Czyta się kilka minut

To niewątpliwy sukces jego dwóch kolegów: Krzysztofa Kaźmierczaka i Piotra Talagi, którzy niezłomnie walczyli, by o sprawie nie zapomniano. Kiedy jesienią 2008 r., jeszcze jako dziennikarz "Newsweeka", poszedłem tropem ich ustaleń i napisałem duży tekst o Ziętarze, wielu kolegów po piórze pukało się w głowy i mówiło, że wierzę w spiskowe teorie. Dziś na ten sam temat pojawiają się dziesiątki publikacji, a Ziętara przedstawiany jest jako zamordowany wybitny dziennikarz śledczy i autor tekstów o największych polskich aferach. Tymczasem Jarek był młodym, inteligentnym, dobrze zapowiadającym się reporterem i jeśli go zabito, to za to, co planował napisać, a nie za to, co już zrobił. Nie trzeba dodawać mu fałszywego splendoru, by domagać się wyjaśnienia jego prawdopodobnej śmierci.

Ziętara wyszedł z domu 1 września 1992 r. i słuch o nim zaginął. Początkowo policja przyjęła wersję, że reporter popełnił samobójstwo albo wyjechał za granicę. Powodem miał być głęboki zawód miłosny. Jednak ciała nigdy nie znaleziono, a wyjazd na kilka dni przed wypłatą też wydawał się mało logiczny, zwłaszcza że chłopak nie był majętny i zostawił w domu paszport. Później zaczęły się pojawiać coraz dziwniejsze teorie. Ówczesny komendant poznańskiej policji sugerował, że Ziętara został zwerbowany przez UOP i pracuje za granicą. Znaczyłoby to, że tajne służby zatrudniły 24-latka, zmieniły mu tożsamość i wysłały w świat. To absurd. A jednak wątku UOP nie da się całkiem wykluczyć. Jest niemal pewne, że przed śmiercią funkcjonariusze tej służby interesowali się Ziętarą, on sam zwierzał się z tego kolegom i ojcu. Do prokuratury dotarły też anonimy, że chłopak zginął, bo trafił na trop afery kryminalnej z udziałem tajniaków. Podobne sygnały otrzymywali krewni dziennikarza w anonimowych telefonach.

W końcu pojawił się wątek zabójstwa na zlecenie, którego miał dokonać znany poznański bandzior. Zrobił to rzekomo na zlecenie biznesmena, którego interesy tropił Ziętara. Swoim czynem pochwalił się nawet kolegom z celi (siedział za próbę innego zabójstwa). Niestety, podczas przesłuchania wyparł się wszystkiego. Dziś wiemy, że przed wizytą śledczych ktoś go ostrzegł.

W tej sprawie jest wiele tajemnic. Sami koledzy Ziętary przyznają, że niektóre podrzucane im tropy wyglądały tak, jakby umyślnie chciano oddalić ich od prawdy. Kiedy dwa i pół roku temu przyjechałem do Poznania, szefowie tamtejszej prokuratury w ostatniej chwili odmówili mi zgody na rozmowę ze śledczym, który w 1998 r. bardzo dynamicznie prowadził wątek zabójstwa na zlecenie - choć on sam zgodził się na spotkanie ze mną. Do dziś utajniona pozostaje też spora część akt. Jeśli sprawa Ziętary nie ma utknąć na wieki w mrokach teorii spiskowych, trzeba odważnej decyzji na szczytach Prokuratury Generalnej o wznowieniu śledztwa i przekazaniu go poza Poznań.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 19/2011