Rolnicy protestują, AfD rośnie w siłę, rząd w kryzysie. Dla niemieckiej demokracji nadszedł czas próby

Coraz trudniej jest postrzegać Niemcy jako wzór politycznej stabilności. Na gwałtownym spadku zaufania do rządu Olafa Scholza najbardziej zyskuje skrajna prawica. W tym roku AfD może po raz pierwszy w historii przejąć władzę w niemieckim landzie: w Saksonii chce na nią głosować aż 37 proc. wyborców.
z Hanoweru

16.01.2024

Czyta się kilka minut

Niemieccy rolnicy z hasłem „Jeśli umrze rolnik, umrze ziemia” blokowali traktorami ulice Berlina. Niemcy, 18 grudnia 2023 r. / fot. FABIAN SOMMER / DPA / AFP / EAST NEWS
Niemieccy rolnicy z hasłem „Jeśli umrze rolnik, umrze kraj” blokują traktorami ulice Berlina. 18 grudnia 2023 r. / Fot. Fabian Sommer / DPA / AFP / East News

Ciemności zimowego poranka spowijały jeszcze kraj, gdy w poniedziałek 8 stycznia tysiące traktorów – w samym tylko landzie Badenia Wirtembergia mowa była o 25 tysiącach maszyn! – wyruszyły na wcześniej ustalone pozycje. Część zablokowała autostrady, inne zaś centra miast – na terenie całego kraju.

Rozpoczęta tego dnia ogólnokrajowa akcja niemieckich rolników szybko stała się czymś więcej niż tylko protestem przeciwko rządowym planom zniesienia dopłat do paliwa dla maszyn rolniczych. Do rolników bowiem dołączyło wiele firm rzemieślniczych i transportowych. W komunikacyjnym zamrożeniu kraju rolnikom „pomogli” też maszyniści, którzy strajkowali od środy do piątku. Doprowadziło to do wstrzymania ruchu kolejowego i wzmocniło wrażenie, że rok 2024 będzie w Niemczech wyjątkowo niespokojny.

Mittelstand na barykadzie

Protesty rolników trzeba bowiem widzieć w szerszym kontekście: pogarszającej się sytuacji gospodarczej i społecznej.

Grupę, która blokowała drogi, najlepiej określa niemieckie słowo Mittelstand: oznacza małe i średnie przedsiębiorstwa, firmy prowadzone najczęściej przez rodziny. To zresztą nie tylko pojęcie ekonomiczne. Grupa ta uważa się za fundament niemieckiego społeczeństwa. To ludzie wyznający etos pracy, często mieszkający na wsi lub w mniejszych miastach, twardo stąpający po ziemi, niemający czasu na kulturowe nowinki z wielkich miast. Produkują żywność, budują domy, naprawiają, przewożą. Dlatego mogą liczyć na poparcie społeczne.

Niemcy coraz gorzej radzą sobie z imigracją. Wraz z rosnącą liczbą przybyszów narasta społeczny opór. Nasza relacja z Niemiec

Do końca 2023 roku liczba wniosków o azyl sięgnie w Niemczech poziomu 350 tysięcy – nie licząc Ukraińców, którzy ochronę otrzymują automatycznie. Łącznie daje to ogromną liczbę nowo przybyłych. Większość Niemców uważa, że to już wystarczy.

Ich zryw jest wyzwaniem rzuconym politykom w Berlinie. „Rządowi doradcy to ludzie, którzy nigdy nie pracowali, nigdy się nie spocili” – mówił Joachim Rukwied, prezes Niemieckiego Stowarzyszenia Rolników, które koordynuje ogólnokrajowe protesty.

Na traktorach zawieszono antyrządowe hasła. Pojawiły się nawet szubienice. W rozmowach z dziennikarzami żądania ustąpienia rządu padały równie często, co postulaty wycofania się rządzących z planów cięć, w tym ze zniesienia paliwowej subwencji. Zresztą zanim jeszcze traktory wyjechały na autostrady, rządzący się ugięli – i zasygnalizowali, że decyzję o subwencji przesuną o kilka lat. Jednak nie wygasiło to energii protestów.

Po raz kolejny sprawdza się teza XIX-wiecznego francuskiego socjologa Alexisa de Tocqueville’a: analizując wybuch rewolucji francuskiej, stwierdził on, że bunt społeczny nasila się nie w czasie największego kryzysu, lecz w chwili, gdy władza zaczyna iść na kompromisy.

Wicekanclerz musi odpłynąć

Na chwilę warto spojrzeć na Niemcy z nieco jeszcze szerszej perspektywy. Mimo coraz gęściej wypływającej społecznej frustracji, jest to wciąż kraj, z którego obywatele mogą być dumni. Sądy działają szybko i nikt nie podważa ich wyroków. Również system polityczny, jak i spójność społeczna były do niedawna godne pozazdroszczenia, zwłaszcza na tle dramatycznie podzielonych społeczeństw USA czy Francji.

Czy zatem obecne protesty to początek nowego groźnego etapu w historii Republiki Federalnej? Takie wrażenie ma wicekanclerz i minister gospodarki Robert Habeck. „Nie ma gwarancji, że debata w Niemczech nie stanie się coraz bardziej brutalna, ostatecznie zagrażając prawu i praworządności” – stwierdził w opublikowanym w zeszłym tygodniu nagraniu wideo.

Habeck, polityk partii Zielonych, która dla wielu protestujących jest synonimem wszelkiego zła, sam z bliska doświadczył właśnie emocji społecznych. Na kilka dni przed rozpoczęciem rolniczych protestów wracał z żoną z urlopu na jednej z wysp na Morzu Północnym. Miejscowi rolnicy, podburzeni przez aktywistów skrajnej prawicy, zablokowali przystań, do której miał przybić prom z małżeństwem Habecków na pokładzie. Protestujący próbowali przerwać kordon policji i wtargnąć na pokład. W ostatniej chwili prom odpłynął.

– Coraz częściej ulegamy spontanicznym falom oburzenia, które wpływają na rządzących i ułatwiają populistom zbijanie politycznego kapitału – ocenia prof. Uwe Jun, politolog Uniwersytetu w Trewirze. W rozmowie z „Tygodnikiem” przyznaje, że sytuacja polityczna ulega zmianie: coraz trudniej jest działać umiarkowanym partiom centrowym.

Niemiecka Kasandra

To, że symbolem społecznego gniewu stały się dziś rolnicze traktory, zapewne nie dziwi 49-letniej Juli Zeh. To jedna z najpopularniejszych pisarek w Niemczech. Popularność zdobyła, pisząc powieści o niemieckiej prowincji, która mentalnie coraz bardziej oddala się od liberalnego i lewicowego świata wyobrażeń, który dominuje w głowach mieszkańców dużych miast. W opisie tych pozamiejskich środowisk jest autentyczna także dlatego, że od kilkunastu lat sama mieszka z rodziną na wschodnioniemieckim odludziu.

Bohaterką jej ostatniej powieści „Zwischen Welten” (Pomiędzy światami) jest rolniczka z Brandenburgii, która prowadzi niewielkie gospodarstwo. Pod presją zmian klimatycznych, błędnej polityki rządu, presji cenowej supermarketów i zagranicznych inwestorów czyhających na rolnicze grunty kobieta decyduje się w końcu na współpracę z aktywistami skrajnej prawicy i wychodzi na ulicę, aby doprowadzić do antysystemowej rewolty. Czyli poniekąd przewidziała aktualny przebieg wydarzeń.

W licznych wywiadach i dyskusjach Juli Zeh przedstawia diagnozę, że opozycja prowincja-miasto jest najsilniejszym konfliktem społecznym w Niemczech. Jej zdaniem konflikt ten zaczyna już przypominać fundamentalne spory z innych krajów: wyborców Republikanów i Demokratów w USA czy zwolenników PiS-u i liberalnej koalicji w Polsce.

Juli Zeh obserwuje, jak wśród mieszkańców niemieckiej prowincji narastającą niechęć i nieufność do elit i do instytucji. „Elity zaczynają się od polityki na szczeblu landowym, to także media w dużych miastach oraz wszystko to w gospodarce, co jest większe od firm rodzinnych” – taką definicję elit pisarka przedstawiła podczas jednej z debat w 2023 r.

Perspektywa przyspieszonych wyborów

Elitarność, rozumiana jako wyobcowanie od problemów „zwykłych ludzi”, a także brak choćby zrozumienia dla tych problemów – to główne zarzuty, które padają dziś pod adresem rządzącej koalicji, którą tworzą socjaldemokratyczna SPD, Zieloni i liberałowie z FDP. Sondaże są miażdżące: brak zaufania wobec rządzących wyraża dziś aż 68 proc. ankietowanych, a 45 proc. deklaruje, że weźmie udział w antyrządowych demonstracjach.

Kryzys pogłębia nikłe poparcie dla kanclerza OIafa Scholza, które plasuje się obecnie na poziomie 19 procent. Politolog Uwe Jun tłumaczy, że oprócz niektórych źle przygotowanych ustaw głównym problemem rządu są wewnętrzne kłótnie koalicjantów oraz „brak wspólnej strategii, w którym kierunku Scholz chciałby prowadzić ten kraj”.

Wykorzystuje to opozycja. Zarówno populiści z Alternatywy dla Niemeic (AfD), jak też chadecy z CDU i CSU postulują rozpisanie przedterminowych wyborów do Bundestagu. – To mało prawdopodobny scenariusz – ocenia prof. Jun. – Rządzącym partiom to się obecnie nie opłaca. SPD utraciłaby urząd kanclerski, a FDP mogłaby zupełnie wylecieć z parlamentu. Z kolei dla Zielonych jedyną opcją na utrzymanie się przy władzy byłaby koalicja z CDU/CSU, co nie byłoby dla tej partii żadną poprawą w stosunku do obecnej sytuacji – tłumaczy Jun.

Politolog uważa, że scenariusz rozpisania wcześniejszych wyborów stanie się bardziej możliwy jedynie w przypadku dalszego narastania presji społecznej.

Radykalizm już nie straszy

Największym wygranym obecnej sytuacji nie jest jednak chadecja – choć CDU/CSU mogą liczyć na prawie jedną trzecią głosów (mniej więcej tyle, ile mają razem w sondażach trzy partie tworzące rząd) – lecz AfD. Jej zero-jedynkowe propozycje dla wielu wydają się atrakcyjną ofertą na tle polityków koalicji rządowej, sprawiających wrażenie pogubionych.

Ze względu na jej radykalny profil wielu Niemców zestawia AfD z faszystami, którzy w latach 30. XX w. przejęli w Niemczech władzę. Jednak takie szufladkowanie od jakiegoś czasu przestało chyba robić wrażenie. Okazuje się, że radykalność wcale nie odstrasza wyborców. Przeciwnie: im ostrzejszy język AfD, tym lepsze wyniki w sondażach.

W ubiegłym tygodniu kolektyw dziennikarzy śledczych „Correctiv” opisał poufne spotkanie, do którego miało dojść w Poczdamie z udziałem polityków AfD i środowisk bardzo skrajnej już prawicy. W trakcie dyskusji przedstawiono plan wydalenia z Niemiec milionów obcokrajowców. Uczestnicy spotkania chcieliby, aby kraj opuściły nawet osoby z niemieckim paszportem, które mają korzenie migracyjne. Miejsce dla nich powinno znaleźć się gdzieś w Afryce Północnej.

Gdy media opisały to spotkanie, politycy AfD bynajmniej nie poczuli się tym zagrożeni. „Odeślemy obcokrajowców do ich krajów ojczystych. W milionach. To żaden tajny plan. To nasza obietnica” – napisał na platformie X René Springer, poseł AfD do Bundestagu.

Rewolucja zacznie się na wschodzie

Choć w sondażach ogólnoniemieckich poparcie dla AfD stanęło na poziomie 23 proc. (i tak wysokim – co daje jej drugie miejsce, po chadecji), to radykalizacja AfD ma znaczenie również dlatego, że jesienią 2024 r. w trzech wschodnich landach – Brandenburgii, Saksonii i Turyngii – odbędą się wybory do landtagów, parlamentów krajowych. W każdym z tych landów AfD może liczyć na wynik grubo ponad 30 procent. Najwięcej w Saksonii: ostatni sondaż dał jej tam poparcie na poziomie 37 procent. Na drugim miejscu uplasowała się CDU (30 proc.), podczas gdy kanclerska SPD uzyskała 3 proc. (słownie: trzy).

Ordynacja sprawia, że szanse na samodzielne rządy zaczynają się od pułapu 40 proc. głosów. Wygląda na to, że w Saksonii takiego scenariusza nie można wykluczyć. – Poparcie dla AfD na wschodzie będzie zależeć nie tylko od działań tej partii i jej kampanii, ale także od tego, czy rząd w Berlinie poradzi sobie z kryzysem zaufania – uważa prof. Jun.

Politycy AfD nie kryją, że szykują się do samodzielnych rządów w Dreźnie, stolicy Saksonii. I mają nadzieję, że nie tylko tam. Lider AfD w Turyngii Björn Höcke zapowiada, że po zwycięstwie jego partia chce podjąć radykalne kroki: pozwać rząd federalny za politykę migracyjną, zreorganizować oświatę, przejąć kontrolę nad tajnymi służbami (każdy land ma swój Urząd Ochrony Konstytucji), zakończyć projekty związane z ochroną klimatu i finansowanie mediów publicznych (zwolennicy AfD postrzegają je jako bezkrytyczne wobec politycznego mainstreamu).

Czas nieprzewidywalności

Przejęcie władzy przez AfD na poziomie landowym miałoby przełożenie na politykę ogólnokrajową. AfD byłaby reprezentowana w Bundesracie, izbie wyższej parlamentu, a także na landowych konferencjach ministerialnych. To otworzyłoby jej nowe możliwości, głównie w zakresie blokowania inicjatyw innych partii. Mogłoby to mieć destrukcyjny wpływ, gdyż to w Bundesracie kraje związkowe akceptują propozycje izby niższej, Bundestagu, co czasem wymaga jednogłośnych decyzji – tłumaczy Jun.

Jeszcze kilka lat temu takie scenariusze podpadały pod kategorię political fiction. Dziś są poważnie rozpatrywane. Dlatego coraz częściej pojawia się postulat delegalizacji AfD. Jego zwolennicy przypominają, że także Hitler doszedł do władzy w drodze demokratycznych wyborów. Krytycy uważają, że próba delegalizacji tylko zwiększy popularność AfD, której politycy uwielbiają pozować na ofiary lewicowo-liberalnego establishmentu.

W najbliższych miesiącach Niemcy nie będą oazą spokoju i porządku. Możliwy jest rozwój wydarzeń niczym z powieści Juli Zeh. A słowem roku 2024 może okazać się pojęcie rzadko kojarzone z Niemcami: nieprzewidywalność.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz mieszkający w Niemczech i specjalizujący się w tematyce niemieckiej. W przeszłości pracował jako korespondent dla „Dziennika Gazety Prawnej” i Polskiej Agencji Prasowej. Od 2020 r. stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Czas próby dla niemieckiej demokracji