Reklama

Wydanie specjalne "Polska Żydowska"

Pyrrusowe zwycięstwo generała

Pyrrusowe zwycięstwo generała

14.12.2006
Czyta się kilka minut
Starcia milicji z demonstrantami, Gdańsk, 16 lub 17 grudnia 1981 r. /fot. B. Nieznalski
A

ANDRZEJ BRZEZIECKI: - Czy wprowadzając stan wojenny generał Wojciech Jaruzelski miał jakiekolwiek wyobrażenie, jak długo będzie on trwać?

ANDRZEJ PACZKOWSKI: - Generał Jaruzelski, co jest naturalne, wielokrotnie posługiwał się terminologią wojskową. "Bitwą" miało być opanowanie sytuacji po wprowadzeniu stanu wojennego. Rozbicie "Solidarności" oznaczałoby wygranie "kampanii". "Wojnę" uznano by za wygraną dopiero gdy partia doprowadziłaby do stabilizacji gospodarki i odzyskała zaufanie społeczne. Generał zakładał bowiem, że przed sierpniem 1980 r. partia takie zaufanie miała. Na posiedzeniu Biura Politycznego PZPR 22 grudnia 1981 r. powiedział, że na wygranie "wojny" potrzeba 10 lat.

Stan wojenny oczywiście musiał zakończyć się wcześniej. Aliści ani przed wprowadzeniem stanu wojennego, ani 13 grudnia, ani w ciągu następnych wielu miesięcy nikt nie miał wyobrażenia, jak długo powinien on trwać. Nie znam żadnych dokumentów, które świadczyłyby o tym, że zastanawiano się wówczas nad jakąkolwiek konkretną datą.

Natomiast dość szybko zawieszono pewne dotkliwe dla społeczeństwa obostrzenia, jak brak połączeń telefonicznych, ograniczenia w podróżowaniu, kontrola przesyłek pocztowych, blokada transportu. Znoszenie ograniczeń świadczyć miało o sukcesie operacji, a także o otwartości rządzącej ekipy.

- Była to improwizacja czy realizacja konkretnego planu, rozpisanego w kalendarzu?

- Cały ten represyjny inwentarz był przygotowany wcześniej i zakładano chyba, że będzie można nim grać. Np. wycofać jakieś obostrzenia, ale trzymać je w zanadrzu, by przy fali niepokojów społecznych przywracać je jako karę. Wielokrotnie tak postępowano, np. w Warszawie, gdy po demonstracjach 1 i 3 maja 1982 r. przywrócono godzinę policyjną, zniesioną kilka dni wcześniej właśnie z okazji 1 maja. Niektóre niedogodności wycofywano z powodów ekonomicznych, gdyż stosowane zbyt rygorystycznie utrudniały funkcjonowanie gospodarki, np. przewóz części zamiennych z jednej fabryki do drugiej wymagał zgody na przejazd. Obostrzenia opóźniały pracę i wpływały na wydajność gospodarki. Militaryzacja zakładów pracy była potrzebna jedynie dla wprowadzenia dyscypliny, bo komisarze wojskowi nie byli przecież ani ekonomistami, ani menedżerami.

Istotna wydaje się uwaga, którą poczynił Kazimierz Barcikowski, jeden z członków Biura Politycznego partii i zarazem sekretarz KC PZPR, mówiąc, że stan wojenny był przygotowany pod kątem milicyjno-wojskowym, ale zabrakło myślenia w kategoriach politycznych czy gospodarczych.

Dlatego przez pierwsze tygodnie trwało polityczne zamieszanie. Pojawiały się pomysły likwidacji PZPR i powołania nowej, awangardowej, prawdziwie rewolucyjnej partii. Potem zaczęto organizować poparcie "na dole", tworząc OKON-y, czyli Obywatelskie Komitety Ocalenia Narodowego. Jednak ich członkami byli w większości członkowie PZPR, a więc nie oznaczało to poszerzenia "bazy". Potem wymyślono Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego, do którego zaproszono także mniej lub bardziej znane osoby nienależące do PZPR. Była to próba znalezienia zaplecza poza partią komunistyczną.

Przyboczny "dyrektoriat"

- Które z licznych gremiów władzy miało po 13 grudnia najwięcej do powiedzenia? Na czele każdego z nich stał Jaruzelski, ale gdzieś zapadały ostateczne decyzje...

- Funkcje tych ciał zmieniały się wraz z rozwojem sytuacji. W pierwszym okresie najwięcej do powiedzenia miał "dyrektoriat": to było dziewięć osób, które stanowiły sztab przyboczny Jaruzelskiego. Obok generała znaleźli się tam m.in. wicepremier Mieczysław Rakowski, Kazimierz Barcikowski, reprezentanci resortów "siłowych" gen. Czesław Kiszczak i gen. Florian Siwicki. Nazwa "dyrektoriat", jak wynika ze wspomnień Rakowskiego, "zrodziła się gdzieś w kuluarach".

Spore znaczenie miała także grupa sekretarzy KC PZPR. Niektórzy byli zresztą w dyrektoriacie. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON) była raczej czysto fasadowym ciałem. Jej posiedzenia odbywały się rzadko. Także Biuro Polityczne KC PZPR miało ograniczone funkcje. Odbywały się tam jednak dyskusje dotyczące strategii, bardziej generalne niż na posiedzeniach dyrektoriatu, bo ten był zawalony sprawami bieżącymi, taktycznymi. Dyrektoriat miał więcej do powiedzenia, bo był dobrany przez Jaruzelskiego, co zapewniało, że są w nim ludzie cieszący się jego zaufaniem.

- W dyrektoriacie zasiadali także dwaj sekretarze KC PZPR, Stefan Olszowski i Mirosław Milewski, osoby uważane za ludzi Kremla, których generał chyba nie mógł być pewien. Czy ich obecność wynikała z nacisków Moskwy?

- Generał Jaruzelski odmówił mi odpowiedzi na pytanie, jak powstały WRON i dyrektoriat. Jesteśmy skazani na domysły. Olszowski zajmował się w KC propagandą w partii. Z ramienia rządu zajmował się tym samym Mieczysław Rakowski. Milewski zaś jako sekretarz KC PZPR odpowiadał za sprawy bezpieczeństwa i administracji. Ale w dyrektoriacie był też gen. Kiszczak, minister spraw wewnętrznych. To on bezpośrednio zarządzał aparatem i był w ciągłym kontakcie z szefem misji KGB w Polsce, gen. Witalijem Pawłowem. Za to Milewski był uważany za człowieka Moskwy i miał z Rosjanami dobre kontakty. Więc nie wiadomo, kto kogo nadzorował, Kiszczak Milewskiego, czy na odwrót. Mogło być i tak, że Jaruzelski tych dwóch ludzi, którzy wydawali się dlań najbardziej niebezpieczni, chciał mieć stale koło siebie i w ten sposób ich zneutralizować.

- Jak wyglądały posiedzenia dyrektoriatu?

- Tego możemy się tylko domyślać. Nie ma protokołów z posiedzeń. Strzępy informacji na ten temat są w "Dziennikach" Rakowskiego i we wspomnieniach Barcikowskiego.

Spotykano się o dziewiątej rano, tak by każdy był już wyspany, ale także by spłynęły już wszystkie meldunki z kraju z poprzedniego dnia. Posiedzenia trwały około półtorej godziny, czasem dwie. Ze wspomnień Rakowskiego wynika, że podczas spotkań dyrektoriatu odbywały się rzeczywiste dyskusje, czasem ostre. Ale większych konfliktów nie było. Sądzę, że wyglądało to podobnie jak na posiedzeniach Biura Politycznego. Najpierw każdy wyrażał swoją opinię, a potem generał podsumowywał, i to, co on powiedział, było ostateczne. Wszyscy rozchodzili się na swoje placówki, skąd, zdaje się, bez przerwy do niego dzwonili.

- Był to niewątpliwie trudny czas dla Jaruzelskiego, we wspomnieniach użalał się na kłopoty zdrowotne. Jerzy Urban mówił, że Jaruzelski nie sypiał nawet w domu, lecz przysypiał na jakiejś kozetce na zapleczu gabinetu.

- Nie znamy badań lekarskich Jaruzelskiego z tamtego okresu. Ktoś też powinien pokusić się o zarysowanie jego psychologicznej sylwetki. Kilka lat później, jak wynika z zapisków znanego dziennikarza piszącego Jaruzelskiemu przemówienia, płk. Wiesława Górnickiego, generałowi zdarzało się być na skraju wyczerpania, wahał się z podejmowaniem decyzji, hamletyzował. Z jego wspomnień wiemy, że w przededniu wprowadzenia stanu wojennego miał jakieś problemy z kręgosłupem. Ostatnie dni przed i pierwsze po 13 grudnia były dla niego niezwykle wyczerpujące fizycznie i psychicznie. Podejmował decyzje i nie wiedział, jaki będzie ich efekt. Na pewno żył w ciągłym stresie. Przez wiele kolejnych nocy nie nocował w domu i stale urzędował w gabinecie premiera. Dopiero, jak zauważył Rakowski, w marcu 1982 r., po wizycie w Moskwie, przeniósł się do siedziby KC PZPR. Być może powiedziano mu w Moskwie, że to partia rządzi, a nie rząd, i że ważniejszy jest on jako I sekretarz KC PZPR, a nie jako premier.

- Czy w partii pogodzono się z degradacją, jaką przyniosło jej wprowadzenie stanu wojennego? W swojej książce pisze Pan, że sekretarze nie bardzo chcieli współpracować z komisarzami wojskowymi.

- Mało jest dokumentów, które mogłyby dać ogólną ocenę. W książce podaję trochę przykładów obaw żywionych przez komisarzy, ale raczej dominuje przekonanie, że obóz rządzący był monolitem i wszystko odbywa się gładko.

- Wraz z wprowadzeniem stanu wojennego partia otrzymała kilka ciosów. Internowano grupę jej działaczy z Edwardem Gierkiem na czele, który musiał być punktem odniesienia dla części aparatu. Wszędzie panoszyło się wojsko i, jak mawiał generał, partia szła "pół kroku" z tyłu. Czy wszystko to rzeczywiście tak gładko przełknięto?

- Nie ma śladu buntu. Osoby, które wyrażały niezadowolenie, nie stworzyły żadnej platformy porozumienia. Żaden "antymilitarystyczny" nurt w partii nie powstał. Jednocześnie wiemy, że sporo osób rzuciło wtedy partyjną legitymacją.

Nikt nie badał nastrojów na poziomie Komitetów Wojewódzkich PZPR. Aparatowi w regionach mogło nie podobać się choćby to, że większą rolę zaczęli odgrywać komendanci wojewódzcy MO. Oni zawsze byli w egzekutywach komitetów, ale teraz zaczęli zabierać głos. Urosła też rola wojewódzkich sztabów wojskowych. Potulność aparatu wynikała, jak sądzę, z tego, że zdawali sobie sprawę, iż to dla nich jedyny ratunek. Autorytet Jaruzelskiego był taki, że wszyscy leżeli przed nim plackiem.

Wobec "Solidarności" i Kościoła

- Jednym z elementów planu politycznego miało być przejęcie "Solidarności", oczywiście po pozbyciu się ekstremy, ale z Lechem Wałęsą. Czy Wałęsa był w rachubach generała niezbędny?

- Tak. Z dokumentów, jakie znam, nie wynika, by miano w zanadrzu inny plan przejęcia związku. Po prostu nie było osoby o porównywalnym autorytecie i to sprawiało, że Wałęsa miał specjalną pozycję. Cały plan wywodził się z przyjęcia rozróżnienia na "zdrowy nurt robotniczego protestu" i "brudną antysocjalistyczną pianę". "Pianą" byli działacze opozycji i liderzy związku, "pianę" należało wsadzić do więzienia, a wówczas "zdrowy nurt" okazałby się sterowalny i wmontowałoby się go w istniejące struktury państwa, ewentualnie trochę je korygując.

Ta strategia miała dwa źródła. Pierwszym była tradycyjna zasada divide et impera: należało przeciwnika podzielić. Drugim była ideologia i wiara, że klasa robotnicza instynktownie, choćby podświadomie, dąży do socjalizmu. Wierzono, że jeśli dopuści się do głosu tych, którzy naprawdę wyrażają wolę robotników, to "Solidarność" będzie za ówczesnym ustrojem. SB przeprowadzała - m.in. w ramach operacji "Klon" (czyli podpisywania "lojalek") i w ośrodkach dla internowanych - tysiące rozmów, których celem było skłonienie ludzi do współpracy.

- Generałowi marzyły się związki zawodowe nie tylko prosocjalistyczne, ale także prokościelne. Czy to było realne?

- Można było założyć, że przejęte związki miałyby akceptację Episkopatu. Może Kościół nie przydzieliłby im duszpasterza, ale zaakceptowałby ich istnienie.

- Ale przecież Wałęsy nie zaliczano do "zdrowego nurtu". Zakładano więc, że bez doradców, takich jak Tadeusz Mazowiecki czy Bronisław Geremek, Wałęsa będzie osobą słabą i łatwo sterowalną?

- Predyspozycje Wałęsy nie grały tu, zdaje się, żadnej roli. Zresztą w elicie władzy wszyscy traktowali go jako nawiedzonego, mało inteligentnego gracza politycznego, ale z charyzmą. Jego pozycja w "Solidarności" sprawiała, że bez niego cały manewr był niemożliwy. Gdyby np. wezwał 14 grudnia do zakończenia strajków, historia mogłaby się potoczyć inaczej.

- O stosunku do "Solidarności" zdecydowała także lekcja wyniesiona z rozbijania podziemia po zakończeniu II wojny światowej. Wtedy nachalna propaganda i represje raczej przyczyniły się do pow­stania legendy Armii Krajowej, teraz chciano uniknąć podobnej sytuacji. Mówił o tym gen. Kiszczak w czerwcu 1982 r. Jednak konferencje prasowe Urbana przeczyły tej polityce.

- Polityka jest rozległym obszarem działania, nie zawsze warto mówić jednym głosem. Stosowano też taktykę "kija i marchewki". Urban na swoich konferencjach prasowych walił kijem, a inni mówili o "zdrowym nurcie", o porozumieniu. Analogia z okresem instalowania się komunistów w Polsce jest oczywista. Wiosną 1945 r., gdy "chłopcy wracali do lasu", przeprowadzono szereg rozmów z lokalnymi przywódcami podziemia. Namawiano ich do ujawnienia, ale kogo nie dało się przekonać, należało zniszczyć. Po 13 grudnia także odbyto szereg rozmów z uwięzionymi członkami Komisji Krajowej "Solidarności" w ramach wspomnianej operacji "Klon".

- Analogicznie traktowano Kościół? Jaką rolę w stabilizacji przewidział dla Kościoła generał Jaruzelski?

- Dla Jaruzelskiego Kościół - w przeciwieństwie do "Solidarności" - był partnerem. Niewygodnym, ale jednak partnerem. Nie poddawał się sterowaniu - głównie ze względu na postawę Jana Pawła II. Był niezależny od państwa finansowo. Zapomniał o tym Władysław Gomułka, gdy wygonił religię ze szkół. W Czechosłowacji państwo płaciło księżom pensje. W Polsce religię przeniesiono do kościołów i tym samym kompletnie uniezależniono od państwa.

Jakakolwiek realistyczna polityka musiała więc zakładać porozumienie z Kościołem. Dlatego np. kurie mogły prowadzić działalność charytatywną w obozach dla internowanych i w więzieniach. Z drugiej strony wielokrotnie na posiedzeniach partyjnych gremiów pojawiały się wypowiedzi, że jedyną prawdziwie znaczącą antysocjalistyczną siłą był i jest Kościół. Wielokrotnie umizgiwano się do Kościoła, ale jakoś nikomu do głowy nie przyszło, by zlikwidować IV departament MSW, który zajmował się inwigilacją kleru. W latach 80. jego aktywność została wręcz zintensyfikowana.

Socjotechnika zamiast strategii

- Kiedy po raz pierwszy pojawiła się myśl o zniesieniu stanu wojennego?

- Pierwszy raz publicznie konkretną datę podał sam Wojciech Jaruzelski w 1982 r., w swoim sejmowym wystąpieniu z okazji 22 lipca. Powiedział wtedy, że stan wojenny zostanie zniesiony do końca roku.

- Ale zamiast tego pod koniec 1982 r. stan wojenny jedynie zawieszono.

- Tak, choć dekret o stanie wojennym w ogóle nie przewidział takiej możliwości. Trzeba było naginać prawo. Zawieszenie było wygodniejszą formą, bo tak jak pojedyncze uciążliwości stanu wojennego, dawało ono możliwość, by w razie czego stan wojenny "odwiesić".

- Czy po wydarzeniach z 31 sierpnia 1982 r., gdy milicja i SB rozprawiły się z demonstracjami, które nie przerodziły się w dłuższe akcje protestu, generał poczuł się bezpieczniej?

- Tak to wygląda. O ile demonstracje 1 i 3 maja były spontaniczne, to na 31 sier­pnia Tymczasowa Komisja Koordynacyjna "Solidarności", tajne zarządy regionów, komisje zakładowe i różne grupy, które powstały (jak "Solidarność Walcząca"), przygotowywały się dość starannie. W kierownictwie "Solidarności" zakładano, że po demonstracjach zaczną się strajki. To się jednak nigdzie nie udało. Niepowodzenie "Solidarności" świadczyło o tym, że dotychczasowa formuła walki - manifestacje uliczne i krótkotrwałe strajki - zaczyna się wyczerpywać. Kontratak związku, a tym były manifestacje sierpniowe, nie powiódł się. By zwyciężyć w całej kampanii, generałowi potrzebna była już tylko delegalizacja "Solidarności".

- Dziwi długi okres pomiędzy fiaskiem rozmów z Wałęsą a formalną likwidacją "Solidarności" przez sąd jesienią 1982 r.

- Przyjęto, że czas gra na korzyść Jaruzelskiego. Uważano, że opór będzie malał, toteż im później decyzja delegalizacji związku (a właściwie wszystkich związków zawodowych) zostanie podjęta, tym społeczne protesty będą słabsze.

- Decyzję o delegalizacji związku poprzedziły spotkania z prymasem Józefem Glempem i zapowiedź pielgrzymki Jana Pawła II na rok 1983. A zaraz po zdelegalizowaniu "Solidarności" na wolność wyszedł Wałęsa. Propagandowo Jaruzelski był wtedy w ofensywie.

- Może to dziwić, ale Jaruzelski stale myślał w kategoriach socjotechnicznych. Np. już w 1982 r. zastanawiał się nad uchwaleniem i propagandowym rozegraniem rocznicy 13 grudnia jako Dnia Ocalenia Narodowego... Z tego, co wiadomo z dokumentów i wspomnień o posiedzeniach najwyższych gremiów decyzyjnych, politykę pojmowano jako próbę rozwiązywania problemów przy pomocy chwytów socjotechnicznych. I z tej perspektywy patrząc, była to skuteczna polityka. Poparcie dla "Solidarności" malało. Może nie rosła liczba zwolenników partii, ale to nie były już lata stalinizmu, gdy wszyscy musieli popierać system. Ludzie przechodzili do strefy milczenia, a o to w gruncie rzeczy chodziło.

- Czy któryś z ludzi władzy postawił pytanie, czy stan wojenny, mimo tych pozornych - np. z punktu widzenia gospodarki - zwycięstw, w ogóle do czegoś prowadził?

- Na sytuację patrzono głównie pod względem pokonania "Solidarności". I tylko z tego powodu odkładano zakończenie stanu wojennego, bo skuteczność polityki represji wobec "Solidarności" nie była absolutna. Jaruzelski nie mógł, jak przywódca Czechosłowacji Gustáv Husák w 1970 r., powiedzieć, że osiągnął normalizację. Co więcej, Jaruzelski nie mógł tego już nigdy powiedzieć, także po zniesieniu stanu wojennego, bo ciągle coś się działo, aż do 1989 r., gdy cały system się zawalił. Przedłużano więc stan wojenny aż do lipca 1983 r., bo wciąż były obawy, że te istniejące enklawy przeciwnika się wzmocnią albo rozbudują, a po jego formalnym zakończeniu władza miała do dyspozycji całe rozbudowane instrumentarium prawne służące do walki z opozycją.

- Niektórzy działacze "Solidarności" mawiali, że mogliby wybaczyć Jaruzelskiemu internowanie i stan wojenny, ale nie potrafią wybaczyć tego, że zmarnował wtedy szansę reform gospodarczych.

- Dla ludzi "Solidarności" brak zasadniczych zmian w gospodarce nie był chyba jednak tak ważny, to raczej reformatorzy partyjni - zresztą raczej nieliczni - mieli za złe brak reform. Dopiero Rakowski, gdy został w 1988 r. premierem, zaczął robić to, na co wielu liczyło wnet po 13 gru­dnia: modernizację wedle wzoru chińskiego, czyli zmiany w gospodarce "tak", ale zmiany polityczne "nie".

- Co przeszkadzało Jaruzelskiemu podjąć reformy gospodarcze?

- Przede wszystkim poglądy. Generał chyba nigdy nie miał jaśniejszej wizji reform. Nie widać jej w jego przemówieniach nawet z lat 1987-88. Chciał osiągnąć "spokój i dobrobyt". Ale wszystko w ramach socjalistycznej ortodoksji. Najpierw potrzebował spokoju i to jako tako umiał osiągnąć, choć do pełnej stabilizacji było daleko. Z dobrobytem jednak nie wyszło. Szczytem ekonomicznej odwagi dla rządzących w Polsce wydawały się reformy, jakie wprowadziły swego czasu Węgry. Elementy rynkowe, trochę więcej swobody dla przedsiębiorstw, i to wszystko. Jeśli chodzi o gospodarkę, to zresztą także w obozie "Solidarności" mało kto wykraczał poza socjalizm.

"Stan powojenny"

- Kiedy zaczęto myśleć na poważnie o zniesieniu stanu wojennego?

- Pomijając tę wypowiedź z 22 lipca 1982 r., przymiarki trwały dość długo. Obmyślano wariant połączenia zniesienia stanu wojennego ze zmianą części struktur państwa, m.in. wprowadzenie urzędu prezydenta. Ale chyba nigdy nie dyskutowano o tym poważnie nawet na Biurze Politycznym. Trudno coś konkretnego o tym powiedzieć, gdyż wszystkie stenogramy z posiedzeń Biura Politycznego, począwszy od lipca 1982 r., generał kazał zniszczyć.

- Można odnieść wrażenie, że władza próbowała wyjść ze stanu wojennego trochę tylnymi drzwiami, jakby brakowało pomysłu na wyjście efektowne. Czy po to powstał PRON, by zgłosić apel o zniesienie stanu wojennego?

- Nie, PRON miał większą rolę do odegrania. Miał świadczyć o otwarciu się na społeczeństwo, o chęci zmian, choć był w istocie tylko nowym Frontem Jedności Narodu. A więc instrumentem propagandy, który wykorzystywano wielokrotnie, m.in. zawieszając stan wojenny, a później formalnie go znosząc.

- Zniesienie stanu wojennego opakowano też dość konkretnymi zmianami w prawie.

- Były to, jak mawiał Rakowski, "bezpieczniki". Ustawy przyjęte w drugiej połowie 1983 r. umożliwiały powrót do znacznej części represji stanu wojennego bez jego oficjalnego wprowadzania, a także dawały możliwość jego błyskawicznego wprowadzenia.

- Czym zatem miała się różnić Polska przed i po 22 lipca 1983 r.?

- W zasadzie niczym. Wszystkie rygory stanu wojennego, jak godzina policyjna, były już zniesione. Wycofano resztkę komisarzy wojskowych z fabryk. Bo demilitaryzację ministerstw przeprowadzono już wcześniej, choć nigdzie nie znalazłem dokładnego kalendarium demilitaryzacji. Po 22 lipca 1983 r. w Polsce zapanował "stan powojenny".

ANDRZEJ PACZKOWSKI (ur. 1938) jest historykiem, profesorem w Instytucie Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas. Członek Kolegium IPN. W latach 1983-89 redagował podziemne Archiwum "Solidarności". Konsultant Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN. Zajmuje się najnowszą historią Polski; autor 20 książek historycznych, m.in.: "Droga do »mniejszego zła«. Strategia i taktyka obozu władzy, lipiec 1980 - styczeń 1982" (2002), "Pół wieku dziejów Polski, 1939-1989" (2005), współautor "Czarnej księgi komunizmu" (1999). Do księgarń trafia właśnie jego najnowsza książka o stanie wojennym pt. "Wojna polsko-jaruzelska".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]