Reklama

Ładowanie...

"Przyjdźcie ubrani na biało"

"Przyjdźcie ubrani na biało"

06.02.2006
Czyta się kilka minut
Co się stało w polskiej sieci, gdy umierał Papież? Być może był to jeszcze jeden znak: że da się porozumiewać i działać ponad głowami (a może pod stopami, bo oddolnie) społecznych animatorów.
(fot. KNA-Bild)
K

Kiedy wieczorem 2 kwietnia 2005 r. media podały wiadomość, że zmarł Jan Paweł II, zaczęto sobie tę informację przesyłać sms-ami. Platformą dzielenia się emocjami stał się internet - powstawały księgi kondolencyjne, "albumy papieskie", tymczasowe witryny, których adresy podawano sobie na forach dyskusyjnych - niektóre odwiedziło ponad 500 tys. internautów. Webmasterzy zamieszczali na swoich stronach - niezależnie od tematyki - czarną wstążkę.

Zareagowali autorzy blogów - dzielili się uczuciami i dyskutowali z czytelnikami, pisali relacje z Białych Marszów. Spontanicznie zakładano nowe blogi poświęcone Janowi Pawłowi II - choć w kilku nie znalazł się ani jeden wpis, a część już nie istnieje.

W specjalnym pociągu, wiozącym 6-7 kwietnia 2005 r. pielgrzymów z Polski do Rzymu, każde z nielicznych gniazdek elektrycznych zajęte było ładowarką telefonu komórkowego. Przy pomocy sms-ów nadawano mikroreportaże do najbliższych, a na serwisach WAP sprawdzano wiadomości o sytuacji w Rzymie czy testamencie Papieża. Reporterzy "TP" nadawali przez telefon komórkowy relacje dla radia RMF. Ten pociąg był nieustannie online.

Już wcześniej, gdy gwałtownie pogorszył się stan zdrowia Papieża, zaczęły krążyć sms-y wzywające do "zjednoczenia się w modlitwie za Papieża i zapalenia świeczki w oknie". Po godzinie od pierwszych informacji wzywano się przy pomocy sms-ów, e-maili i komunikatorów na krakowskie Błonia i pod okno kurii. Gadu-Gadu odegrało zaskakującą rolę, kiedy krakowska młodzież zaczęła się zwoływać na Biały Marsz. W poniedziałek 5 kwietnia przeszło w nim 150 tysięcy młodych ludzi. Na Mszę we czwartek 8 kwietnia na krakowskich Błoniach również umawiano się przy pomocy nowych mediów. Zebrał się milion ludzi. Kardynał Franciszek Macharski, przebywający wówczas w Rzymie, przysłał stamtąd odczytanego na Mszy sms-a: "Jestem z Wami przy Świętym Piotrze. Tu i tam wasz". Niedługo później, w dzień powrotu z konklawe, opowiadał zgromadzonym przed kurią krakowianom: - W przeddzień pogrzebu dostałem wiadomość: "Błonia są pełne". To było oczywiste, że po to jest ta mała mysz w kieszeni, żeby przycisnąć kilka klawiszy w odpowiedzi. I tak powstał ten znak mojej obecności.

Głód informacji

Także gdy 11 września 2001 r. terroryści uderzyli na World Trade Center, najszybszy w informowaniu okazał się internet. Równocześnie informacji zaczął szukać cały świat, co według analityków Pew Internet Project wywołało największe oblężenie witryn WWW tradycyjnych mediów w całej historii sieci. Sama tylko strona CNN rejestrowała 9 mln prób wejścia na godzinę. Serwery nie wytrzymały. Wobec paraliżu źródeł informacji internauci tworzyli własne - 63 proc. założonych wtedy stron, forów i blogów zawierało informacje o ataku, 36 proc. pozwalało wyrazić wsparcie dla ofiar, 26 proc. służyło poszukiwaniu wsparcia.

Podobnie było 26 grudnia 2004 r., gdy tsunami na Oceanie Indyjskim zabiło setki tysięcy ludzi. Na miejscu brakowało reporterów, byli za to zachodni turyści z komórkami i cyfrowymi kamerami. Jak na łamach "TP" mówił wizjoner ery medialnej Alvin Toffler, "ci, którzy przeżyli, stali się pierwszymi sprawozdawcami. Gdy tylko znaleźli się w bezpiecznym miejscu, mogli podłączyć się do internetu i przesłać w świat swoje zdjęcia i opisy. To jest nowość" ( ).

Wcześniej, w styczniu 2001 r. na głównej alei Epifanio de los Santas w Manili zebrał się ponad milion ubranych na czarno demonstrantów, którzy doprowadzili do obalenia prezydenta Josepha Estrady. Wzywali się sms-ami.

Co to znaczy i jaki ma związek z "Polskim Kwietniem"?

Wspomniany Alvin Toffler już na początku lat 80. przepowiadał w książce "Trzecia Fala", że dzięki nowoczesnym technologiom ludzie od konsumpcji

przejdą do drobnego wytwórstwa na własne potrzeby (prosumpcji). Snuł wprawdzie też fantazje o "inteligentnych maszynach do szycia", ale co do sfery mediów intuicję miał bezbłędną. Dotychczasowi odbiorcy mediów stają się twórcami przekazów. To, co w radiu i telewizji wymagało ogromnej instytucji nadawczej i drogiego sprzętu, dzięki komórce i internetowi może robić każdy za grosze. Choć jest i cena - gigantyczna fragmentaryzacja widowni. Można prowadzić w sieci własny blog-gazetę, ale często ma się zaledwie kilkoro czytelników. Jeśli w ogóle.

Coraz częściej okazuje się jednak, że nie brakuje sprawnych i kompetentnych "oddolnych dziennikarzy", jak zjawisko nazywa bloger i były dziennikarz Dan Gillmor [rozmowa z Gillmorem obok - red.]. Pisze on: "Moi odbiorcy wiedzą więcej niż ja. Nie jest to zagrożenie, a raczej szansa". Stare dziennikarstwo porównuje do wykładu, nowe - do konwersatorium.

Bo głód informacji człowieka ery mediów jest ogromny.

Obywatel w sieci

To jednak dopiero połowa zjawiska.

Tak jak uczestnicy manifestacji w Manili zwoływali się "wear black" ("ubierz się na czarno"), tak krakowianie przed marszem żałobnym pisali: "w miarę możliwości ubieramy się na biało. Przekazujcie dalej, aby było nas jeszcze więcej niż ostatnio".

Radosław Krawczyk, redaktor naczelny serwisu Onet.pl, pisał na łamach "TP": "Fora internetowe służą zazwyczaj do wymiany poglądów, polemik. W pierwszych dniach kwietnia zaczęły odgrywać nową, nieznaną dotąd internautom rolę. Przestały jedynie komentować rzeczywistość, zaczęły ją tworzyć. Ludzie porozumiewali się ponad głowami przedstawicieli oficjalnych organizacji Kościoła i tradycyjnych mediów (…). Widzieliśmy społeczeństwo obywatelskie w akcji" ("TP" 16/05).

Jak widać na przykładzie Manili, nie była to nieznana wcześniej rola nowych mediów. Na pewno zaś był to przejaw społeczeństwa obywatelskiego ery mediów, które wybitny badacz tej ery Manuel Castells nazywa społeczeństwem sieciowym.

Nie chodzi o "społeczeństwo zorganizowane w internecie", bo takiego tworu nie ma - nawet w najbardziej zinformatyzowanej Korei Południowej ludzie chodzą też na zakupy i do znajomych. Sieć oznacza sposób, w jaki buduje się relacje międzyludzkie.

Według Castellsa, nowe media aktywizując partnerów komunikacji sprzyjają organizowaniu sieci kontaktów wokół siebie, według indywidualnych wyborów użytkowników. Jak pisze w "Galaktyce Internetu", "wzorzec kontaktów międzyludzkich przybrał formę rdzenia, którym jest najbliższa rodzina zamieszkująca pod wspólnym dachem, skąd rozciąga się sieć wybiórczych więzi budowanych przez poszczególnych domowników stosownie do swoich zainteresowań i wyznawanych poglądów". Co ważne, jak podkreśla medioznawca Barry Wellman, takie sieci istniały zawsze. Ale dzięki nowym technologiom stają się one podstawowym modelem relacji między ludźmi.

W takiej sieci informacja rozchodzi się bez względu na odległość i czas. Informacje podawane są z komórki do komórki, z komputera do komputera. Ów efekt "zwoływania się" wykorzystują zbiorowości, dla których Howard Rheingold, powołując się na historię filipińskich sms-ów, ukuł nazwę "inteligentne tłumy"(smart mobs).

Społeczny rój

Sposób, w jaki działają smart mobs, przywodzi Rheingoldowi na myśl strategię właściwą nowoczesnym doktrynom wojennym: tzw. swarming (rojenie się). Sprawdza się ona i w sposobie działania roju pszczół, i w dawnym sposobie walki indiańskich plemion. Samodzielne i doskonale skomunikowane grupy uderzeniowe mogą sprawnie reagować na zmiany sytuacji na polu bitwy, grupując się ("rojąc") i uderzając. Militarne skojarzenia są tu oczywiście nie na miejscu, istotna jest idea. Dzięki informowaniu się w czasie rzeczywistym i technologiom mobilnym można prowadzić skoordynowane działania w sferze publicznej.

Nie na miejscu jest też postrzeganie "obywatela sieciowego" jako zaniedbanego mizantropa przed komputerem. Nowe media nie alienują. Przeciwnie, pomagają utrzymać więzi międzyludzkie, które bez tego by przepadły (choćby z ciocią w Toronto, z którą kontaktowanie się byłoby zbyt uciążliwe, gdyby nie e-mail). Castells konkluduje swoje i Wellmana badania: "Używanie internetu wzmacnia kontakty społeczne zarówno na odległość, jak i w ramach lokalnej społeczności".

Nieważne, że efektami są zaledwie (?) jednorazowe marsze. Liczy się świadomość, że można działać ponad głowami (a raczej pod stopami) instytucji i społecznych animatorów. "Społeczny swarming" oznacza, że dzięki dobrze wykorzystywanym nowym mediom społeczności w naprawdę ważnych dla siebie sprawach mają szansę nie tylko się komunikować, ale i skutecznie, oddolnie działać. Mają coś do powiedzenia. I mają jak.

Autor artykułu

Zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, dziennikarz, kierownik wydania internetowego „Tygodnika”, twórca i wieloletni kierownik działu „Nauka”, zajmuje się też tematyką...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]