Reklama

Polecam, bo czytałam

Polecam, bo czytałam

09.12.2019
Czyta się kilka minut
Otwieranie oczu jest podstawowym kryterium, według którego można rozpatrywać wartość książki dla młodzieży.
NATALIA CRESPO / GETTY IMAGES
M

Młodzież czyta wprzód. Jeśli chcecie młodzieży trzynastoletniej zaproponować opowieść o trzynastolatkach, nie róbcie tego, to strata czasu: trzynastolatki od biedy odnajdą się w historii siedemnastolatków, choć i tutaj nie ma gwarancji. Lub też: gwarancja ta w żaden sposób nie zależy od żadnego z czynników, które są ważne dla czytelników dorosłych. To, jakim językiem powieść jest napisana, czy jej konstrukcja nie sypie się jak domek z kart, gdy tylko przyłożymy do niej nasze wyrobione literaturoznawcze poziomice, czy wreszcie jest wartościowa – to słowo klucz przeraża mnie w odniesieniu do literatury dla dzieci i młodzieży chyba najbardziej – dla młodego czytelnika nie ma najmniejszego znaczenia. W istocie jego ocena książki wcale nie musi zależeć od parametrów, od których – przyzwyczailiśmy się – zależałaby nasza ocena, gdybyśmy książki dla młodzieży czytali.

Bo tak!

Jakiś czas temu miałam okazję prowadzić warsztaty dla szesnastolatków w miejskiej bibliotece w Krośnie. Kończąc je, uznałam, że sprawiedliwie by było, gdybym i ja coś z nich wyniosła, więc poprosiłam, wtedy jeszcze gimnazjalistów, o sporządzenie listy książek, które ostatnio czytali i które chcieliby mi polecić. Zaskakująco dużo znalazło się na niej pozycji angielskojęzycznych, które nie były jeszcze tłumaczone na polski, a niekiedy w ogóle takiego tłumaczenia nie planowano, o czym przekonałam się, robiąc wówczas małe, powodowane ciekawością rozeznanie w planach niektórych wydawnictw. Kiedy natomiast zapytałam niektórych z autorów listy o powód, dla którego dany tytuł mi polecił, poza reakcjami „bo tak” zdarzały się odpowiedzi: „bo to jest coś, co ostatnio przeczytałem”.

Myślę, że młodzież nie myśli o literaturze jak o zbiorowym obowiązku, co było charakterystyczne jeszcze dla mojego pokolenia: lista najważniejszych dzieł literatury światowej, pomieszczona w encyklopedii powszechnej PWN, była dla nas czymś w rodzaju ogromnie wyrafinowanego flirtu towarzyskiego. Na porównywaniu, przy ilu tytułach postawiliśmy kropki, odhaczając ich przeczytanie, budowało się związki, z których niejeden przetrwał dekady. Nastolatki lat nastych dwudziestego pierwszego wieku czytają, bo im się to przytrafia, a dzielą się tym na takiej zasadzie, na jakiej dzielą się filmikami na YouTubie czy memami: hype na czytanie dawno minął, ale hype na chłonięcie treści z zewnątrz, w tym okresie życia już z natury potężny, jest u nich wartością absolutną. Internet natomiast pozwala ominąć im pewne bariery, cezury, z którymi jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie dyskutował.

To znaczy ja dyskutowałam, na swój podstępny sposób: w dzielnicowej bibliotece publicznej dla dzieci i młodzieży, do której w początkach podstawówki udało mi się zapisać, książki na półkach były podzielone na poziomy, które z grubsza miały odpowiadać temu, jak bibliotekarze wyobrażają sobie dojrzałość psychiczną i czytelniczą dyspozycję poszczególnych roczników. Półki poziomów od pierwszego do trzeciego zajmowało „Na jagody” na zmianę z kolejnymi tomami przygód Koziołka Matołka. Żeby przejść do poziomu czwartego, na którym pojawiała się „Ania z Zielonego Wzgórza”, albo jeszcze wyżej, gdzie stała moja ulubiona Maria Kann czy choćby Krystyna Siesicka, trzeba było przebrnąć przez piekło książek dla dzieci: przebrnąć, niekoniecznie przeczytać – raczej wypożyczyć.

Do tej pory pamiętam ten dzień triumfu nad niemądrymi wytycznymi pedagogów, w którym na mojej karcie bibliotecznej pojawiło się wystarczająco dużo potwierdzających wypożyczenie pieczątek, że zyskałam dostęp do poziomów od czwartego wzwyż. Przez które to poziomy zresztą również przemknęłam jak łania i został mi już tylko Dostojewski, w sąsiadującej z naszą dzielnicowej publicznej bibliotece dla dorosłych.

Przykłady

Córce, która jest najlepszym beta testerem książek przynoszonych przeze mnie do domu, podsunęłam ostatnio wydane przez Bukowy Las „To, co widzę bez ciebie” Petera Bognanniego. Siedemnastolatka, chodząca do farmerskiej szkoły w Iowa, traci miłość swojego życia, z tym że jest to miłość na miarę środków komunikacji, które do uprawiania miłości mamy dostępne współcześnie: widziała się z chłopakiem raz, przez rok prowadzili intensywną, niebezpieczną chwilami korespondencję. Niebezpieczną według naszych, dorosłych, internetowych standardów: Tess wysyła swojemu przyszłemu mężowi – tak, o tym też była między nimi mowa – swoje nagie zdjęcie. Łamie podstawową zasadę internetowej relacji, tylko po to, żeby potem złamać kolejne, odnoszące się już nie tylko do funkcjonowania w internecie, ale również w realnym życiu. Tess od początku do końca robi wszystko po swojemu.

Autonomiczność bohaterki ma paradoksalnie ogromny walor edukacyjny: bo kiedy dowiaduje się, że Jonah, chorujący od dawna na depresję, popełnił samobójstwo, nie zawaha się przed niczym, łącznie z potajemnym wyjazdem na Sycylię, aby żałobę po utraconym kochanku, którego dorośli określiliby w najlepszym razie „pen palem”, przeżyć jak najpełniej i jak najzdrowiej. Oczywiście, że realia, w których operuje Tess, są w pełni znaczenia tego słowa „amerykańskie” – ma kartę kredytową na nagłe potrzeby, dzięki której może kupić bilet do Syrakuz, miasta, w którym Jonah, mieszkający na co dzień w Syracuse w stanie Nowy Jork, widział dla siebie ratunek, rodzaj równoległego świata, w którym, niedręczony depresją, mógłby przeżyć. A jednocześnie realia psychiczne i wirtualne pogrążonej w żałobie siedemnastolatki wydają się na tyle przystawać do realiów nastolatków środkowoeuropejskich, że nie mam wątpliwości, iż książka ta może stanowić wydajną pomoc dla borykających się z problemem straty, zwłaszcza straty nieoczywistej, dzieciaków.

Czego niestety – że może pomóc dzieciakom w rozkminianiu czegokolwiek – nie da się powiedzieć o „Fluffie”. Że jest to „trzecia część cyklu o przygodach poznańskich nastolatków z liceum na Grunwaldzie”, dowiaduję się z okładki wydanej przez Agorę książki Natalii Osińskiej. Nie znam dwóch poprzednich części, ale od pierwszych zdań części trzeciej czułam, że proponuje mi się „Jeżycjadę Bis” lub może umiarkowanie udaną próbę światopoglądowej aktualizacji sagi Małgorzaty Musierowicz.

Oryginałowi Musierowicz zarzucano, że nie idzie, zwłaszcza w najnowszych tomach, z duchem czasu, a w istocie nie ma też wiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem: krytykom brakowało w jej książkach nawiązań do aktualnych światopoglądowych, obyczajowych sporów. Niepokoił ich też fakt, że bohaterowie praktycznie nie cierpią, a jeśli nawet, każdy ich kłopot da się rozwiązać za pomocą podobnej procedury, której sedno stanowi dość prymitywny stoicyzm na zmianę z bałwochwalczym oddaniem idei utrzymywania dobrych stosunków międzyludzkich.

Zdaje się, że Osińska jest godną spadkobierczynią carycy Jeżyc: w jej książce dogadują się wszyscy ze wszystkimi, również osiemnastolatka ze zdiagnozowanym spektrum autyzmu ma z komunikacją tylko niewielkie kłopoty, a jej schorzenie jest przez Matyldę, główną bohaterkę, podsumowane tak: „nie jesteś chora, tylko leniwa”.

Z drugiej strony Osińska wprowadza w swojej książce aż tyle wątków, o których pomijanie Musierowicz była oskarżana, że zwyczajnie nie da się tego traktować poważnie. Oto obserwujemy zmianę płci jednego z bohaterów, którego poznaliśmy w książkach wcześniejszych, nieheteronormatywne pary nastolatków praktycznie nie występują, wśród dorosłych heteronormatywność prowadzi do patologii (matka bohaterki ze spektrum autyzmu uważa, że choroba córki to „kara boska” za jej romans, który zniszczył rodzinę, wobec czego rezygnuje z terapii Wiki).

Już na wstępie autorka skazuje się na porażkę przez swoje ambicje – swatając ze sobą budowlańca i panią coach z korporacji, przy okazji próbuje poruszyć i oczywiście rozwiązać zagadnienie klasizmu. Książka Osińskiej właśnie dostała nominację do tegorocznej nagrody IBBY, co mnie nie dziwi, biorąc pod uwagę, jak bardzo jest aktualna. Jest również w oczywisty sposób „wartościowa”, toteż wolałabym, żeby moje dzieci trzymały się od niej z daleka. Przy okazji: warto może pamiętać – to uwaga do pisarzy – że literatura dla młodzieży w niektórych aspektach rządzi się jednak podobnymi prawami, co literatura dla dorosłych. Czar pierwszego zdania porywa – albo nie – czytelników bez względu na wiek. Pierwsze zdanie „Fluffu” brzmi: „Matylda uczyła się do matury”. Pierwsze zdanie „Tego, co widzę bez ciebie” zaś: „Następnego dnia po tym, jak rzuciłam szkołę, obudziłam się przed świtem w pustym domu mego ojca i oddałam się rozmyślaniom o powolnej śmierci wszechświata”.

Przygody

Zapomniałam dodać, że surowa reguła o czytającej wprzód młodzieży nie dotyczy książek przygodowych, dziejących się w czasach i realiach, których młodzież nie zna, przynajmniej z bezpośredniego doświadczenia, książek, w których występują czarownicy, rycerze, kowboje i krokodyle.

Podsunęłam tej samej córce, która kręciła nosem na „Fluff”, „Renomowany katalog Walker&Dawn” włoskiego dziennikarza i tłumacza gier komputerowych Davidego Morosinotto. W skrócie: czwórka dzieci na południu Stanów Zjednoczonych w pierwszych latach dwudziestego wieku znajduje zawrotną kwotę trzech dolarów i postanawia dokonać z tytułowego katalogu zakupu rewolweru wraz z amunicją. To nie jest dziecięcy kaprys. Te Trois (tak samo jak jego pozostali trzej bracia ma naprawdę na imię Peter, różnią ich tylko francuskie liczebniki, którymi zwraca się do nich matka) planuje zaprowadzić sprawiedliwość w luizjańskim miasteczku. Julie, rudowłosa córka kobiety, która straciła pozycję społeczną i prawo do mieszkania wśród białych ludzi po tym, jak urodziła czarnoskóre dziecko, chce przede wszystkim bronić brata, aczkolwiek rewolwer mógłby być przydatny również do samoobrony. Matkę Julie odwiedzają po nocach praworządni mieszkańcy miasteczka, z którego została w niesławie wypędzona, i prawdopodobnie już za moment Julie również będzie musiała im świadczyć te usługi, które świadczy jej matka. A Julie jednak nie chce.

Ostatni z czwórki, Edward, okularnik, jest co prawda szamanem z bagien, który rozumie mowę zwierząt i potrafi przemówić do rozsądku aligatorowi, ale ponieważ ogromną wagę przywiązuje do więzi międzyludzkich, a także ma niebezpieczny, co potwierdzą psychologowie, nawyk przyjmowania cudzych pragnień jako swoje, również przeciwko zamówieniu broni nie protestuje. Z tym że w wyczekiwanej przez kilka tygodni paczce dzieciaki otrzymują zepsuty zegarek. Nietrudno się domyślić, że nie jest to po prostu zegarek, tylko klucz do rozwiązania zagadki: kryminalnej, owszem, ale przede wszystkim jest to na swój naukowy sposób magiczny rekwizyt, pozwalający bohaterom odnaleźć się w życiu.

Zaletą powieści Morosinotto jest fakt, że porusza dokładnie wszystkie pisane przez wielkie „P” problemy również współczesnej młodzieży – zagrożeń seksualnych, inności związanej ze statusem społecznym, kolorem skóry, kondycją psychiczną, dyskryminacji ze względu na płeć – a jednocześnie w żadnym razie nie jest dydaktyczna. Jest to na pewno w dużej mierze zaleta egzotycznych realiów, które zaprojektował autor.

Ogromnie chytra jest też odautorska przedmowa do czytelników, w której możemy przeczytać: „Akcja tej powieści toczy się w minionej epoce, w czasach, kiedy nikogo nie dziwiło spożywanie alkoholu i palenie papierosów przez nieletnich, gry hazardowe, aluzje seksualne lub rasistowskie komentarze, a także wszystkie inne opisane tu gorszące praktyki, które mogą zasiać zamęt w sercach i umysłach współczesnej roztropnej młodzieży. Dlatego też, współczesna i roztropna młodzieży, radzę Wam czytać tę książkę po kryjomu, żeby przypadkiem nie wpadła w ręce Waszych rodziców”. Nie muszę tłumaczyć, że tego rodzaju asekuracja wobec strzegących poprawności politycznej czytelników dorosłych znakomicie zaostrza apetyty czytelników młodocianych. W przypadku „Renomowanego katalogu” ogromną rolę odgrywa również forma, w jakiej Dwie Siostry tę książkę wydały: beta testerka była zachwycona reprodukcjami legendarnego katalogu, ale również map, dzięki którym przygoda, którą dzieliła z podróżującymi po swoją wolność amerykańskimi nastolatkami sprzed stulecia, miała dodatkowy, estetyczny wymiar.

A mnie prześliczna ta edycja przypomniała podobną powieść, którą czytałam dawno temu jako dziecko, „Spadkobierców pana Ziółko” Stefana Majchrowskiego i Zbigniewa Piotrowskiego: ta również dzieje się w początkach dwudziestego wieku, z tym że, inaczej niż „Fluff”, napisana została w znacznie mroczniejszym, jeśli chodzi o kwestie związane z prawami kobiet czy rasizmem, okresie: mam jej pierwsze, datowane na rok 1957 wydanie. Nie ma w niej za grosz dydaktyzmu, a przecież przygody trzyosobowej patchworkowej rodziny, z rezolutną nastolatką na czele, która udaje się na poszukiwanie zaginionego spadku, już ponad trzydzieści lat temu otworzyły mi oczy na nierówności społeczne i płciowe dużo skuteczniej niż książki, które wyłącznie w tym celu wydają się powstawać – i to otwieranie oczu jest podstawowym kryterium, według którego można rozpatrywać wartość książki dla młodzieży. Choć oczywiście procedura polecania proponowana przez gimnazjalistów z Krosna – „polecam, bo przeczytałem” – zawsze, jako najbardziej wiarygodna, jest na propsie. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]